Kino ma wiele sposobów na to, żeby nas przestraszyć. Może zrobić to nagłym dźwiękiem, potworem wyskakującym zza drzwi albo efektami specjalnymi. M. Night Shyamalan postawił jednak na coś znacznie prostszego: ciszę, niedopowiedzenia i poczucie, że z rzeczywistością przedstawioną na ekranie coś jest bardzo nie tak.
WIDEO…
Kiedy w 1999 roku do kin trafił „Szósty zmysł” („The Sixth Sense”), nikt nie wiedział jeszcze, że film na stałe zapisze się w historii popkultury. Dziś trudno mówić o kinowych twistach, nie wspominając o produkcji Shyamalana.
Film ma obecnie 8,2/10 na IMDb oraz 86 proc. pozytywnych recenzji krytyków na Rotten Tomatoes. Co ciekawe, ocena widzów na Rotten Tomatoes wynosi aż 90 proc. I choć od premiery minęło już ponad ćwierć wieku, „Szósty zmysł” wciąż działa. Może nawet lepiej niż wiele współczesnych horrorów, które próbują przestraszyć nas przede wszystkim głośnością.
Bruce Willis i chłopiec, który widzi więcej niż inni. O czym jest „Szósty zmysł”?

W centrum historii znajduje się Malcolm Crowe, ceniony psycholog dziecięcy, który próbuje pomóc ośmioletniemu Cole'owi Searowi. Chłopiec jest wycofany, przestraszony i przekonany, że doświadcza czegoś, czego dorośli nie potrafią zrozumieć.
Malcolma zagrał Bruce Willis („Szklana pułapka”, „Pulp Fiction”), a w roli Cole'a wystąpił Haley Joel Osment („A.I. Sztuczna inteligencja”, „Podaj dalej”). To właśnie ich relacja jest emocjonalnym centrum filmu. Cole nie jest typowym bohaterem horroru. Nie szuka przygody ani nie próbuje zostać kimś wyjątkowym. Chce po prostu, żeby ktoś wreszcie uwierzył w to, co mówi. Jego matkę, Lynn Sear, zagrała Toni Collette („Dziedzictwo”, „Mała miss”), a w obsadzie pojawia się również Olivia Williams („The Crown”, „An Education”).
„Widzę martwych ludzi” – jedno zdanie, które przeszło do historii

Niektóre filmowe kwestie zaczynają żyć własnym życiem. „I see dead people” jest jedną z nich. Zdanie wypowiedziane przez Cole'a stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych cytatów kina przełomu lat 90. i 2000. I choć dziś funkcjonuje również jako popkulturowy żart, w filmie nie ma w nim nic zabawnego.
Shyamalan buduje napięcie właśnie poprzez sposób, w jaki Cole próbuje opowiedzieć dorosłym o swoim doświadczeniu. Zamiast zasypywać widza wyjaśnieniami, reżyser pozwala mu obserwować świat z perspektywy chłopca, który nie rozumie, dlaczego dzieją się wokół niego rzeczy, których inni nie widzą. To jeden z powodów, dla których „Szósty zmysł” nie jest wyłącznie horrorem. To także historia o samotności, stracie, żałobie i potrzebie bycia wysłuchanym.
M. Night Shyamalan zrobił z niedopowiedzenia swoją broń

„Szósty zmysł” był filmem, który wyniósł M. Night Shyamalana do światowej czołówki reżyserów. Jego kariera potoczyła się później w bardzo różne strony, ale właśnie ten tytuł pozostaje jednym z najważniejszych punktów jego filmografii. Reżyser nie próbuje straszyć przez cały czas. Zamiast tego buduje atmosferę, w której nawet pozornie zwyczajne sceny zaczynają wydawać się niepokojące.
To kino oparte na szczegółach. Kolorach, spojrzeniach, ciszy, montażu i informacjach, które otrzymujemy w odpowiednim momencie. Dzięki temu po zakończeniu seansu wiele osób ma ochotę natychmiast wrócić do początku i sprawdzić, ile rzeczy umknęło im za pierwszym razem. Dlatego „Szósty zmysł” tak dobrze znosi ponowne seanse.
Sześć nominacji do Oscara i ogromny sukces

„Szósty zmysł” nie był wyłącznie komercyjnym sukcesem. Film otrzymał sześć nominacji do Oscara – za najlepszy film, reżyserię, scenariusz oryginalny, montaż oraz role drugoplanowe Haley Joela Osmenta i Toni Collette. Ostatecznie nie zdobył żadnej statuetki. Dla jedenastoletniego wówczas Osmenta nominacja za rolę Cole'a była szczególnym wyróżnieniem. Jego kreacja do dziś pozostaje jednym z najbardziej pamiętnych dziecięcych występów w kinie.
Film okazał się także gigantycznym sukcesem finansowym. Przy budżecie wynoszącym około 40 mln dolarów zarobił na świecie ponad 672 mln dolarów. W 1999 roku był drugim najbardziej dochodowym filmem w amerykańskim box office – ustąpił miejsca tylko „Gwiezdnym wojnom: Części I – Mroczne widmo”.
„Szósty zmysł” wraca na Netflix

Teraz klasyk M. Night Shyamalana dostaje kolejną okazję, żeby spotkać się z widzami, którzy być może znają słynną scenę finałową, ale nigdy nie obejrzeli całego filmu. Od 5 września „Szósty zmysł” będzie dostępny na Netflixie.
Film trwa 1 godzinę i 47 minut, więc na jego seans nie trzeba rezerwować całego wieczoru. I jeśli istnieje dobry moment, żeby wrócić do filmu, który przez lata był kopiowany, parodiowany i wielokrotnie analizowany, to właśnie teraz. Najlepiej jednak zrobić to bez wcześniejszego przypominania sobie szczegółów fabuły.
Bo w przypadku „Szóstego zmysłu” największą przyjemnością jest nie wiedzieć wszystkiego.



























