W 2013 roku Steve McQueen nakręcił film, którego nie da się sprowadzić do kolejnej hollywoodzkiej opowieści o niewolnictwie. „Zniewolony. 12 Years a Slave” nie próbuje wygładzać historii ani zamieniać jej w łatwą lekcję o złu i dobru. Zamiast tego każe widzowi spędzić dwanaście lat razem z człowiekiem, któremu odebrano wolność.
WIDEO…
Solomon Northup był wolnym czarnoskórym mężczyzną mieszkającym w stanie Nowy Jork. W 1841 roku został porwany i sprzedany handlarzom niewolników. Trafił na Południe, gdzie przez dwanaście lat był zmuszany do pracy i pozbawiony podstawowych praw. Jego historia nie powstała na potrzeby scenariusza. Film McQueena oparto na autobiografii Northupa wydanej w 1853 roku.
W głównej roli wystąpił Chiwetel Ejiofor, którego później mogliśmy oglądać m.in. w „Doktorze Strange'u” i uwielbianym świątecznym filmie „To właśnie miłość”. Aktor nie gra jednak bohatera, który ma zostać ekranowym symbolem niezłomności. Jego Solomon jest przede wszystkim człowiekiem próbującym przetrwać. Strach, upokorzenie, rozpacz i tęsknota za rodziną nie są tu efektownym dodatkiem do fabuły. Stają się jej centrum.
McQueen, reżyser znany później m.in. z „Wstydu” i nagrodzonego Oscarem „Zniewolonego”, wybiera przy tym język oszczędny, pozbawiony melodramatycznych skrótów. Kamera nie ucieka wtedy, kiedy chciałby tego widz. Czasem wręcz przeciwnie - zostaje o kilka sekund za długo.
3 Oscary i jeden z najważniejszych momentów gali

Akademia Filmowa doceniła film trzema Oscarami. „Zniewolony. 12 Years a Slave” wygrał w 2014 roku w kategorii najlepszy film, a także za najlepszy scenariusz adaptowany i najlepszą aktorkę drugoplanową dla Lupity Nyong’o. Łącznie otrzymał dziewięć nominacji, w tym dla Chiwetela Ejiofora, Michaela Fassbendera i Steve’a McQueena.
Dla Nyong’o był to szczególny moment. Aktorka, którą później znamy m.in. z „Czarnej Pantery” i serii „Ciche miejsce”, wcieliła się w Patsy - młodą niewolnicę pracującą na plantacji. Jej ekranowa obecność jest krótka w porównaniu z rolą Ejiofora, ale trudno o niej zapomnieć.
Oscar za najlepszy film miał również wymiar symboliczny. Steve McQueen został pierwszym czarnoskórym reżyserem filmu, który otrzymał tę nagrodę. To jeden z tych przypadków, kiedy nagroda nie jest wyłącznie kolejną pozycją na liście sukcesów. Staje się częścią historii kina.
Obsada? Dziś te nazwiska robią jeszcze większe wrażenie

Jedną z największych sił „Zniewolonego” jest obsada. W 2013 roku była imponująca, ale po latach lista nazwisk wygląda wręcz jak przekrój przez współczesne kino. W centrum znajduje się Chiwetel Ejiofor. Jego przeciwnikiem jest Michael Fassbender („Wstyd”, „Steve Jobs”), wcielający się w brutalnego właściciela plantacji Edwina Eppsa. To jedna z tych ról, w których aktorowi udaje się stworzyć postać odpychającą, a jednocześnie niepokojąco prawdziwą. Obok niego pojawia się Sarah Paulson („American Horror Story”, „Carol”) jako Mistress Epps.
W filmie znajdziemy też Benedicta Cumberbatcha („Sherlock”, „Gra tajemnic”), który gra Forda, właściciela plantacji, na której początkowo trafia Solomon. Paul Giamatti („Zimowy seans”, „Billions”) wciela się w Freemana, człowieka odpowiedzialnego za handel niewolnikami. Paul Dano („Aż poleje się krew”, „The Batman”) pojawia się jako John Tibeats - kolejna z postaci, których Solomon spotyka na swojej drodze.
Jest także wspomniana już przeze mnie Lupita Nyong’o. Dla aktorki rola Patsy była przełomem - debiutem filmowym. Na ekranie pojawia się również Alfre Woodard („Gotowe na wszystko”, „Luke Cage”) jako Mistress Shaw oraz Michael Kenneth Williams („Zakazane imperium”, „Prawo ulicy”) jako Robert. Jest też Brad Pitt („Podziemny krąg”, „Pewnego razu... w Hollywood”), który wciela się w kanadyjskiego abolicjonistę Bassi - człowieka, którego spotkanie z Solomonem staje się jednym z najważniejszych momentów jego historii. Pitt był zresztą także jednym z producentów filmu.
Patrząc na tę obsadę dzisiaj, trudno nie pomyśleć, jak wiele talentu zgromadzono w jednym filmie. Co ważne, nie jest to przypadek produkcji, w której wielkie nazwiska mają jedynie pojawić się na ekranie. Każde z nich buduje fragment świata, w którym Solomon próbuje przetrwać. Największe wrażenie robi jednak to, że „Zniewolony” był jednym z tych filmów, które potrafiły połączyć gwiazdorską obsadę z historią, w której nie ma miejsca na efektowną hollywoodzką ucieczkę od trudnych tematów.
„Nie jest to łatwy seans. I taki miał być”

