Jeśli cokolwiek jest w stanie zająć moje myśli w ostatnich dniach, to właśnie „Dom z papieru”. Inne problemy, inny świat. A jednak wciąż uczy czegoś, co przyda się dzisiaj szczególnie – solidarności, przyjaźni, współodpowiedzialności. Ta legendarna maksyma "un pour tous, tous pour un" – "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" z powieści Alexandra Dumas’a „Trzej muszkieterowie” to wszystko, o czym należy pamiętać. Używana zbyt często, zbyt nierozsądnie, zbyt dowcipnie, nadal nie wyblakła. I w tym momencie postępowanie według tej zasady jest do przetrwania niezbędne.

Czas na bunt w rytmie "Bella ciao"

To nie przypadek, że od kilku lat „Dom z papieru” jest najczęściej oglądanym serialem nieanglojęzycznym na platformie Netflix. Mamy do czynienia z fenomenem popkulturowym. „Pozwól, że coś ci wyjaśnię. Muszę to powiedzieć – wszystko zaczęło się od imprez, od przebieranek karnawałowych”, mówi mi Enrique Arce, serialowy Arturito. „A skończyło na konkretnym komentarzu polityczno-społecznym. Przyglądam się tym wszystkim protestom w Ameryce Łacińskiej chociażby w Chile, Kolumbii, i nie mogę się nadziwić, że ludzie wychodzą na ulicę w kombinezonach i maskach. Nasze artefakty stały się poważną sprawą!”, dodaje aktor.

Rzeczywiście. Do tego „Bella ciao”, słynny hymn włoskich partyzantów, który rozlał się po całym świecie – tym razem bez udziału Włochów. W maskach i z „Bella ciao” na ustach chodziło się w ostatnich miesiącach na barykady. W Turcji próbowano nawet zabronić streamingu „Domu z papieru”, żeby jego wielbiciele nie wpadli na pomysł jakiegoś buntu. Były burmistrz Ankary, Melih Gökçek, mówił nawet: „policja i służby specjalne donoszą, że serial może się zmienić w symbol buntu i to realnie groźny”.

Realnie ten bunt siedzący w głównych bohaterach serialu ma swoje korzenie w wydarzeniach sprzed 10 lat, a więc chwili uderzenia światowego kryzysu ekonomicznego z 2008 roku, który zostawił hiszpańskie społeczeństwo pogruchotane. I nie tylko hiszpańskie. Grecja, Włochy – ulicami płynęły tłumy tych, których system oszukał i zostali z niczym. Bo o niesprawiedliwości systemu przecież „Dom z papieru” właśnie traktuje. Niesprawiedliwości dzikiego kapitalizmu, który właśnie sypie się dziś na naszych oczach.

Banda przestępców wzbudza w nas ciepłe uczucia. Identyfikujemy się z nimi, bo posiadają kodeks moralny, z którym się zgadzamy. To nie przypadek przecież, że po stronie policji pojawiają się czarne charaktery: niezrównoważona inspektor Alicia Sierra (Najwa Nimiri) czy agresywny pułkownik Tamayo (Fernando Cayo). Utożsamiają system. A my, razem z Profesorem, Berlinem, Tokio, Nairobi, Denverem, Sztokholm, Rio, Palermo, Bogotą, Helsinki, Marsylią i Lizboną temu dręczącemu systemowi gramy na nosie. Pieniądze już nie popłyną do banksterów i bogaczy. W imię lewicowych idei pofruną do ludu.

Łączę się przez jeden z programów do telekonferencji z Madrytem. Dzisiaj my dziennikarze tylko tak możemy przeprowadzać wywiady, co jest ciekawym doświadczeniem, bo zaglądam do prywatnych domów aktorów – oni zaglądają do mojego. I dystans, jeśli jakiś był, znika. Pytam Jaimego Lorente (Denver), co zrobiłby z tymi pieniędzmi, gdyby mu się zdarzyły w życiu prywatnym. „Kupiłbym teatr”, odpowiada. „I zaangażowałbym w to moich przyjaciół. Robilibyśmy to, na co tylko mielibyśmy ochotę”. Jego serialowa partnerka grana przez Esther Acebo (Sztokholm) zastanawia się nad odpowiedzią dłużej. „Dobrze mi się żyje tak, jak jest teraz. Nie potrzebuję luksusów do szczęścia”, mówi w końcu odgarniając niesforne blond loki – jej znak rozpoznawczy.

Cokolwiek by się nie wydarzyło mój bohater Arturo i tak by tej kasy nie zobaczył”, żartuje Enrique Arce. „Ale całkiem serio, jeśli już trafiają ci się takie pieniądze, życie zazwyczaj podpowiada ci odpowiedni scenariusz. Być może, jak Jaime, otworzyłbym teatr, a może szkołę? Z pewnością coś, co by mnie rozwinęło. Pomógłbym też bliskim, którzy by tego potrzebowali. Dalej byłbym aktorem. I wyprodukowałbym film na podstawie swoich książek! Nie szukałbym już producenta”.

