Aneta Kręglicka w szczerej rozmowie z Hanną Lis: „Nauczyłam się o sobie mówić w superlatywach, nie krępuję się, bo wiem dokładnie, kim jestem"
„Wiem dokładnie, kim jestem. Lubię jasne reguły i czytelne zasady. Stronię od ludzi, którzy mówią jedno, robią drugie. Wierzę, że w życiu trzeba być przyzwoitym człowiekiem” – mówi Aneta Kręglicka. To szczera rozmowa o stawianiu granic, pokonywaniu barier i macierzyństwie.

Hanna Lis: Przed naszym spotkaniem napisałaś: „Mam nadzieję, że nie szykujesz się do rozmowy o Miss Świata”! Nadal Cię uwiera ta korona?
ANETA KRĘGLICKA: Nigdy nie planowałam udziału w konkursie piękności ani żadnego zajęcia, które by się wiązało z byciem osobą publiczną. Wybory to miała być przygoda życia, a nie plan na życie. Zdecydowałam się w nich wystartować, wiedząc jednocześnie, że zgrzyta to z moją naturą – nie lubię zwracać na siebie uwagi. Po latach czuję jednak coraz większy sentyment i sympatię do tego, co mi się przydarzyło.
Po wygranej w konkursie Miss Świata w 1989 roku byłaś w Polsce witana jak Michael Jackson, a Twoje nazwisko wymieniano jednym tchem z Lechem Wałęsą i Karolem Wojtyłą.
Gdy wracałam z Hongkongu, gdzie odbywały się wybory, wiedziałam, że w Polsce są planowane powitania, wywiady, koncerty, jednak nie miałam świadomości skali zainteresowania. Najpierw mnie to zmroziło, potem pomyślałam: zwariowali! To było strasznie krępujące. Ale z natury jestem osobą zadaniową, więc jak już mówię A, to potem leci cały alfabet. Spotykając się za granicą z dziennikarzami, opowiadałam także o Polsce, o szczególnym momencie w jej historii. Starałam się, żeby tytuł miss przysłużył się czemuś ważniejszemu, żeby widziano w nim coś więcej niż tylko koronę. I chyba to zagrało, bo wiem, że nie rozczarowałam Polaków.
Usiłowałaś swoją ówczesną sławę nasycić jakimś znaczeniem. Dziś wygląda to inaczej – bycie znanym, często z byle powodu, jest wartością samą w sobie. Andy Warhol nie doszacował, kiedy mówił, że każdy będzie kiedyś miał 15 minut sławy. Teraz płytka sława trwa latami i przynosi krocie.
Bardzo mnie to rozczarowuje. Popularni stają się ludzie, którzy nie wnoszą nic wartościowego. Dotyczy to nie tylko show--biznesu, lecz także świata polityki, bo i tu jest spora grupa osób z przypadku. Dając im na to przestrzeń, uwiarygadniamy ich. Wstydzę się tego, że ktoś ma odwagę być w mediach, nie mając ani wiedzy, ani nawet uroku osobistego, już nie mówiąc o kulturze słowa. Powstają niezrozumiałe dla mnie medialne kariery, za którymi idą gigantyczne pieniądze, a jak wsłuchasz się w to, o czym ci ludzie mówią i jakim językiem – to jest to wyzute z treści. Takie bleblanie, na którym niestety wychowuje się młodzież. Jest moda na bylejakość i na chodzenie na skróty.
Po zdobyciu korony miałaś propozycje z mediów, modelingu, nawet polityki. Wybrałaś biznes, choć była to trudniejsza droga, zdecydowanie nie na skróty.
Zaczęłam pracować w reklamie, w branży, o której niewiele wiedziałam. Początki były trudne, bardzo mi przeszkadzał tytuł miss. Ambicja nie pozwalała mi się poddać – po prostu pracowałam więcej i ciężej. Nie chciałam nikomu dać satysfakcji, że mnie zagiął. Dzięki wpojonej mi w domu etyce pracy wiedziałam, że w końcu się nauczę i że będę w tym dobra. Startowałam w przetargach i konkurowałam z firmami dużo bardziej doświadczonymi niż moja. Pracę otrzymywałam na podstawie wygranych konkursów, a nie dlatego że pan Kowalski coś mi dał „na błękitne oczy”.
