HANNA LIS: Kiedy zaczynałam pracę w TVP jako spikerka, poznałam Twoją mamę. Na ekranie wydawała się zdystansowana i powściągliwa, prywatnie okazała się wulkanem energii, z fantastycznym poczuciem humoru i kompletnym brakiem zadęcia. Zresztą bardzo wspierała mnie na początku mojej zawodowej drogi. To dzięki niej przekonałam się, jak bardzo publiczny wizerunek potrafi różnić się od człowieka z krwi i kości. Ty też zaskakujesz ludzi, kiedy spotykają Cię poza ekranem?
WIDEO…
GRAŻYNA TORBICKA: Najczęściej słyszę, że jestem wyższa i szczuplejsza niż w telewizji. Kamera dodaje kilka kilogramów. A jak mnie odbierają? Trudno mi powiedzieć, ale zapewniam, że zyskuję przy bliższym poznaniu.
Pamiętam nasze pierwsze spotkanie na korytarzu przy Woronicza. Byłaś „tą Torbicką”, a skróciłaś dystans w sekundę. Masz to po mamie? Ona też nigdy nie „robiła za gwiazdę”. Po prostu nią była. Trochę mimo woli, mam wrażenie.
Gwiazda mimo woli – podoba mi się to określenie. Chyba jest w nim sporo prawdy.
Czego nauczyła Cię Krystyna Loska? Nie legenda telewizji, ale mama.
Mama, jak sama powiedziałaś, jest niezwykłą kobietą, silną i odważną – prawdziwą lwicą. Wie, czego chce, i zwykle stawia na swoim, czemu chętnie się poddajemy, bo z podziwem patrzymy, jaką ma energię. Najważniejsza lekcja, jaką mi dała, jest bardzo prosta: w życiu zawsze będą trudne chwile. Nie ma sensu załamywać rąk ani rozpamiętywać tego, na co nie mamy wpływu. Trzeba wziąć głęboki oddech, podnieść głowę, spojrzeć w niebo i iść dalej. Mama właśnie tak żyje. Niezależnie od tego, czy problemy dotyczą życia zawodowego, czy prywatnego, przeżywa je, ale nigdy nie pozwala, żeby ją zatrzymały.
Kiedy przekazała Ci tę lekcję?
Miałam czternaście, może piętnaście lat. Byłam nieśmiałą, niepewną siebie i nadwrażliwą dziewczynką. Wszystkim się przejmowałam. Wtedy mama powtarzała: „Nie przejmuj się. Rób swoje i idź dalej”. To bardzo mnie wzmacniało i budowało mój charakter.
A tata? Też był nietuzinkową postacią, mocnym charakterem. Górnik, a do tego piłkarz i prawa ręka Kazimierza Górskiego w złotych czasach naszej piłkarskiej reprezentacji. Byłaś córeczką tatusia?
Tak, ale nie księżniczką – a to zasadnicza różnica. Tata kochał mnie bezwarunkowo, ale też wiele wymagał. Kiedy trzeba było, potrafił postawić do pionu. To on utwierdził mnie w przekonaniu, żebym nie liczyła na taryfę ulgową tylko dlatego, że mam znanych rodziców.
Raczej odwrotnie.
Właśnie. I tata mnie na to przygotował. Był sportowcem, więc zaszczepił we mnie ambicję i potrzebę podążania własną drogą. Miał fantastyczne poczucie humoru i niezwykły dystans do życia. Nawet najtrudniejsze sytuacje potrafił rozładować dowcipem. Odziedziczyłam po nim umiejętność cieszenia się chwilą i przekonanie, że warto żyć z pasją. Był wielkim pasjonatem sportu. Pamiętam, jak wrócili z igrzysk w Barcelonie, gdzie osiągnęli fantastyczny sukces. Tata przyjechał wycieńczony – taki świerszczyk, sama skóra i kości. Ale był szczęśliwy. Wtedy zrozumiałam, że podążanie za swoimi marzeniami daje człowiekowi wielką siłę i energię do życia. Był też bardzo przystojny, trochę zawadiacki – uwielbiałam z nim przebywać. I rozmawiać. I tańczyć! Choć był zwykle bardzo zajęty, kiedy naprawdę go potrzebowałam, zawsze był obok.
Mam podobne wspomnienia z moim tatą. Im więcej czasu mija, tym bardziej brakuje mi rozmów z nim.
Mój tata odszedł 10 lat temu. I zgadzam się z tobą – czas wcale nie zaciera tęsknoty ani nie łagodzi bólu. Wręcz przeciwnie. Bardzo chciałabym czasem z nim porozmawiać, pośmiać się, po prostu razem posiedzieć. Trzeba się nauczyć żyć z tym brakiem. Ale to trudna lekcja.
