Longevity, czyli nowa definicja długowieczności. „Mówię pacjentom, żeby traktowali siebie jak projekt długoterminowy” [WYWIAD]
Słowo „Longevity” wciąż nie należy do najchętniej wyszukiwanych W Google, a jednak to właśnie ono coraz częściej definiuje sposób, w jaki myślimy dziś o zdrowiu, starzeniu i urodzie. Nie bez powodu. Żyjemy dłużej, ale niekoniecznie lepiej – a to, jak wyglądamy i jak się czujemy, jest tylko konsekwencją tego, co dzieje się głębiej – przekonuje prof. Marek Postuła, kardiolog i naukowiec, specjalizujący się w medycynie długowieczności.

Niedawno wszystko było „anti-aging”. Teraz jest „longevity”. To zmiana narracji czy myślenia?
Prof. dr hab. n. med. Marek Postuła: Zależy, kogo pani zapyta, bo dla niektórych to rzeczywiście tylko nowa etykieta, taki marketingowy rebranding. Jeśli jednak spojrzymy na to z perspektywy nauki, zmiana jest zasadnicza. Przez lata zajmowaliśmy się leczeniem, naprawianiem, wygładzaniem, tego, co już się wydarzyło. Dziś próbujemy wejść głębiej w ten proces i zrozumieć, co go napędza, a potem wpływać na niego u źródła, na poziomie biologii i funkcjonowania komórki.
To czym właściwie jest longevity?
Najprościej mówiąc – nowoczesną prewencją, ale taką prawdziwą, nie deklaratywną. to nie jest podejście typu: robię badania raz w roku i mam załatwiony temat albo biorę suplementy, więc będę zdrowa i młoda. to raczej ciągłe myślenie o tym, jak moje codzienne decyzje przełożą się na moje zdrowie za 10, 20 czy 30 lat. Starzenie jest naturalne i nieuniknione, tego nie zatrzymamy. Problem polega na tym, że jako społeczeństwo zaczęliśmy żyć dłużej, ale niekoniecznie w zdrowiu i sprawności. I właśnie tej różnicy dotyczy longevity – nie chodzi o zatrzymanie czasu, tylko o to, żeby jak najdłużej funkcjonować dobrze, fizycznie i mentalnie.
Czyli starzeniem się możemy naprawdę zarządzać?
To proces, na który możemy wpływać. I to bardzo konkretnie. Starzenie jest dziś najważniejszym czynnikiem ryzyka rozwoju chorób cywilizacyjnych – od chorób układu sercowo-naczyniowego, przez metaboliczne, aż po nowotwory czy choroby neurodegeneracyjne. Jeśli więc zaczynamy rozumieć i modyfikować procesy starzenia, to w praktyce wpływamy na szerokie spektrum zdrowia.
Jak to wygląda w rzeczywistości?
To przede wszystkim zrozumienie swojego indywidualnego ryzyka i zaprzestanie działania w trybie „coś jest dla wszystkich”. Dobrym przykładem jest genetyka. Jeśli wiemy, że ktoś ma określoną mutację genu związaną z podwyższonym ryzykiem np. nowotworu jajnika – to zmienia się całe podejście do profilaktyki. Nie kierujemy pacjentki co chwila na kontrole cytologiczne, ale częściej na badania USG przezpochwowe. Sięgamy po inne metody. I to jest właśnie to zarządzanie. Tak samo jak fakt, że dziś nie patrzymy już na pojedyncze geny, ale na całe zestawy wariantów, które razem budują realne ryzyka. Dopiero złożenie tych danych daje nam sensowny obraz i możliwość działania i interpretowania rzeczywistości.
Brzmi jak bardzo zaawansowana, spersonalizowana medycyna.
Mówię pacjentom, żeby traktowali siebie jak projekt długoterminowy i zaczęli zbierać dane – wyniki badań, historię zdrowia, stylu życia. Z tego buduje się coś w rodzaju „cyfrowego bliźniaka”, czyli obraz organizmu, który pozwala podejmować codziennie lepsze wybory. Paradoks polega jednak na tym, że im więcej wiemy, tym bardziej wracamy do podstaw. Sen, ruch, dieta – to nadal fundament, tylko dziś rozumiemy mechanizmy, które za tym stoją.
A skoro mówimy o codzienności – co dziś najbardziej nam szkodzi, a kompletnie to ignorujemy?
Powietrze. Cząsteczki, którymi oddychamy, wywołują przewlekły stan zapalny, nasilają stres oksydacyjny, wpływają na układ sercowo-naczyniowy i przyspieszają procesy starzenia. To coś, co robimy cały czas, automatycznie, więc zupełnie o tym nie myślimy, a konsekwencje są bardzo realne.
Czyli możemy chodzić na zabiegi medycyny estetycznej i… to nadal nie wystarczy?