Żyłkę do biznesu wyniosłaś z domu?
Rodzice nie mieli własnych biznesów, zawsze pracowali w strukturach. Już w szkole średniej deklarowałam, że nie będę dla nikogo pracowała, że sama będę architektem swojego świata. Początkowo rodzice patrzyli na mnie z rozbawieniem. Nie zapomnę nigdy wyrazu dumy na twarzy mojego ojca, kiedy pierwszy raz przyjechał do mojej firmy. Miałam 27 lat, a w biurze kilkudziesięcioosobowy zespół. Podobnie było, gdy zakładałam rodzinę. Tata śmiał się, mówił: „Dziecko, ty masz dwie lewe ręce, jak ty będziesz dom prowadziła?”. Rzeczywiście, w domu rodzinnym niewiele robiłam poza nauką, ale nasiąknęłam jego atmosferą: porządkiem, wspaniałym gotowaniem. Wbrew obawom taty świetnie sobie poradziłam. Dziś umiem zrobić wszystko.
Lubisz siebie?
Nauczyłam się o sobie mówić w superlatywach, nie krępuję się, bo wiem dokładnie, kim jestem. Lubię jasne reguły, czytelne zasady, szczerość i prostolinijność. Stronię od ludzi, którzy mówią jedno, robią drugie. Wierzę, że w życiu trzeba być przyzwoitym człowiekiem – mam to po rodzicach i po dziadkach i dziś to chyba moja główna siła. Jestem bardzo wrażliwa, ale jednocześnie wiem, że mam w sobie taką moc, że jak podejmę decyzję, to nie ma zmiłuj się. No i jestem starą babą, która ma doświadczenie.
Kocham, jak mówisz o sobie „stara baba”!
Młodziutka to ja nie jestem.
Sama o sobie też tak mówię. Dla mnie „stara baba” oznacza doświadczenie i mądrość. Świetnie mieć w dowodzie „starą babę”, a w głowie wiosnę. Dzieci w tym pomagają. Pamiętam, jak urodził się Twój syn Alek i odwiedziłam Cię w szpitalu, sama będąc w drugiej ciąży. Nigdy wcześniej nie widziałam Cię tak absolutnie szczęśliwej.
Urodziłam późno, miałam 35 lat. Moi rodzice nie do końca wierzyli, że zostanę matką. Byłam na dużej „rozkrętce” zawodowej, a kiedy kupiliśmy z moim mężem Maćkiem psa, orzekli: „Dzieci nie będzie, po herbacie”. A ja nagle, po dwóch latach małżeństwa, poczułam, że to jest ten moment – zwyczajnie do tego dojrzałam. Musiałam wcześniej poukładać sobie swoją drogę zawodową. I kiedy Alek przyszedł na świat, wszystko przewróciłam do góry nogami. Zweryfikowałam swoją pracę, zmniejszyłam firmę. Przez pierwszych pięć lat całkowicie oddałam się macierzyństwu. To było wielkie szczęście.
Byłaś matką ciepłą i troskliwą, a jednocześnie wymagającą, potrafiącą postawić dziecko do pionu. Myślę, że takie kobiety jak Ty wychowują swoich synów na fajnych mężczyzn, dobrych partnerów i mężów.
To jest dla mnie fundamentalne. Chcę, żeby Alek był szczęśliwy, silny, żeby był pewny siebie, żeby osiągnął zawodowy sukces, ale przede wszystkim, żeby był dla swojej kobiety prawdziwym partnerem, opiekunem, a kiedy trzeba – także przewodnikiem. On sam mówi, że chciałby przejść drogę podobną do mojej, stanąć najpierw na nogi zawodowo. Uważa, że facet powinien być odpowiedzialny za rodzinę, bo przychodzi taki moment, że to my, kobiety, oddajemy się macierzyństwu i domowi, poświęcamy temu czas, karierę. Więc – umówmy się – potrzebujemy kotwicy w mężczyźnie. Myślę, że Alek będzie taką kotwicą. Wychowałam go na przyzwoite go chłopaka, który jest silny, a do tego wrażliwy.
Matki powinny wychować córki do siły, a synów do wrażliwości?