Mniej więcej w tym samym czasie przyszła kolejna trudna próba. Polityczna ingerencja w „Kocham kino” zakończyła Twoją wieloletnią przygodę z TVP.
Spędziłam w TVP 31 lat. Pierwsza dekada była niezwykła – czas transformacji i budowania kulturowego profilu Dwójki. Telewizja dawała wtedy ogromne możliwości realizowania własnych pomysłów. Dzięki „Kocham kino” pojechałam na największe festiwale filmowe świata i zrobiłam najważniejsze wywiady i reportaże. Byłam bardzo związana z Telewizją Polską. Ale to, co wydarzyło się później, nie zostawiło mi wyboru.
Po premierze „Idy” do „Kocham kino” doklejono dyskusję prawicowych publicystów, którzy uznali film za kłamliwy i szkodliwy dla Polski.
Tak. Wieczorem wyemitowano program, a następnego ranka złożyłam wypowiedzenie.
I co wtedy poczułaś – strach czy wolność?
Poczułam, że to nowe otwarcie, bardzo odświeżające. Nie było sensu siedzieć i rozpamiętywać. Trzeba było poradzić sobie i udowodnić – tak, przede wszystkim sobie – że świat nie kończy się na Woronicza. To było ogromne wyzwanie. A takie wyzwania, szczerze mówiąc, lubię najbardziej. Zostawiłam za sobą nie tylko 31 lat pracy, lecz także całe swoje archiwum. To był skok na główkę w wieku 56 lat, czyli wtedy, gdy – jak się dziś mówi – kobieta staje się niewidzialna.
Wiele kobiet tkwi w pracy, która ich nie cieszy. Albo w związku, w którym już dawno przestały być szczęśliwe. Ze strachu przed zmianą. Co chciałabyś im powiedzieć?
Nie bójcie się. Bądźcie odważne. Tak, to oznacza wiele nieprzespanych nocy, ale daje ogromną satysfakcję. Miałam szczęście, bo obok mnie był mąż i rodzina. Kobietom, które nie mają takiego wsparcia, jest trudniej. Ale jeśli czujesz, że tkwisz w okopach absurdu, że to już nie jest twój świat i zaczynasz się w nim dusić – zrób ten krok. I bądź na niego przygotowana, bo życie pisze różne scenariusze. Zawsze powtarzam kobietom: dom i rodzina są bardzo ważne, dla mnie też. Ale nie wolno stawiać wszystkiego na jedną kartę. Od młodości po dojrzałość: inwestuj w siebie, rozwijaj się, miej własne pasje. To daje kobiecie siłę i niezależność. Gdybym nie miała doświadczenia, nie umiała tworzyć programów czy organizować wydarzeń, ten krok byłby znacznie trudniejszy.
Swój rozwód z TVP przeprowadziłaś z wielką klasą. Nie było emocjonalnych wywiadów, tylko jedno powściągliwe oświadczenie. Dziś często wygrywa ten, kto mówi najgłośniej. Ty przez całe życie udowadniałaś, że można być słyszanym bez podnoszenia głosu. Nadal w to wierzysz?
Tak. Gdybym w to nie wierzyła, pewnie sama uległabym pokusie, żeby być głośniejsza, bardziej prowokacyjna. W telewizji nieraz słyszałam, że powinnam ostrzej prowadzić rozmowy albo ostrzej oceniać filmy. Ale kamera bezbłędnie wyłapuje fałsz. A życie prędzej czy później też mówi „sprawdzam”. Nie ma sensu udawać kogoś, kim się nie jest. Jeśli czegoś nie czuję, nikt mnie do tego nie przekona. Nina Terentiew, fantastyczna szefowa i bardzo silna osobowość, mówiła o mnie: „Jeśli nadepniesz jej na odcisk, nie dogadasz się z nią”. Miała rację. Nie poddaję się presji. Po prostu znajduję inną drogę do celu. Z czego śmieje się moja mama, mówiąc, że wszystko muszę robić po swojemu. Ciekawe, po kim to mam?
Zgaduję, że po niej. Stawianie granic to kwestia charakteru czy umiejętność, której można się nauczyć?
Jeśli nawet się z tym nie urodziliśmy, warto się tego nauczyć. Świadomość własnych granic daje ogromny komfort życia. Kiedy wiesz, gdzie one przebiegają, łatwiej podejmujesz decyzje i jesteś wierna sobie. Dlatego każdemu radzę je określić i konsekwentnie ich pilnować.
Poznałam Twojego męża przez telefon. Miałam ciężkie zapalenie płuc, zaczynałam się dusić. Ktoś dał mi do niego numer. Zadzwoniłam grubo po pierwszej w nocy. Zamiast rzucić słuchawkę, cierpliwie mnie wysłuchał i powiedział, co robić. Pomyślałam wtedy: „Co za gość!”.