Właśnie. możemy mieć perfekcyjne kosmetyki, a jednocześnie każdego dnia szkodzić sobie czymś tak podstawowym jak powietrze czy brak snu. Dlatego longevity zawsze wymaga spojrzenia szerzej – w kontekście całego stylu życia.
Zejdźmy jeszcze poziom niżej – do komórki. Co tam się dzieje, kiedy się starzejemy?
Kumulują się uszkodzenia, a organizm coraz gorzej sobie z nimi radzi. kluczową rolę odgrywają mitochondria, czyli nasze „elektrownie”. Z wiekiem produkują mniej energii, a jednocześnie więcej stresu oksydacyjnego. To nie jest jedyny mechanizm starzenia, ale bardzo ważny, bo energia komórkowa wpływa na praktycznie wszystkie procesy w organizmie.
Rozumiem, że na skórę też?
Tak, i to bardzo wyraźnie. Skóra jest jednym z najbardziej dynamicznych narządów – cały czas się odnawia, produkuje nowe komórki, regeneruje się. To proces bardzo energochłonny. Jeśli tej energii zaczyna brakować, regeneracja spowalnia, pogarsza się jakość kolagenu, skóra traci jędrność.
I tu pojawia się urolityna A, o której coraz częściej mówi się w kontekście longevity. Dlaczego właśnie ona?
Bo to dobry przykład, jak nauka zaczyna rozumieć i modulować konkretne procesy. Urolityna A to cząsteczka, która aktywuje mitofagię, czyli mechanizm usuwania uszkodzonych mitochondriów. W praktyce oznacza to, że pomagamy komórce pozbyć się „zużytych elementów”, które już nie działają prawidłowo i generują stres oksydacyjny. Dzięki temu organizm może efektywniej tworzyć nowe, sprawne mitochondria. Co ciekawe, większość z nas nie produkuje jej naturalnie – to zależy od mikrobiomu jelitowego. Dlatego pojawiły się jej standaryzowane formy, przebadane klinicznie, które pozwalają ten proces wspierać w sposób bardziej przewidywalny. Ale znowu – to nie jest skrót ani „magiczna kapsułka”. To raczej przykład kierunku, w którym idzie medycyna długowieczności: zamiast maskować efekty, zaczynamy wspierać procesy, które i tak zachodzą w organizmie.
Czyli trochę „resetuje” komórki?
Można to tak ująć. Nie tworzymy niczego od zera, ale wspieramy naturalne mechanizmy oczyszczania i regeneracji. To jest ważne rozróżnienie, bo w longevity nie chodzi o sztuczne „naprawianie” organizmu, tylko o przywracanie jego zdolności do samoregulacji. Są już pierwsze badania pokazujące wpływ urolityny A na komórki skóry, np. fibroblasty oraz keratynocyty. To kierunek, który będzie się rozwijał, bo pokazuje, że przyszłość pielęgnacji nie polega tylko na działaniu powierzchniowym, ale na wspieraniu procesów zachodzących głębiej.
Brzmi jak coś, co chciałabym natychmiast włączyć do swojej rutyny.
I tu pojawia się klasyczny problem – chęć skrótu. Ludzie sięgają po suplementy – „tabletki na wszystko” – bez zrozumienia, czy w ogóle ma to sens. Wiele substancji ma dobre wyniki w badaniach na modelach zwierzęcych, ale to nie zawsze przekłada się na człowieka. Do tego dochodzi mieszanie kilku preparatów naraz, bez świadomości interakcji. Suplementy są dodatkiem, nie fundamentem. Sam stosuję witaminę D i kwasy omega, ale robię to w oparciu o badania i konkretne potrzeby. Tymczasem wiele osób bierze suplementy, bo ktoś je polecił w internecie. A fundament pozostaje nie zmienny – sen, ruch, dieta. Sen, jeden z najważniejszych elementów, a jednocześnie najbardziej bagatelizowany. Brak snu zaburza regenerację, gospodarkę hormonalną, zwiększa stan zapalny. Sam zrezygnowałem z pracy w szpitalu na dyżurach, bo widziałem, jak bardzo wpływa to na organizm. Z wiekiem regeneracja i tak spowalnia, więc jeśli dodatkowo ją zaburzamy, to przyspieszamy procesy, których chcieli byśmy uniknąć.
Mówimy o stylu życia, ale wiele osób nadal uważa, że wszystko i tak zależy od genów.
Nie ma jednej prostej odpowiedzi. Są badania, które pokazują różne proporcje, nawet zbliżone do 50/50. Ale kluczowe jest, że mamy wpływ na to, jak nasze geny działają. To właśnie epigenetyka. Styl życia – dieta, aktywność fizyczna, sen – wpływa na to, które geny są aktywne, a które nie.
Czyli wracamy do punktu wyjścia – genów i codziennych wyborów?
Zawsze do nich wracamy, bo to one budują efekt w długim czasie.
I na końcu wszystko widać na skórze.
Tak, bo skóra jest odbiciem tego, co dzieje się w środku.