Tak. Jeżeli mężczyzna ma w sobie wrażliwość, empatię, pewien rodzaj subtelności, spostrzegawczości, intuicji, która jest właściwa kobietom, to – tak myślę – łatwiej mu będzie przejść przez życie. Jako matka bardzo bym chciała, żeby Alek żył, kierując się sercem, ale żeby i głowę miał na karku.
Pokolenia matek wychowywały swoich synów wedle zasady „chłopaki nie płaczą”. Te tłumione emocje kończą się źle, często tragicznie, o czym opowiadacie z Twoim mężem w Waszym filmie „Zapiski śmiertelnika”. Samobójstwa mężczyzn to plaga naszych czasów. Mamy kryzys męskości?
Maciek nie powiedziałby, że to jest kryzys męskości, raczej kryzys wrażliwości i odczytywania tej wrażliwości w drugim człowieku. My, kobiety, stałyśmy się bardzo mocne, pewne siebie i w związku z tym bardziej wymagające. Mężczyźni z kolei są coraz bardziej zagubieni, bo mają ogromny problem z mówieniem o emocjach. Zauważ, jak trudno z faceta cokolwiek wyciągnąć. Mój mąż jest pod tym względem wyjątkowy, on w ogóle bardzo dużo gada, więc o swojej wrażliwości też, taką ma naturę. Regułą jednak jest niestety to, że mężczyźni niechętnie się zwierzają ze swoich problemów. Nie mówię nawet o problemach psychicznych, ale również o tych w pracy. My jesteśmy ekstrawertyczne, jak jest źle, od razu to z siebie wyrzucamy…
…bo mamy swoje psiapsi, do których dzwonimy w środku nocy.
No właśnie – my mamy wentyl. Mężczyźni rzadziej mają bliskich przyjaciół, którym naprawdę mogą się zwierzyć. Opowiadają sobie nawzajem o kobietach, ale niechętnie o problemach. Nie bardzo umieją się przed sobą przyznać do porażek czy kryzysów zawodowych, od których najczęściej zaczyna się depresja. Statystyki mówią o tym, że na 15 samobójstw 13 popełniają mężczyźni. Po pokazach filmu podchodzili do nas ludzie, którzy mieli za sobą próby samobójcze i dziękowali Maćkowi za tę opowieść. Bo mimo wszystko jest ona krzepiąca. Wydaje mi się, że społecznie ten film ma wielką siłę i znaczenie.
Kate Winslet opowiedziała ostatnio o tym, jak wyżywały się na niej media za czasów filmu „Titanic”. Jakiś recenzent napisał, że Leonardo DiCaprio zmieściłby się w szalupie ratunkowej, gdyby tylko ona zrzuciła 15 kilogramów. To spotęgowało jej zaburzenia odżywiania, na które wtedy cierpiała. Minęło prawie 30 lat, ale media równie bezwzględnie obchodzą się z kobiecą powierzchownością. Za młoda, za stara, za chuda, za gruba. Starzeje się naturalnie – źle, bo jest pomarszczona. Robi lifting – źle, bo jest naciągnięta.
Cały czas jesteśmy cenzurowane. Narzuca nam się, co nam wolno, a co nie, w zależności od wieku czy figury. Dziś skala hejtu jest nieporównywalnie większa niż w latach 90. Musimy z tym walczyć. Trzeba w końcu media uczynić odpowiedzialnymi za to, co publikują. Należy wprowadzić zakazy i kary za łamanie standardów. Ta źle zrozumiana wolność słowa musi zostać zredefiniowana, bo ona nie polega na tym, że możesz powiedzieć wszystko i zniszczyć każdego.
Skończyłaś niedawno 61 lat, ja 56. Choć czuję, że to jest najlepszy moment w moim życiu i wiem, że masz podobnie, to jednak matematyka jest bezwzględna. Czasami budzę się z myślą: „Cholera, większość już za mną”.
Mój jedyny problem ze starzeniem to strach przed utratą samodzielności. Nie chcę, żeby moja starość była przykra dla mnie i obciążająca dla mojego syna. Wiem, co to znaczy żyć z osobą chorą i jakie to jest trudne dla obu stron. Moja mama ciężko chorowała przez ostatnie lata swojego życia. Robiłam wszystko, żeby żyła dłużej, wyszarpałam dla niej od życia jeszcze cztery i pół roku. Dlatego bardzo wierzę w filozofię długowieczności, tzw. longevity.