Taki jest mój Adam. Nie tylko jako lekarz.
Żyjemy w czasach, w których trwałe związki są rzadkością. Wasz od lat wydaje się pięknym wyjątkiem. To bardziej łut szczęścia czy efekt codziennej pracy nad relacją?
Gdyby to była codzienna orka, trudno byłoby wytrzymać razem 45 lat. Więc chyba przede wszystkim szczęście, że na siebie trafiliśmy. Oczywiście nie każdy dzień jest jak z bajki. Zdarzają się kłótnie i konflikty. Wtedy zawsze mówię sobie: stań z boku i popatrz na tego człowieka tak, jakby nie był twoim mężem. Naprawdę polecam. Nagle dostrzegasz mnóstwo dobrych rzeczy, które na co dzień przestają być oczywiste. Równie ważne są wspólne wartości i pasje. Dobrze razem zachwycać się muzyką czy uprawiać sport, który oboje kochamy. Kiedyś ktoś z naszych przyjaciół zażartował: „Jakie 45 lat? Przecież przez połowę tego czasu nawet nie byliście razem”. I rzeczywiście coś w tym jest. Adam wyjeżdżał na konferencje i wykłady, ja na zdjęcia i festiwale. Ale to też było nasze szczęście – oboje mogliśmy spełniać się w tym, co robimy. A kiedy o tym mówię, sama nie mogę uwierzyć, że to już tak długo. Zwłaszcza że mam wrażenie, jakby wszystko dopiero się zaczynało.
Bo może właśnie się zaczyna? Mam 56 lat, a czuję się młodziej niż wtedy, gdy miałam trzydzieści. Mam tę samą ciekawość świata i energię, ale dziś są one wsparte doświadczeniem i większą pewnością siebie.
Sama zdefiniowałabym siebie dokładnie tak samo. No dobrze… może tylko pod względem fizycznym trzydziestka miała niewielką przewagę (śmiech). Ale nie narzekam. Czuję się świetnie w swojej skórze. Trzeba żyć, działać i cieszyć się każdym dniem. Nadal stawiam sobie wyzwania, ale mam też dużo większy luz. Teraz jestem ambitna rozsądnie. Lista planów, jakie jeszcze sobie stawiam, nie jest krótka, dlatego to, co mnie nie ekscytuje, odpuszczam.
Jest coś, czego się boisz?
Kiedyś mi się wydawało, że jeśli odejdzie albo ciężko zachoruje któreś z moich rodziców, zawali mi się świat. A potem życie pokazuje, że człowiek ma niezwykłą zdolność przystosowania się. Potrafi udźwignąć nawet to, co wcześniej wydawało się nie do uniesienia. Ale tak – najbardziej boję się, że coś stanie się moim bliskim. Albo że świat naprawdę się załamie. Czasem, kiedy zasypiam, myślę o ludziach, którzy nie mogą zmrużyć oka, bo nad ich głowami latają drony i myśliwce. Takich miejsc jest dziś coraz więcej. Spokojny sen to ogromny przywilej. Należymy do bardzo szczęśliwego pokolenia. Nie doświadczyliśmy wojny. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza kiedy patrzy się na podziały, które tak boleśnie rozrywają dziś nasze społeczeństwo. To mnie naprawdę zasmuca.
Wiem, o czym mówisz. Tak bardzo przeżywałam polską politykę, że dziś jestem wdzięczna, że nie muszę już jej opisywać.
Nie mogłabym uprawiać dziennikarstwa politycznego, zwłaszcza w dobie fake newsów. To ogromne rozdarcie – emocjonalne i etyczne. Pewnie nieraz miałabym ochotę trzasnąć drzwiami i powiedzieć: „Nie, nie będę prowadzić tej rozmowy, skoro nie zgadzamy się nawet w podstawowych sprawach takich jak wzajemny szacunek czy umiejętność wzniesienia się ponad wyłącznie własny interes”. Trzeba umieć oddzielić emocje od pracy. Ja chyba bym tego nie potrafiła.
U Ciebie zwyciężyła miłość do kina.
Do kina, sztuki i kultury. Kino jest cudownym przeżyciem. Bo zamyka cię w tej ciemnej sali i odrywa od świata, a ma w sobie jednocześnie magię i moc, która pozwala ci ten świat jakoś zrozumieć, może poukładać, poszerzyć.
Boisz się o przyszłość kina w dobie streamingu i filmów na smartfonie?
