„Chciałabym, żebyśmy przestali mówić o „sporcie kobiet”, a zaczęli po prostu o sporcie”. Paulina Chylewska o długiej drodze do równości
Można wygrać to samo, ale nie tyle samo? Sport kobiet generuje coraz większe przychody, ale zawodniczki wciąż zarabiają znacznie mniej niż zawodnicy, a w organizacjach brakuje kobiet na decyzyjnych stanowiskach. Równość, jeśli jest, to wyłącznie pozorna, niewiele ma wspólnego z zasadami uczciwej gry.

Gdy amerykańscy hokeiści zdobyli złoty medal na ostatnich igrzyskach olimpijskich, prezydent Stanów Zjednoczonych zaprosił zawodników do Białego Domu, żeby w odpowiednio wystawnych okolicznościach celebrować ich sukces. Złoty medal na tych samych igrzyskach zdobyły również amerykańskie hokeistki. Donald Trump rzucił, że „niestety paniusie też trzeba będzie zaprosić”, bo inaczej czeka go rychły impeachment.
To samo miejsce na podium, ten sam turniej, a żenujący dowcip prezydenta zasugerował, że złoto złotu nierówne, bo sportowe osiągnięcia kobiet to jedynie błąd w systemie, który przecież stworzono, by symbolicznie przypominał o przewadze męskiej tężyzny nad kruchością kobiety. Ale już przytomne relacje na nieprzytomny komentarz polityka przyniosły odrobinę optymizmu. Czy jest szansa, że ten system zaczyna się sypać?
Sport kobiet zyskuje coraz większą widoczność. Liczby – obecność na trybunach, oglądalność relacji, zasięgi w mediach społecznościowych – wytrącają ostatni argument zdziadziałych prezesów, którzy przez dekady do znudzenia powtarzali, że sport kobiet nikogo nie interesuje.
Fair Play? Dysproporcje finansowe w sporcie
W połowie ubiegłego roku Deloitte, globalne przedsiębiorstwo świadczące usługi doradcze z obszaru analizy rynku, wyliczyło, że roczne przychody z zawodowego sportu kobiet wyniosą 2,35 miliarda dolarów. A to oznacza 25-proc. wzrost w stosunku do 2024 roku. Przychody obejmują kontrakty sponsorskie, zyski z reklam podczas transmisji turniejów, wreszcie sprzedaż biletów na poszczególne wydarzenia. Jest dobrze? Nie, jest tylko trochę lepiej. Kiedy dwa lata temu polska piłkarka Ewa Pajor przechodziła z Vfl Wolfsburg do FC Barcelona, hiszpański klub miał zapłacić za ten transfer pół miliona euro – i był to rekord w historii kobiecego futbolu. Kiedy sześć lat temu Neymar zmieniał barwy klubowe i przechodził z Barcelony do PSG, francuski klub zapłacił za niego 222 miliony euro. To różnica, która dobrze obrazuje dysproporcje zarówno w zarobkach pojedynczych zawodników i zawodniczek, jak i w budżetach, którymi operuje się w męskim i kobiecym sporcie.

– Możemy porównać budżety męskiego i kobiecego UCI World Tour, czyli cyklu wyścigów kolarskich najwyższej dywizji, w którego skład wchodzi m.in. legendarny Tour de France. Budżet męskiego World Touru to 570 milionów euro, a kobiecego ponad 6 razy mniej – 70 milionów euro – opowiada Róża Jawor, znawczyni kolarstwa, związana m.in. z redakcją „Kultury Kolarskiej”. – Dopiero w 2020 roku wprowadzono minimalne wynagrodzenie dla kobiet – dziś wynosi ono około 32 tysięcy euro rocznie, ale to dotyczy wyłącznie kolarek jeżdżących w najwyższej dywizji. Badanie z 2024 roku wykazało, że 55 proc. kobiet zarabia mniej niż 10 tysięcy euro rocznie na profesjonalnych kontraktach, a co czwarta zawodniczka musi pracować na etacie, by móc kontynuować karierę. Kasia Niewiadoma-Phinney wygrała w 2024 roku Tour de France. Zarobiła 50 tysięcy euro. Tadej Pogacˇar, który w tym samym roku wygrał ten sam wyścig – 10 razy więcej.
Kto wydaje pieniądze na sport kobiet?
Budżet decyduje o całej infrastrukturze usług, z których korzysta zawodniczka – przekłada się na jakość opieki trenerskiej i dietetycznej, standard hoteli, w których sportowczynie mieszkają (i regenerują się) podczas turniejów. W zasadzie jedyną dyscypliną, którą wskazuje się jako wyjątek od smutnej reguły niedofinansowania sportu kobiet, jest tenis. – I chwała Billie Jean King, która już w 1973 roku wywalczyła równe nagrody finansowe dla tenisistek i tenisistów, grających w US Open. Ale obecne sukcesy polskich zawodniczek, Igi Świątek, Magdy Linette czy Magdaleny Fręch, nie są zasługą związku, bo te kariery sfinansowali rodzice dziewczyn. To ich wkład, ich ciężka praca, ich pieniądze – podkreśla Paulina Chylewska, dziennikarka sportowa TVP Sport.