Wszyscy jesteśmy Arturem

Enrique Arce to jeden z najpopularniejszych hiszpańskich aktorów. Często, jak w przypadku „Domu z papieru”, wciela się w role przegrywów, ale te role do zagrania są najtrudniejsze. „Jako aktor, szczególnie na początku mojej kariery, zawsze szukałem jakiegoś punktu, który ratowałby moją postać, niezależnie od tego jak czarnym charakterem była”, tłumaczy. „Arturo udowodnił mi, że mogę świetnie się bawić budując postać tak bardzo beznadziejną. Zawsze będę go bronił. Widzowie nie mają go kochać. Za to do zagrania jest to bohater idealny. Bez niego ta historia byłaby o wiele uboższa”. Esther i Jaime przytakują. „Arturito jest postacią najbardziej skomplikowaną do zagrania i najlepiej skonstruowaną”, mówi Jaime. I śmieje się głośno: „Wszyscy jesteśmy Arturitem – #TodosSomosArturito!”. Arce ciągle podróżuje, mieszka w Los Angeles i Madrycie, zawodowo jest aktywny właściwie na całym świecie, również w Polsce – do współpracy dwukrotnie zaprosił go już Patryk Vega. A książka, której jest autorem i którą chciałby zekranizować nazywa się „La grandeza de las cosas sin nombre” ("Wielkość rzeczy nienazwanych"). Jest opowieścią o rzeczach ważnych, zmieniających nasze życie, których wciąż nie potrafimy nazwać. O niewypowiedzianych emocjach. O zrobieniu ruchu, na który nigdy wcześniej nie było nas stać, bo prowadził ku nieznanemu. I niezmiennie tam prowadzi. O tym, czego chcemy, a nie o tym, co musimy. Po naszej rozmowie serialowy Arturito już nigdy nie będzie dla mnie przegrywem…

Między pytaniami i odpowiedziami pojawiają się wtrącenia dotyczące życia w czasach pandemii. To nieuniknione. Za bardzo nas to zaskoczyło i trzeba sobie jakoś radzić. Enrique z rozbawieniem słucha historii Jaimego o tym, jak szybko rosną mu włosy i jak tak dalej pójdzie, za chwilę będzie miał wielkie afro na głowie. To po rodzicach i dziadkach. Esther jest spokojna, doradza kolegom, gdzie w Madrycie zamówić najświeższe owoce i warzywa, które dowożą pod drzwi. Co chwilę odzywa się Django, pies Esther. Pewnie stracił już cierpliwość.

Poezja emocji

Denver i Sztokholm, a więc Jaime i Esther to serialowa para. Miłość trwa od pierwszego sezonu. On – członek bandy, ona – zakładniczka. I nagle – ogień. Ich postaci przez tych kilka sezonów mocno się zmieniły. I jak przyznają, wiele ich nauczyły. „Sztokholm jest bardzo odważna, tego ciągle się od niej uczę. Mam mnóstwo pomysłów, ale jeszcze więcej chwil zawahania czy warto stawiać wszystko na jedną kartę. A jeśli nie wyjdzie? Ona, mimo wewnętrznych konfliktów i z mnóstwem lęków pokazuje, że warto ryzykować. Pracuję nad sobą i widzę efekty”, mówi Esther. „Za to Denver ponad wszystko stawia miłość i emocje. Serce jest jego doradcą. Dla bliskich zrobiłby wszystko. Dosłownie. Bardzo to cenię”, dodaje Jaime.

Lorente to wielki talent. Ten 28-latek z Murcii zaczynał od teatru, a jego portfolio filmowo-telewizyjne nie jest jeszcze tak bardzo obszerne, jednak każdy jego zawodowy wybór był dotąd trafny. Międzynarodową sławę przyniósł mu „Dom z papieru”, ale Jaime do popularności podchodzi z dystansem: „Nikt nie uczy cię tego, jak radzić sobie z popularnością, zainteresowaniem ludzi. Z dnia na dzień sami staramy się z tym mierzyć, wyciągnąć z tej sytuacji jak najwięcej pozytywów. Jedyne, na co się nie godzę, to ingerowanie w moje życie osobiste”. O swojej partnerce, aktorce Maríi Pedrazie, mówi mało, a najchętniej nic. Spokojnie – to, czego nie mówi w wywiadach, powiedział w tomiku wierszy „A propósito de tu boca”. Bardzo dobrze przyjętym przez krytyków.

Przestępcy z "Domu z papieru" wcale nie tacy źli

Genialny dobór postaci również przyczynił się do fenomenu „Domu z papieru” na skalę światową. Gdy w czerwcu ubiegłego roku odwiedziłam studia Netflixa w Tres Cantos, niewielkim mieście pół godziny drogi od centrum Madrytu, gdzie nagrywano kolejne sceny trzeciego i czwartego sezonu, wszyscy byli niezwykle serdeczni. Choć zmęczeni. Z Jaimem i Esther rozmawiałam zaraz po ich zejściu z 9-godzinnego planu zdjęciowego. Przez 9 godzin oblewało ich parzące światło lamp, w których ja nie wytrzymałabym nawet 10 minut. Nie można tam robić zdjęć, żeby nie zdradzić żadnego szczegółu produkcji, który nie powinien ujrzeć światła dziennego. Zbudowane od zera wnętrze Banku Hiszpanii w rzeczywistości robi takie samo wrażenie, jak na ekranie telewizora (ten prawdziwy Bank Hiszpanii zobaczycie przechadzając się po Paseo de la Castellana w Madrycie, tuż przy fontannie Kybele, nieopodal Prado. Jest potężny i ponury, ale zachwyca).

