„Boyhood” rozpoczyna się obrazem kilkuletniego Masona leżącego na trawie i wpatrującego się w niebo. Kiedy film dobiega końca, bohater jest już młodym mężczyzną rozpoczynającym studia. Nie zastosowano charakteryzacji ani komputerowych efektów. Ellar Coltrane naprawdę dorasta na ekranie, a razem z nim zmieniają się pozostali aktorzy.
WIDEO…
Richard Linklater realizował film przez 12 lat, regularnie wracając do tych samych postaci. Zdjęcia rozpoczęły się w 2002 roku, kiedy Coltrane miał siedem lat, i trwały do 2013 roku. Efektem jest niezwykła kronika dzieciństwa, dojrzewania i rodzinnych przemian, której nie dałoby się wiarygodnie stworzyć tradycyjnymi metodami.
„Boyhood” opowiada o zwyczajnym dorastaniu
Mason mieszka w Teksasie z matką Olivią i starszą siostrą Samanthą. Jego rodzice są rozwiedzeni, a ojciec pojawia się w życiu dzieci głównie podczas weekendowych spotkań. Rodzina przeprowadza się, Olivia rozpoczyna kolejne związki, a Mason zmienia szkoły, przyjaciół i zainteresowania.
W jego życiu nie dochodzi do jednego wydarzenia, które nagle wszystko odmienia. „Boyhood” składa się z pozornie zwyczajnych chwil: rodzinnych obiadów, wycieczek samochodowych, rozmów z rodzicami, pierwszych zauroczeń, szkolnych problemów i pożegnań. Linklater pokazuje dorastanie jako proces, którego nie da się zamknąć w kilku przełomowych scenach.
Kolejne lata rozpoznajemy dzięki zmieniającym się fryzurom, ubraniom, telefonom i piosenkom. Film staje się przez to kapsułą czasu dokumentującą pierwszą dekadę XXI wieku. W tle pojawiają się między innymi książki o Harrym Potterze, gry komputerowe, polityczne kampanie oraz muzyka, której bohaterowie słuchają na poszczególnych etapach życia.
Aktorzy naprawdę zmieniają się na naszych oczach
Największa siła „Boyhood” wynika z obserwowania prawdziwego upływu czasu. Twarz Masona stopniowo traci dziecięcą miękkość, Samantha przestaje być złośliwą starszą siostrą, a ich rodzice dojrzewają razem z dziećmi. Nie ma tutaj napisów informujących o upływie kolejnych lat. Czas płynie naturalnie, niemal niezauważalnie.
W roli matki wystąpiła Patricia Arquette, a ojca zagrał Ethan Hawke. Lorelei Linklater, córka reżysera, wcieliła się w Samanthę. Aktorzy nie znali od początku całej historii swoich postaci. Scenariusz rozwijał się wraz z nimi, a Linklater wykorzystywał ich doświadczenia, zainteresowania i zmieniające się osobowości.
To ryzykowny eksperyment, ponieważ przez ponad dekadę mogło wydarzyć się niemal wszystko. Efekt nie przypomina jednak technicznego popisu. Po kilku scenach zapominamy o niezwykłej metodzie realizacji i zaczynamy traktować bohaterów jak rodzinę, którą obserwujemy od lat.
Patricia Arquette stworzyła przejmujący portret matki
Choć tytuł sugeruje, że najważniejsze jest dorastanie Masona, „Boyhood” opowiada również o jego rodzicach. Olivia samotnie wychowuje dzieci, kontynuuje naukę i próbuje zbudować dla nich stabilny dom. Podejmuje kolejne decyzje w nadziei, że tym razem zapewnią rodzinie bezpieczeństwo, lecz nie wszystkie okazują się właściwe.
Patricia Arquette pokazuje bohaterkę bez idealizowania. Olivia bywa silna i troskliwa, ale również bezradna, zmęczona oraz rozczarowana. Jedna z najbardziej poruszających scen filmu przychodzi pod koniec, kiedy kobieta uświadamia sobie, jak szybko minęły kolejne etapy jej życia.
Za swoją rolę Arquette otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej. „Boyhood” zdobył łącznie sześć nominacji do Nagrody Akademii, między innymi za najlepszy film, reżyserię, scenariusz oraz role Arquette i Hawke’a. Produkcja otrzymała także trzy Złote Globy: dla najlepszego dramatu, reżysera i aktorki drugoplanowej.
Film o chwilach, których znaczenie rozumiemy po czasie
„Boyhood” trwa niemal trzy godziny, ale nie opiera się na dynamicznej fabule. Jego rytm przypomina wspominanie własnego dzieciństwa – zapamiętujemy przypadkowe rozmowy, miejsca i gesty, podczas gdy ważne wydarzenia czasem znikają poza kadrem.
Linklater nie próbuje przekonywać, że każda chwila ma ukryte znaczenie. Pokazuje raczej, że życie składa się z momentów, które mijają, zanim zdążymy je właściwie ocenić. Właśnie dlatego „Boyhood” działa tak mocno. Obserwując Masona, mimowolnie wracamy do własnych przeprowadzek, szkolnych korytarzy, pierwszych miłości i pożegnań.
To film o dorastaniu, ale także o rodzicielstwie, przemijaniu i konieczności nieustannego zaczynania od nowa. Nie kończy się wielką puentą. Zostawia widza z prostym, lecz poruszającym odkryciem: czas nie zatrzymuje się na najważniejsze chwile – płynie dalej, nawet kiedy nie jesteśmy na to gotowi.



