– Lekkoatletyka kobiet i mężczyzn jest dofinansowana tak samo. Ale inne dyscypliny? Wydawałoby się, że w siatkówce, w której polskie zawodniczki zdobywają medale Ligi Narodów, nasze kluby grają w europejskich pucharach i polska liga jest coraz mocniejsza, równość płac powinna być czymś oczywistym, a wciąż nie jest. A skoki narciarskie? Porównajmy warunki, w jakich trenuje i pracuje polska kadra skoczków, i warunki, w których pracują i trenują kobiety… Zresztą kiedy kobiety zaczynały skakać, to członkowie Polskiego Związku Narciarskiego z rubasznymi uśmiechami komentowali, że kto to widział, żeby baba skakała na nartach, a teraz plują sobie w brodę, bo na igrzyskach są trzy medale do wzięcia, a my nie mamy kogo wystawić – dodaje Chylewska.
Logika podpowiada, że sytuacja zawodniczek mogłaby wyglądać inaczej, gdyby o ich położeniu decydowały inne kobiety. Ministerstwo Sportu i Turystyki przygotowało dwa lata temu nowelizację ustawy o sporcie, która wprowadzała parytet do zarządów związków sportowych i gwarantowała kobietom 30 proc. kluczowych stanowisk. I mimo że jedna trzecia to marny pozór równości, próba wprowadzenia odgórnej regulacji, która da kobietom szanse realnego wpływu na środowisko sportowe, nie spodobała się niektórym politykom. – Prezydent Andrzej Duda odrzucił ustawę i od tamtej pory nic nowego w sprawie się nie wydarzyło – mówi Chylewska.

– Nawet jeśli zmiany są wprowadzane oddolnie, to dzieje się to bardzo powoli, a liczby potwierdzają, że równość płci w strukturach jest fikcją. W Polsce działa 69 związków sportowych, w 15–30 proc. składu zarządu stanowią kobiety, ale mamy zaledwie 4 prezeski. Są organizacje, jak Polski Związek Piłki Nożnej czy Polski Związek Koszykówki, w których kobiet nie ma w ogóle.
Niemoralne siodełka, czyli jak kobiety kształtowały historię sportu
Historia kobiet w sporcie jest historią buntu. Niezgody na to, że nam nie pozwalano pływać, biegać, grać w piłkę, jeździć rowerem. – Kiedy rowery pojawiły się w masowej sprzedaży, kobieta nie musiała już prosić mężczyzny, żeby zaprzągł powóz i ją dokądś zawiózł. Nie musiała być eskortowana, mogła się samodzielnie przemieszczać – mówi Róża Jawor. – Taka niezależność kobiet oczywiście nie podobała się mężczyznom. Media próbowały np. udowodnić, że jazda rowerem powoduje tzw. bicycle face, czyli trwałe zniekształcenie rysów twarzy. Poważni lekarze wypowiadali się w gazetach – był koniec XIX wieku – że szybka jazda w pochylonej pozycji może stymulować łechtaczkę i rozbudzać kobiety seksualnie, co groziło upadkiem w moralną przepaść.