Zamierzony mrok serialowego Banku Hiszpanii jest pięknym tłem dla znakomicie rozrysowanych postaci. Złych? Nie. To nie jest właściwe słowo, bo żaden z bohaterów tej grupy nie jest złym człowiekiem. Obnażają wyłącznie niesprawiedliwości władzy. A ta, jak wiadomo, niesprawiedliwa potrafi być w różnych zakątkach świata. Ale czwarty sezon oprócz tego, że jest walką z systemem, opiera się przede wszystkim na uczuciach. Na braterstwie, na przyjaźni. Wiecie, jeden za wszystkich… Co Jaime, Esther i Enrique cenią najbardziej w przyjaźni? „Lojalność”, odpowiadają panowie. „Ja, szczerość”, dodaje Esther. Znaczące, jak te krótkie odpowiedzi określają świat męski i kobiecy.

Rozmawiam z aktorami, których bohaterowie umoczeni są w skomplikowany trójkąt miłosny. Przecież w pierwszym sezonie Sztokholm, wtedy jeszcze Mónica nieposiadająca żadnego pseudonimu, która o stolicy Szwecji nawet nie marzyła, była związana z Arturo. Pojawił się Denver i nieźle namieszał. Bohaterowie w serialu grają na wysokich emocjach. Ale ich właściwe przedstawienie to już zadanie aktorskie. Jak z tych emocji później się otrząsnąć, gdy po całym dniu wracają do domu? „Ten bagaż emocjonalny to część naszej pracy”, mówi Jaime. „To, co z naszymi emocjami dzieje się na planie nie można do niczego porównać – rollercoaster. Staram się tylko, żeby wychodziły ze mnie, gdy zdejmuję kostium. Zostawiam je w szatni, żeby nigdzie się za mną nie szwendały. Tak się tych niepotrzebnych w życiu prywatnym emocji pozbywam. Czyste, szybkie cięcie”, dodaje. Podobnie działa Esther: „Emocje zostawiam w biurze. To jest praca. Choć bywają dni, że jest ciężko. Nagrywasz jedną scenę sto razy. Pamiętam, że właśnie w tym sezonie mierzyłam się z sytuacją i emocją, która mnie destabilizowała, nie mogłam wrócić do pionu. Tak bywa, gdy emocje się piętrzą. Wtedy staram się poradzić sobie inaczej: zmywam wszystko pod prysznicem, a potem ćwiczę jogę”. „Ja za to pamiętam scenę z drugiego sezonu, z 7-go odcinka – nagrywaliśmy ją wspólnie, Esther”, wtrąca Enrique. „Było nieprzyjemnie. Wiele mnie kosztowała, nie chciała wyjść, a ja za nic nie chciałem jej grać. Ale ja moją postać traktuję dość specyficznie, nigdy nie biorę Arturo do końca na serio. Nie zrozum mnie źle, poważnie podchodzę do pracy, ale Arturo jest bardzo dziwny. Emocje mnie więc w tym wypadku szczególnie nie dotykają. W czwartym sezonie nagrywaliśmy wspólnie bardzo intensywną, brutalną scenę. I za każdym razem wybuchaliśmy śmiechem, pamiętasz Jaime? Cóż, zawsze podziwiałem takich aktorów, jak Daniel Day-Lewis, którzy zamykają się w domu i miesiącami budują rolę, emocje postaci”.

Zostaję w domu (z papieru)

Czwarty sezon „Domu z papieru” to powrót do zamkniętych przestrzeni, nie tylko tych architektonicznych. To również zamknięte przestrzenie emocjonalne każdego z bohaterów. Wszystkie odcinki nowej serii obejrzałam już w momencie, gdy nikt z nas nie mógł wychodzić z domu. I choć żaden członek ekipy nie mógł przewidzieć, w którą stronę pójdzie za kilka miesięcy świat, znajduję tu wiele odniesień do bieżącej sytuacji. Z czym mierzą się bohaterowie? Ze strachem, stresem, napięciem, złamaniem. Łaknięciem bliskości, gdy tej bliskości dostać nie mogą. Z zamknięciem. Zdawać się może, że bez wyjścia, a jednak – zawsze jest jakieś wyjście. To daje nadzieję. I robi to dobrze. Pozwala uświadomić sobie, jaki kierunek był tym niewłaściwym. A sami zdecydujemy, jaki nowy scenariusz wybrać.

Mniej filozoficznie? Czwarty sezon jest po prostu świetną rozrywką. Więc jeśli wciąż zastanawiacie się, co robić dziś wieczorem, to plan już macie. Ja zostaję w domu. W domu z papieru.