Wiktor Niezgoda: „Idealny run club powinien być inkluzywny i stawiać bieganie na pierwszym miejscu” [WYWIAD]
Run cluby, influencing, designerskie kolekcje sportowe. Nie da się nie zauważyć, że bieganie weszło do mainstreamu. Po części stało się nawet pretekstem do chwytliwych kampanii marketingowych. Moda na bycie fit? Potrzeba bycia częścią społeczności? Czy kubek kawy wyglądający lepiej w sportowym outficie? Na te pytania stara się odpowiedzieć Wiktor Niezgoda.

Aleksandra Jóźwiak: Czy bieganie naprawdę jest dla każdego?
Wiktor Niezgoda: Bieganie jest dla każdego. Każdy może założyć buty i wyjść na przebieżkę – czy to szybką, czy wolną, dokładnie tak, jak chce. Więc jeżeli lekarz nie stwierdził żadnych przeciwwskazań, to uważam, że naprawdę tak – bieganie jest dla każdego.
Czyli według Ciebie to najprostszy i najbardziej dostępny sport?
Na początku tak. Oczywiście im dalej w las, tym pojawia się więcej „to zależy” – i to jest w ogóle bardzo biegowa odpowiedź, która pasuje do wielu rzeczy. Ale próg wejścia jest stosunkowo niski. Na samym początku jedyne, czego potrzebujesz, to chęć no i na pewno przydadzą się też dobre buty. Dopiero potem dochodzą wszystkie rzeczy związane ze sprzętem, świadomym treningiem i tak dalej. Natomiast start jest naprawdę prosty – możesz po prostu założyć buty i wyjść pobiegać.
Twoim zdaniem trudniej jest zacząć czy wytrwać?
Myślę, że wytrwać. Nawyki nie tworzą się od razu i wiele osób bardzo szybko rezygnuje. Często dlatego, że nie do końca rozumieją, co się dzieje w ich treningu. Bardzo dużo osób biega po prostu za szybko. Jeżeli każdy trening wygląda tak, że kończysz go totalnie zmęczony, nie jesteś w stanie oddychać i masz poczucie, że to jest tylko niekomfortowy wysiłek, to trudno to polubić. Tym bardziej że nie widzisz od razu efektów. Więc masz sytuację, w której poddajesz się wysiłkowi, a jednocześnie nie dostajesz szybkiej nagrody – i to może bardzo zniechęcać.
Wydaje mi się, że wiele osób zaczyna bez planu i bez świadomości, jak powinien wyglądać trening, żeby dawał zarówno efekty, jak i przyjemność. Najczęściej widzę właśnie to: bieganie za szybko i rzucanie się od razu na głęboką wodę. A to sprawia, że nie jesteśmy w stanie zbudować nawyku, bo ten trening zwyczajnie nie daje frajdy. Natomiast jestem przekonany, że kiedy już nauczysz się biegać spokojniej, wprowadzać nowe bodźce treningowe – spokojne wybiegania z mocniejszymi jednostkami – i złapiesz rytm, to naprawdę trudno się od tego oderwać. Te endorfiny po treningu robią swoje.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Z jednej strony niski próg wejścia, z drugiej – kontuzje. To trochę pułapka?
Rozumiem to podejście. Ja nie jestem fizjoterapeutą, więc nie chcę mówić, że wiem wszystko, ale z obserwacji widzę jedną rzecz: większość amatorów chce za dużo, za szybko. Próg wejścia jest niski, bo nie potrzebujesz dużo sprzętu – wychodzisz i biegniesz. Ale jednocześnie mamy ogromną ekspozycję na bieganie w social mediach. Widzimy ludzi, którzy biegają szybko, wyglądają świetnie, wszystko wydaje się lekkie i przyjemne.
I wtedy podświadomie zakładamy, że u nas też tak będzie od razu. A potem wychodzisz, łapiesz zadyszkę, bolą cię nogi, przeciążasz się. Ciało, które nie jest przygotowane na taki wysiłek, reaguje bólem, naciągnięciami, a czasem kontuzją. Dlatego bardzo łatwo jest się tym zachłysnąć i zrobić sobie krzywdę.
Uważam, że warto zaczynać stopniowo. Sprawdzić, poczytać, zorientować się, z czym to się je. Jest mnóstwo dobrych źródeł, trenerów, materiałów. Nie każdy musi od razu pracować z trenerem, ale jeżeli ktoś chce podejść do tego poważniej, to to naprawdę zmienia bardzo dużo. Bo problem pojawia się wtedy, kiedy wchodzisz w coś bez wiedzy, a jednocześnie masz wobec siebie wysokie oczekiwania — albo porównujesz się do wyidealizowanego obrazu z internetu.
Pamiętam, jak pierwszy raz przebiegłem 5 km — to było dla mnie ogromne doświadczenie. Potem 10, potem kolejne dystanse. Były błędy, były kontuzje, ale to wszystko było częścią procesu.
Jak myślisz, skąd wzięła się ogromna popularność biegania?