To, że kobiety biorą dziś udział w oficjalnych turniejach, wynika z tego, że kiedy regulaminy zawodów zabraniały im wstępu, dołączały do wyścigów podstępem albo organizowały własne igrzyska. W 1957 roku odbyły się pierwsze Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej Kobiet. W Niemczech Zachodnich, gdzie rozegrano turniej, kobiety co prawda mogły uprawiać futbol, ale rekreacyjnie, dla przyjemności, a nie bić się o nagrody. W Anglii też uważano, że sportowa rywalizacja nie przystoi damie, więc gdy Angielki wróciły do domu z pucharem, ich zwycięstwo zostało zignorowane.
Wspominana już Billie Jean King w 1973 roku stoczyła historyczną „walkę płci” z Bobbym Riggsem, 55-letnim byłym mistrzem tenisa, który opowiadał, że nawet na emeryturze pokona dowolną topową zawodniczkę z młodego pokolenia. Przegrał z 29-letnią King, a jej triumf zmienił powszechny odbiór kobiecego tenisa. W tym samym czasie kobiety rozpoczęły walkę o maratony. W 1966 roku Roberta „Bobbi” Gibb ukryła się w krzakach przy starcie maratonu w Bostonie, by niepostrzeżenie – i wówczas także nielegalnie – przebiec wyścig. Rok później Kathrine Switzer wzięła udział w tym samym maratonie, bo zarejestrowała się, używając wyłącznie inicjałów. Już do historii przeszło zdjęcie, na którym osoba pracująca przy organizacji biegu próbuje zerwać Switzer numer startowy, by unieważnić jej udział.

Kolarki wspominają historię Włoszki Alfonsiny Strady. – W tamtym czasie Giro d’Italia organizowano głównie po to, by sprzedać dziennik sportowy „La Gazzetta dello Sport”, więc potrzebowano skandali, legend, ciekawych historii – opowiada Róża Jawor. – W 1924 roku Giro mierzyło się z protestami największych gwiazd kolarstwa. Zawodnicy domagali się wyższych płac, ostatecznie największe nazwiska wycofały się z wyścigu. Gdy Emilio Colombo, dyrektor wyścigu, zobaczył na liście Alfonsinę Stradę, która była uwielbiana we Włoszech, bo regularnie ścigała się z mężczyznami, pozwolił jej na udział. To miał być jego skandal. Alfonsina przejechała całą trasę, ale po drodze miała kilka ciężkich wypadków. Gdy połamała jej się kierownica, jakaś kobieta dała jej trzonek od miotły i z nim dojechała do mety. Rok później kolarze-gwiazdy wrócili na Giro, więc Alfonsinę skreślono z listy i na wiele lat zakazano kobietom udziału w Giro d’Italia.
Sport kobiet? Po prostu sport
Oczywiście, że nawet w czasach, w których kobiety nie mogły brać udziału w igrzyskach, nie palono ich na stosach za aktywność fizyczną. Pod warunkiem że była to aktywność, która służy urodzie, a więc podnosi wartość kobiety na rynku matrymonialnym. Koncepcja, że kobieta uprawia sport, by wpisać się w kanon atrakcyjności, którego granice wyznaczali mężczyźni, odbija się do dziś w komentarzu sportowym.
– Pamiętamy skandaliczną wypowiedź Mateusza Borka o żeńskiej drużynie piłkarek plażowych, który powiedział: „Polki zawsze pięknie wyglądają na plaży, a piłka jest tylko przy okazji”. Przemek Babiarz, komentując ostatnie igrzyska olimpijskie w Mediolanie, zachwycał się urodą łyżwiarki figurowej. A inny komentator, zapytany na konferencji prasowej o to, że kobiety coraz częściej oglądają futbol, powiedział: „Lubią popatrzeć na przystojniaków”. Protestowałam wtedy, że chodzi o grę – mówi Paulina Chylewska. – Obawiam się, że dziennikarzom z tego pokolenia już nie wytłumaczysz, że takie komentarze są niestosowne, nieadekwatne, niemerytoryczne. Ale za to młodsi rozumieją, że w sporcie nie chodzi o zgrabne ciało, a sportowczyni i sportowiec powinni być traktowani tak samo.

Pytam jeszcze Paulinę Chylewską, co będzie dowodem głębokiego, trwałego zwrotu w podejściu do sportu kobiet. – Rozmawiałam niedawno w programie „Piłka kobiet” z Niną Patalon, selekcjonerką żeńskiej reprezentacji Polski. I ona powiedziała, że prawdziwa zmiana nastąpi, jeśli przy niedzielnym obiedzie będziemy rozmawiać o meczu, który w ostatnich mistrzostwach wygrały dziewczyny, tak jak rozmawiamy o meczach mężczyzn. A ja z kolei bym chciała, żebyśmy przestali mówić o „sporcie kobiet”, a zaczęli po prostu o sporcie. Gdy mówisz „reprezentacja Polski w piłce nożnej”, to w domyśle mówisz o mężczyznach. Chciałabym, żeby to określenie wystarczało również, gdy rozmawiamy o piłkarkach, bez potrzeby precyzowania, że chodzi o kobiecą reprezentację.
Do tak rozumianej, pełnej równości być może jeszcze długa droga. Ale nie ma już z niej odwrotu.

