Klaudia Zwolińska: „Uczę się równowagi, bo perfekcjonizm bywa paliwem, ale bywa też ciężarem" [WYWIAD]
Presję przekuwa w siłę, a sukces traktuje jak początek, nie finał. Klaudia Zwolińska, kajakarka, srebrna medalistka olimpijska i jedna z najwyrazistszych twarzy polskiego sportu, mówi wprost: „Sama stawiam sobie poprzeczkę wyżej, niż zrobiłby to ktokolwiek z zewnątrz. To pomaga. kiedy wiem, czego od siebie chcę, łatwiej odciąć hałas wokół”.

Pamiętasz kiedy sport przestał być pasją, a stał się świadomym wyborem na życie?
KLAUDIA ZWOLIŃSKA: Nie było jednego przełomowego momentu. wychowałam się w sportowej rodzinie, więc ruch, rywalizacja i emocje z tym związane były ze mną od zawsze. Byłam dzieckiem, które przed telewizorem dmuchało pod narty Adamowi Małyszowi. O medalu olimpijskim marzyłam już jako dziecko. Przez długi czas traktowałam kajakarstwo jako pasję i przygodę, ale po wieku juniorskim przyszła większa świadomość. Wtedy zaczęła się prawdziwa praca nad marzeniami.
Co dało Ci kajakarstwo, czego nie znalazłaś w innych dyscyplinach?
Jest w nim wszystko, co mnie pociąga: adrenalina, żywioł, nieprzewidywalność oraz to, że wymaga ogromnej koncentracji. Ten sport nigdy się nie nudzi, bo woda za każdym razem jest inna. A jednocześnie to sport, który wymaga oswojenia lęku, bo stykasz się z potężnym żywiołem.
Miewałaś w wodzie momenty kryzysowe?
Tak, ale właśnie to jest w nim niezwykłe. Strach istnieje, tylko trzeba nauczyć się z nim współpracować. Jako dziecko trenowałam jeszcze na rzekach, często w bardzo trudnych warunkach. Pamiętam ten respekt wobec trudnej, silnej wody, kiedy nie widzisz, co jest pod powierzchnią. Dziś ten sport jest dużo bezpieczniejszy, ale szacunek do żywiołu zostaje. I chyba dobrze, bo on uczy pokory.
Pokora to jedna z cech, która przyświeca wielu sportowcom. Jesteś srebrną medalistką olimpijską, wielokrotną medalistką mistrzostw świata. Co jest Twoją największą siłą?
Pozytywne nastawienie. Zawsze miałam w sobie umiejętność dostrzegania nie tylko błędów, lecz także tego, co się udało zrealizować. To bardzo pomaga, szczególnie w sporcie, gdzie łatwo wpaść w pułapkę ciągłej krytyki. Nawet z porażek potrafiłam wyciągać coś dobrego. Dzięki temu nie straciłam radości z tego, co robię. Lubię też presję. Dobrze odnajduję się w stresie, potrafię przekuć go w działanie. Sukcesy dały mi przestrzeń, o której wcześniej nawet nie śmiałam myśleć. Świadomie staram się te możliwości wykorzystać. Realizuję różne projekty, działam z dziećmi i młodzieżą, a do tego coraz mocniej angażuję się w to, co może realnie wspierać całą dyscyplinę.
To raczej rzadko spotykane. Większość osób mówi raczej o tym, jak presja ich przytłacza.
U mnie działa to odwrotnie. Oczywiście czuję ciężar oczekiwań, ale mam wrażenie, że sama stawiam sobie poprzeczkę wyżej niż ktokolwiek z zewnątrz. To pomaga. Kiedy wiem, czego od siebie chcę, łatwiej odciąć hałas wokół.

A co z perfekcjonizmem, który coraz częściej pojawia się w profesjonalnym sporcie? Doskwiera Ci?
W sporcie – bardzo, w życiu codziennym – niekoniecznie. Im większe sukcesy, tym mam większe oczekiwania wobec samej siebie. To potrafi być trudne, bo nawet wygrana nie zawsze daje pełną satysfakcję, jeśli wiesz, że coś mogło być lepsze. Uczę się równowagi, bo perfekcjonizm bywa paliwem, ale bywa też ciężarem. Przed igrzyskami olimpijskimi wydawało mi się, że zdobycie medalu coś zmieni, że poczuję się spełniona. A potem przyszedł ten moment i okazało się, że świat wcale się nie zatrzymał. Dla mnie prawdziwy sens przyszedł później, kiedy zaczęłam przekładać swoje sukcesy na coś więcej. Dlatego sprzedałam medal olimpijski na aukcji charytatywnej, a następnie spotykałam się z dziećmi i młodzieżą, inspirowałam do tego sportu i widziałam w nich odbicie siebie z dzieciństwa.
Czujesz, że sport Ci też coś zabrał?