Kino nie jest zagrożone. Jeżeli nie zagroziła mu telewizja, to nie zagrozi mu streaming. Bo on jest po prostu lepszą formą telewizji, w której układasz sobie wieczór filmowy wedle własnych zasad i upodobań. Znakiem zapytania pozostaje sztuczna inteligencja. Ale uważam, że to, co stanowi o sile kina, czyli prawdziwe emocje, będzie zawsze pożądane. Bardziej martwi mnie coś innego. Seans, podczas którego jedna osoba je popcorn, druga chipsy, a trzecia pisze SMS-y, jest dla mnie po prostu bolesny. Dlatego większość filmów oglądam na festiwalach albo pokazach prasowych, gdzie panuje zupełnie inna kultura.
Nie masz wrażenia, że nie tylko kultury, lecz także wartościowego, autorskiego kina jest dziś coraz mniej?
Myślę, że dobrego kina autorskiego powstaje mniej więcej tyle samo co kiedyś. Po prostu dziś kręci się znacznie więcej filmów, więc coraz trudniej wyłuskać to, co naprawdę wartościowe. I właśnie temu służą festiwale – pomagają oddzielić rzeczy ważne od całego tego szumu.
W tym Festiwal Filmu i Sztuki BNP Paribas Dwa Brzegi, Twój autorski projekt, który w tych dniach kończy 20 lat.
Sama nie wiem, kiedy to minęło. Ani te wszystkie lata mojego życia, ani 20 lat festiwalu. To ogromny kawał czasu. Ale kiedy robi się coś z pasją, z ludźmi, których się lubi, czas płynie inaczej. Do zespołu ciągle dołączają nowe osoby, młodzi uczą się ode mnie, ale ja równie dużo uczę się od nich. I chyba właśnie dlatego wciąż sprawia mi to tyle radości.
Dwa Brzegi to miejsce spotkań i rozmów. U Was twórcę można wieczorem spotkać w kawiarni i po prostu porozmawiać z nim o filmie. Mam wrażenie, że właśnie na tym polega fenomen festiwalu, który stworzyłaś.
Nie sama – z moim wspaniałym zespołem. Dwa Brzegi są festiwalem dla ludzi, którzy nie zajmują się kinem zawodowo. Przyjeżdżają na wakacje i wybierają osiem dni oglądania filmów, spotkań z twórcami i niekończących się rozmów. Pokazujemy też filmy trudne, czasem wręcz bolesne. Zdarza się, że ktoś wychodzi z seansu, bo emocji jest za dużo. Ale potem wraca i mówi: „Chciałbym o tym porozmawiać”. I właśnie o to chodzi. Kiedy sztuka tak mocno nas porusza, rozmowa pomaga te emocje oswoić. Dzięki niej lepiej rozumiemy film, a także samych siebie – własne lęki, wrażliwość i słabe punkty. A świadomość zawsze daje siłę. Dlatego rozmowa jest fundamentem tego festiwalu. I oczywiście Kazimierz Dolny, który tworzy dla tego wszystkiego niepowtarzalną atmosferę.
Kiedy 20 lat temu ogłosiłaś, że robisz festiwal w Kazimierzu Dolnym, pomyślałam: najpiękniejsze miejsce w Polsce. Ale zaraz przyszła druga myśl: przecież tam nawet nie ma kina...
I właśnie dlatego to było wyzwanie i szaleństwo. Kiedy na zagranicznych festiwalach opowiadam, że wszystkie sale budujemy od podstaw tylko na czas Dwóch Brzegów, ludzie patrzą na mnie z niedowierzaniem. Pytają: „Po co robić festiwal w miejscu, które nie ma kina?”. Właśnie o to chodzi. Kiedy widzowie przyjeżdżają do Kazimierza, wiedzą, że całe to festiwalowe miasteczko powstało specjalnie dla nich. I chyba dlatego atmosfera jest tam tak wyjątkowa.
Gdybyś mogła ocalić dla przyszłych pokoleń tylko trzy filmy z całej historii kina, co by to było?
Trzy? Okrutne pytanie, ale spróbuję. Absolutnym arcydziełem jest dla mnie pierwsza część „Ojca chrzestnego”. To film doskonały. Gdybym miała pokazać, że kino gatunkowe również może być kinem autorskim, wybrałabym „Lśnienie” Kubricka. Ten film po prostu rozwala. Z polskiego kina ocaliłabym „Pociąg” Jerzego Kawalerowicza.
No i pięknie. Mamy gotową filmową playlistę na weekend. Jak byś chciała, żeby ludzie dokończyli zdanie: „Dzięki Grażynie Torbickiej nauczyłam/nauczyłem się…”?
Kochać kino. A jeśli przy okazji także być sobą, zachować niezależność i cieszyć się każdą drobną chwilą życia, będę szczęśliwa.



