Bieganie było popularne wcześniej, ale bardziej niszowo. Teraz weszło do mainstreamu i to bardzo szeroko. Może to mieć coś wspólnego z ogólną tendencją do zwracania uwagi na zdrowy styl życia. Bycie zdrowym, fit, stało się modne – jest propagowane wszędzie. Młodsze pokolenie przestaje pić alkohol i zaczyna się ruszać. A jak już mówiłem bieganie ma stosunkowo niski próg wejścia.
Widzimy, co się dzieje – run cluby są wszędzie, marki tworzą własne społeczności, ludzie biegają w różny sposób: szybciej, wolniej, dla wyników, dla przyjemności. Trudno wskazać stricte jedną przyczynę. Myślę, że to suma kilku rzeczy. Po pierwsze - właśnie tej tendencji społeczeństwa do ruchu, po drugie niski próg wejścia. Po trzecie - otwarcie się na amatorów i duża dostępność oraz widoczność w postaci eventów, różnych form startów typu trail, ultra, sztafety. No i w różnych miejscach - od asfaltu po lasy czy bezdroża.
Może też osoby bardziej rozpoznawalne zaczęły o tym mówić i pokazywać, że to jest fajne. A reszta ludzi to podłapała.
Do tego dochodzi aspekt społeczny – spotykanie się na treningi, bieganie i potem wspólna kawa. To jest bardzo atrakcyjne. Z drugiej strony mamy też osiągnięcia sportowe, które robią wrażenie i inspirują. To wszystko razem tworzy efekt kuli śnieżnej. I nagle pojawia się „moda na bieganie”. Możemy zauważyć, że bieganie weszło też do świata mody, bo to już nie są tylko techniczne ubrania, tylko pojawiają się marki premium, design, estetyka.
Bieganie staje się częścią stylu życia. I to widać – coraz więcej marek wchodzi w ten segment, powstają nowe kolekcje, nowe produkty. To się napędza.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
To teraz kontrowersyjne pytanie – run cluby: hot or not?
To zależy. Są run cluby, które są bardziej produktem marketingowym niż miejscem do biegania – i to widać. Jest tam więcej brandingu niż realnej pracy treningowej. Ale są też takie, które naprawdę dbają o biegaczy – jest rozgrzewka, ktoś prowadzi trening, ktoś patrzy na technikę, pomaga dobrać tempo. Ja osobiście uważam, że te drugie są najbardziej wartościowe. Jednocześnie wiem, że nie każdy chce trenować „na serio”. Dla wielu osób bieganie to bardziej forma spędzania czasu, społeczność. I to też jest okej.
Natomiast idealny run club powinien być inkluzywny i stawiać bieganie na pierwszym miejscu. Bez oceniania, bez presji.
Czy bieganie to nadal sport indywidualny?
Tak się wydaje, ale w praktyce – szczególnie w treningu – jest bardzo społeczny. Profesjonaliści też trenują razem. I to działa. W grupie łatwiej zrobić trening, jest wsparcie, motywacja, poczucie przynależności. Ja też tego doświadczyłem – w grupie po prostu biega się lepiej.
Masz poczucie misji w tym, co robisz w social mediach?
Myślę, że to wychodzi naturalnie. Ja po prostu mam ogromną zajawkę i chcę się nią dzielić. Nie chcę mówić, że edukuję, bo nie jestem profesjonalnym trenerem ani specjalistą. Ale chcę pokazywać, że bieganie może być fajne, dostępne i że wpływa nie tylko na ciało, ale też na głowę. I jednocześnie staram się uczulać ludzi, żeby nie szukali odpowiedzi na wszystko w internecie. Dostaję bardzo dużo pytań – o buty, treningi, ale też o rzeczy medyczne. I wtedy zawsze odsyłam do specjalistów. Bo to jest ważne.
Co powiedziałbyś osobie, która chce zacząć?
Zacznij powoli. I rób mniej, niż myślisz, że powinieneś. Marszobiegi są świetne na start. To naprawdę działa. Potem warto zainwestować w dobre buty, ale dobrane pod ciebie, nie modne. I mieć jakiś plan. Nie musi być skomplikowany, ale warto wiedzieć, co się robi.
A trening siłowy?
Jest bardzo ważny, głównie jako prewencja kontuzji. Bieganie to w gruncie rzeczy powtarzalny ruch, możemy porównać go do ciągłego skakania na jednej nodze, tylko na przemian – to może być obciążające dla ciała. Trening siłowy pomaga to zbalansować i wzmocnić nasze nogi, przygotowując je do wysiłku. Sam trening siłowy nie musi być skomplikowany – ale warto go wprowadzić, nawet raz w tygodniu.
Na koniec chciałam zapytać: co najbardziej lubisz w bieganiu?
Pokonywanie siebie. Lubię sprawdzać swoje granice, zobaczyć, jak daleko mogę zajść. Pamiętam, jak pierwszy raz przebiegłem 5 km — to było dla mnie ogromne doświadczenie. Potem 10, potem kolejne dystanse. Były błędy, były kontuzje, ale to wszystko było częścią procesu. A potem przychodzi moment, kiedy „klika”. Biegniesz, czujesz lekkość, wszystko się zgadza. I to jest ten moment, w którym naprawdę można się zakochać w bieganiu.