Dziś „Zniewolony” ma na Rotten Tomatoes 95 proc. pozytywnych ocen krytyków i 90 proc. ocen widzów. Na Filmwebie film otrzymał ocenę 7,5/10 przy ponad 150 tys. głosów. Te liczby mówią sporo, ale nie oddają najważniejszej rzeczy: tego, jak film zostaje z widzem po napisach końcowych.
McQueen nie próbuje opowiedzieć całej historii niewolnictwa w Ameryce. Pokazuje jedną historię i pozwala jej wybrzmieć bez pocieszającej puenty. Odzyskana wolność Solomona nie unieważnia dwunastu lat, które mu odebrano. Nie naprawia życia jego ani innych ludzi, których spotkał. Nie cofa przemocy.
Historia ma jednak jeszcze jeden wymiar. Northup odzyskał wolność, ale system, który pozwolił na jego porwanie i sprzedaż, nie zniknął razem z nim. Niewolnictwo zostało zniesione w Stanach Zjednoczonych dopiero w 1865 roku, po wojnie secesyjnej. Jego konsekwencje - społeczne, ekonomiczne i rasowe - sięgają jednak znacznie dalej.
Dlatego „Zniewolony” nie jest filmem wyłącznie o przeszłości. Jest także o pamięci. O tym, kto ma prawo opowiadać historię. O tym, jak długo trwa uwalnianie się od systemu, który przez pokolenia budował nierówność. O kraju, który formalnie zakończył niewolnictwo, ale przez kolejne dekady mierzył się i wciąż mierzy z jego dziedzictwem.
Film sprzed ponad dekady, który nadal ma znaczenie

W kinie historycznym łatwo wpaść w pułapkę dystansu. Kostiumy, dawne daty i wydarzenia, które znamy z podręczników, mogą sprawić, że tragedia zaczyna wydawać się czymś odległym. McQueen robi coś odwrotnego. Pozwala widzowi poczuć, że historia nie wydarzyła się „kiedyś”. Wydarzyła się konkretnemu człowiekowi.
To także siła znakomitego aktorstwa. Ejiofor prowadzi film niemal całkowicie od środka - bez wielkich deklaracji i przesadnej ekspresji. Fassbender jako Edwin Epps tworzy jedną z najbardziej niepokojących postaci filmu, pokazując, jak przemoc może stać się częścią codzienności. Nyong’o z kolei w roli Patsy dostaje sceny, które należą do najbardziej przejmujących momentów całej produkcji.
„Zniewolony. 12 Years a Slave” nie jest więc filmem, który trzeba oglądać dlatego, że zdobył trzy Oscary. Oscary są raczej potwierdzeniem tego, że Hollywood nie mogło go zignorować. Najważniejsze jest coś innego: ponad dekadę po premierze nadal trudno przejść obok niego obojętnie.
Gdzie obejrzeć „Zniewolonego. 12 Years a Slave”?
Film jest obecnie dostępny w Polsce w CANAL+ oraz CDA Premium.



























