Lotnisko zwykle jest miejscem, z którego chcemy jak najszybciej wyjść. Dla Viktora staje się adresem na wiele miesięcy. Nie może przekroczyć granicy Stanów Zjednoczonych ani wrócić do ogarniętej konfliktem Krakozji. Słabo zna angielski, nie rozumie urzędowych wyjaśnień, a wiadomości o własnym kraju ogląda na ekranach wśród obojętnych podróżnych.  

WIDEO…

player placeholder

„Terminal” z 2004 roku wciąż wzrusza

Viktor musi rozwiązać najbardziej przyziemne problemy: gdzie spać, co zjeść i skąd wziąć pieniądze. Uczy się zasad lotniskowego życia, zbiera pozostawione wózki bagażowe, żeby zarobić drobne, i stopniowo poznaje ludzi pracujących w terminalu. Spielberg znajduje komizm w jego pomysłowości i w zderzeniu urzędowej logiki z potrzebami człowieka, który po prostu jest głodny. Hanks gra uważnie ciałem: zawahaniem, spojrzeniem, nieporadną próbą porozumienia. Viktor nie rozumie wszystkich słów, ale coraz lepiej odczytuje ludzi. Dzięki temu film nie sprowadza go do zagubionego cudzoziemca. Bohater potrafi pomagać, pracować i negocjować, choć dla administracji pozostaje kłopotem, który należałoby usunąć z pola widzenia.

Tom Hanks, Stanley Tucci w lotniskowym teatrze

„Przeciwnikiem” głównego bohatera jest Frank Dixon, urzędnik grany przez Stanleya Tucciego. Zależy mu na porządku, wynikach i własnej karierze. Obecność Viktora komplikuje każdą z tych spraw. Z ich starć powstaje komedia o systemie, w którym łatwiej przekazać problem komuś innemu, niż rzeczywiście go rozwiązać. Wokół tej relacji Spielberg buduje małą społeczność. Pracownicy sprzątający, obsługa bagażowa i gastronomiczna mają własne historie, sympatie i sekrety. Pojawia się też stewardesa Amelia, grana przez Catherine Zetę-Jones. Jej życie, choć pełne podróży, również utknęło w oczekiwaniu – na mężczyznę, który nie potrafi się na nią zdecydować. Wątek romantyczny daje filmowi lekkość, ale nie przesłania tego, jak ważna dla Viktora staje się zwykła życzliwość.

Zobacz także:

Dlaczego warto wrócić do „Terminalu”?

To świadomie sentymentalne kino. Spielberg upraszcza rzeczywistość, a lotniskowa wspólnota bywa niemal baśniowa. Film nie zastąpi opowieści o rzeczywistych doświadczeniach osób pozbawionych ochrony państwa. Jego siłą jest jednak konsekwencja, z jaką każe patrzeć na Viktora jak na człowieka z własnym celem, a nie bezosobowy przypadek do rozpatrzenia.

Znaczenie ma także przestrzeń: ogromny terminal zbudowano na potrzeby zdjęć, a Janusz Kamiński fotografuje go tak, by w ruchliwym wnętrzu dało się odnaleźć chwilę prywatności. Z czasem poznajemy też osobisty powód podróży Viktora, związany z jego ojcem i jazzem. Po wszystkich pieczątkach, odmowach i nieporozumieniach najważniejsza okazuje się obietnica, której bohater nie zamierza porzucić.