Miksowanie gatunków może wydawać się ryzykowne. Trochę jak kanapka z żółtym serem i dżemem - teoretycznie trudno znaleźć powód, dla którego miałoby to działać, a jednak wystarczy odrobina odwagi, żeby odkryć, że ten dziwny duet ma sens. Z filmami bywa podobnie.
WIDEO…
Romans i kryminał? Brzmi jak połączenie z dwóch różnych półek biblioteki. A jednak „Tramps” udowadnia, że właśnie w takim zderzeniu może kryć się sporo uroku. Film Adama Leona nie próbuje być ani wielkim thrillerem, ani kolejną przesłodzoną historią miłosną. Zamiast tego proponuje lekką, trochę chaotyczną opowieść o dwojgu nieznajomych, których połączyła bardzo nietypowa przysługa.
„Tramps” idealnym filmem na weekendowy wieczór. O czym jest?

Danny nie ma w życiu zbyt wielu powodów do optymizmu. Młody mieszkaniec Nowego Jorku marzy o tym, żeby zostać kucharzem, ale na razie daje się wciągnąć w drobne przestępstwa. Kiedy jego brat prosi go o dostarczenie walizki, wydaje się, że zadanie będzie proste. Oczywiście - jak to w filmach bywa... - nie jest.
Danny odbiera niewłaściwą walizkę, a pozornie banalna przysługa zmienia się w serię kolejnych problemów. W pewnym momencie na jego drodze pojawia się Ellie - dziewczyna, która również zostaje wplątana w szemraną wymianę. Oboje muszą odzyskać właściwą walizkę, a przy okazji spędzają ze sobą coraz więcej czasu.
Tutaj kryminalna intryga zaczyna spotykać się z romansem. Zamiast wielkiego napadu rodem z „Ocean's Eleven” dostajemy dwójkę młodych ludzi, którzy próbują nie pogubić się w kolejnych komplikacjach. Jest pościg, pomyłka, szemrana transakcja i sporo biegania po Nowym Jorku. Jest też chemia między bohaterami, która pojawia się trochę przypadkiem - dokładnie tak jak cała reszta tej historii.
Callum Turner, zanim został wielką gwiazdą

Jednym z największych atutów filmu jest jego obsada. W głównych rolach występują Callum Turner i Grace Van Patten. Turner wciela się w Danny'ego, a Van Patten w Ellie. Towarzyszą im m.in. Michal Vondel, Mike Birbiglia, Margaret Colin i Louis Cancelmi. Dla Turnera „Tramps” był jednym z filmów, które pozwoliły mu mocniej zaznaczyć swoją obecność w kinie niezależnym. Kilka lat później widzowie mogli oglądać go m.in. w „Fantastycznych zwierzętach”, a jeszcze później w serialu „Masters of the Air”.
W „Tramps” jest jednak znacznie mniej ekranowego blichtru. Danny to chłopak trochę zagubiony, trochę naiwny, ale jednocześnie zdeterminowany, by wyrwać się ze świata, w którym utknął. Turner dobrze wykorzystuje tę mieszankę nieporadności i uroku. Jeden z krytyków „TheWrap” zwracał uwagę na świeżość głównego duetu, a sam film opisywano jako nowojorską, romantyczną historię z elementami heist movie.
Nowy Jork robi tu za trzeciego bohatera

„Tramps” nie byłby tym samym filmem bez Nowego Jorku. Adam Leon zabiera bohaterów z Queens przez kolejne części miasta, pozwalając im błąkać się po ulicach, dworcach i przedmieściach. Ten miejski klimat nadaje filmowi charakter. Nie oglądamy pocztówkowego Nowego Jorku z apartamentami na Manhattanie i drogimi restauracjami. To bardziej codzienne, trochę szorstkie i bardzo żywe miasto, w którym przypadkowe spotkanie może całkowicie zmienić bieg jednego dnia.
Reżyser Adam Leon miał już doświadczenie w podobnym kinie. Jego debiutanckie „Gimme the Loot” również było historią młodych ludzi poruszających się po Nowym Jorku i próbujących znaleźć swoje miejsce w mieście. „Tramps” kontynuuje ten kierunek, ale dodaje do niego zdecydowanie więcej romantycznej energii.
91 procent od krytyków nie wzięło się znikąd

Film otrzymał 91 proc. pozytywnych recenzji krytyków na Rotten Tomatoes. W serwisie podkreślono przede wszystkim lekkość, świeżość i wdzięk produkcji.
„Tramps” nie jest przy tym filmem, który próbuje za wszelką cenę imponować. Jego siła tkwi raczej w atmosferze i dwójce bohaterów, którym chce się kibicować. To kino niezależne w najlepszym tego słowa znaczeniu: trochę nieporadne, trochę nieprzewidywalne i zdecydowanie bardziej zainteresowane bohaterami niż efektami specjalnymi. Film ma również 76 punktów na Metacritic, co oznacza generalnie przychylne recenzje.
Tylko 82 minuty. W sam raz na jeden wieczór

Jest jeszcze jeden argument, którego trudno nie docenić: „Tramps” trwa zaledwie 82 minuty. To dokładnie ten rodzaj filmu, który można włączyć wieczorem bez zastanawiania się, czy przed napisami końcowymi zdążymy jeszcze umyć zęby i przygotować się do snu.
To również dobry wybór dla osób, które mają ochotę na romans, ale niekoniecznie na kolejną historię opartą wyłącznie na wielkich deklaracjach. Tutaj uczucie rozwija się przy okazji. Najpierw jest walizka, potem problemy, potem wspólna podróż, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim pojawia się coś, czego Danny i Ellie raczej nie planowali.
Film jest dostępny na Netflixie.



