Słucham uważnie swojego ciała. Unikam heroicznych poświęceń i tytanicznego wysiłku.
Moja mama ostatnie lata swojego życia spędziła unieruchomiona. Jak mówisz o długowieczności, to wiem, że nie chodzi o to, żeby wyglądać na 20 lat czy robić szpagaty na ścianie.
Długowieczność jest pewnego rodzaju przenośnią, bo nie chodzi przede wszystkim o to, by maksymalnie wydłużyć życie, ale o to, by wydłużyć je w zdrowiu i zadbać o jego jakość, o mądre podejście do stylu życia, sposobu odżywiania, wypoczynku, a przede wszystkim do ruchu. Instynktownie uprawiam „longevity” od dawna. Po prostu żyję świadomie. Zaczynam dzień od gimnastyki, codziennie. Nawet gdy jestem skrajnie zmęczona, trening jest zastrzykiem energii. To jest moja higiena życia – jak mycie zębów. Zawodowo jestem związana z Longevity Sport Lab – to projekt, którego się podjęłam, bo w niego wierzę. Tam moja filozofia życia jest podparta nauką, treningami funkcjonalnymi i badaniami, które weryfikują mój potencjał – pokazując nie tylko moje mocne strony, lecz także deficyty. Ostatnio przebadali mnie od stóp do głów i wyszło, że mój wiek biologiczny to 35 lat.
Imponujące.
To po prostu działa. Nie robię niczego spektakularnego, ale robię to regularnie. Ruch jest dla mnie naturalną częścią życia, nie obowiązkiem. Dbam o sen, regenerację, jakość jedzenia. Słucham uważnie swojego ciała. Jeśli coś odrzuca, nie zmuszam go. Unikam heroicznych poświęceń i tytanicznego wysiłku. Kiedyś zdrowie było dla mnie oczywistością, dzisiaj jest świadomym wyborem. Dbam o to, żeby robić to, co lubię, dotyczy to też spraw zawodowych. Staram się dzisiaj wybierać dla siebie projekty, w których się czuję komfortowo, nawet jeśli przychodzi mi z czegoś zrezygnować. Chcę po prostu spokojnie i możliwie pięknie żyć.
Jakich rad udzieliłabyś dziś dwudziestoparoletniej Anecie?
Wsłuchaj się w siebie, nie rób w życiu niczego na siłę ani wbrew sobie. Kiedy czujesz wewnętrzny sprzeciw, który odbiera ci przyjemność z tego, co robisz – daj krok wstecz, bo nie zawsze krok do przodu jest tym właściwym. Nawet jeśli oznacza to, że trzeba coś rozpocząć od nowa. To dotyczy też związków, w których jesteśmy nieszczęśliwi.
Bo one zabierają energię.
I czas. Trzeba szanować czas, bo, kurczę, życie mamy jedno! Czas między 20. a 60. rokiem życia naprawdę mija w okamgnieniu. Każdy moment jest ważny. Planuj, miej cele – OK, ale żyj tu i teraz. Patrz na to, co tu i teraz jest dla ciebie ważne, co cię uszczęśliwia. I ze wszystkich sił unikaj tego, co instynkt ci podpowiada, że jest złe.
Bo nasze życie to nie próba generalna.
Muszą to sobie wziąć do serca zwłaszcza młode dziewczyny. Żeby każda jak najwcześniej wyćwiczyła w sobie miłość własną i dawkę zdrowego egoizmu, który pozwoli jej stawiać granice i dobierać otoczenie, w którym będzie szczęśliwa.
Napisałaś na Instagramie: „Bądźmy lepszymi ludźmi, bo zawsze możemy nimi się stać”.
Każdy z nas popełnia błędy, każdy z nas ma jakieś życiowe wpadki. Ale zawsze, codziennie możemy w prosty sposób wyćwiczyć w sobie lepszego człowieka.
Jak?
Myśląc dobrze o innych ludziach nawet wtedy, kiedy nas krzywdzą. Dobro działa na ludzi znacznie silniej niż zło.