Czas. Przede wszystkim czas z rodziną. W mojej dyscyplinie przez dużą część roku jesteśmy poza domem, więc omija mnie wiele ważnych momentów, których później nie da się odzyskać. Ale jednocześnie wiem, że bez moich bliskich nie byłoby żadnego z tych sukcesów. Jeżeli chce się walczyć o medal olimpijski – czy tak jak w moim przypadku o trzy medale na mistrzostwach świata – tutaj nie ma przypadków. Trzeba zadbać o każdy szczegół. Więc nawet jeśli sport coś zabiera, to też bardzo dużo daje – pod warunkiem że masz wokół siebie ludzi, z którymi możesz to wszystko unieść.
Żeby móc skupić się na sporcie, trzeba mieć też poczucie bezpieczeństwa, a więc pieniądze, które są nieodłączną częścią tej drogi.
Zgadzam się. Choć oczywiście każda dyscyplina mierzy się z innymi trudnościami, ale z perspektywy sportowca dyscypliny niszowej uzyskanie wsparcia finansowego było jednym z moich największych wyzwań. Zawsze mogłam liczyć na pomoc związku i systemowe zaplecze, ale jeśli chodzi o sponsorów, przez długi czas nie było to wcale oczywiste. Jako młoda kobieta w sporcie szukałam realnego wsparcia finansowego. Było bardzo ciężko, ludzie nie traktowali mnie poważnie. Sportowiec w niszowej dyscyplinie bardzo często pracuje na kilku poziomach jednocześnie. Inwestuje nie tylko czas i energię, lecz także często własne oszczędności, nie mając żadnej gwarancji, że ta inwestycja się zwróci. a przecież na końcu bywają to sekundy czy tak jak w moim przypadku – zaledwie 90 sekund, żeby pokazać efekt kilku lat pracy. To ogromne ryzyko i duże obciążenie.
Sport nauczył mnie, że za każdym sukcesem stoi cały zespół – rodzina, bliscy, trenerzy i partnerzy, a także osoby, które próbowały mi przeszkodzić, bo one paradoksalnie wzmocniły mój charakter.
Jednak po igrzyskach olimpijskich wiele się zmieniło. Sytuacja się odwróciła?
Tak, ale nie lubię, jak ktoś mnie pyta, czy mam sponsorów. W terminologii faktycznie mam sponsorów, ale w moim odczuciu Grupa PGE, Szubryt, Kryniczanka czy 4Fizjo to partnerzy. Z ludźmi stojącymi za tymi firmami znam się prywatnie i wiem, że patrzymy w tym samym kierunku. Dzięki temu to wsparcie nie kończy się na samym wyniku czy przygotowaniach do zawodów, ale pozwala też robić rzeczy ważne społecznie: działać z dziećmi i młodzieżą, przekazywać coś dalej. I wtedy taka współpraca naprawdę nabiera sensu.
Po wszystkim, czego dotychczas doświadczyłaś, umiesz dziś powiedzieć: jestem z siebie dumna?
Tak, zdecydowanie. I uważam, że warto to mówić. Jestem z siebie dumna, ale to nie jest tak, że byłam leniwa i nic nie robiłam, więc po prostu rzucam słowa na wiatr. Miałam marzenia, które świadomie realizowałam krok po kroku. Jestem dumna nie tylko z wyników, lecz także z całej drogi, pracy, ludzi, którzy byli obok mnie. Sport nauczył mnie, że za każdym sukcesem stoi cały zespół – rodzina, bliscy, trenerzy i partnerzy, a także osoby, które próbowały mi przeszkodzić, bo one paradoksalnie wzmocniły mój charakter. Gdybym mogła, rozdzieliłabym medal olimpijski na wiele kawałków, bo naprawdę wiele osób ma w nim swój udział.
Dużo mówisz o pracy z dziećmi i młodzieżą. Czujesz, że jesteś dla nich przykładem?
Nie chcę tego tak nazywać, bo popełniam mnóstwo błędów, więc może nie „przykładem”, ale chciałabym być inspiracją. Sama budowałam na niej swoją drogę. Patrzyłam na wielkich sportowców jak na superbohaterów. Oni przekazywali mi wartości zarówno wynikami, jak i postawą. Warto pamiętać, że takie spotkania nie sprawią, że każde dziecko zostanie sportowcem, a już na pewno nie zawodowym. Ale każde może skorzystać z wartości, jakie daje sport: pracowitości, umiejętności radzenia sobie ze stresem, walki z przeciwnościami, wyciągania wniosków z porażek. Dziś dzieci są ogromnie przebodźcowane, także przez media społecznościowe, więc te umiejętności są bardzo potrzebne. Moim marzeniem jest, żeby kiedyś ktoś poczuł dzięki mnie podobną motywację. Jeśli na końcu kariery, patrząc na swoje sukcesy, zobaczę nie tylko medale, lecz także ludzi, którym pomogłam, to będzie dla mnie największe wyróżnienie.
A gdybyś miała zostawić liścik z jedną radą, co napisałbyś w nim do młodszych pokoleń?
Szukajcie balansu. Mnie nauczyły go problemy zdrowotne, które uświadomiły mi, że nie można opierać całego życia tylko na jednym filarze. Warto mieć swoją drugą przestrzeń, rozwijać się szerzej, budować siebie także poza pracą czy sportem. To daje siłę, spokój i sprawia, że do swoich marzeń wraca się z jeszcze większą energią.

