Witajcie w Baltimore, mieście, w którym handel narkotykami, bezrobocie i przemoc są tylko najbardziej widocznymi objawami znacznie poważniejszej choroby. „The Wire”, znany w Polsce jako „Prawo ulicy”, od ponad dwóch dekad pozostaje telewizyjnym arcydziełem. Mimo zachwytów krytyków nigdy nie stał się jednak u nas masowym przebojem.

WIDEO

player placeholder

Arcydzieło, które ominęła wielka popularność

„The Wire” zadebiutował w HBO w 2002 roku. Przez pięć sezonów i 60 odcinków David Simon opowiadał o Baltimore, jego mieszkańcach oraz instytucjach, które zamiast rozwiązywać problemy, często jedynie pomagają im trwać.

Na pierwszy rzut oka to klasyczny serial kryminalny. Grupa policjantów próbuje rozpracować organizację handlującą narkotykami. Funkcjonariusze zakładają podsłuchy, śledzą podejrzanych i mozolnie zbierają dowody. Szybko okazuje się jednak, że wojna policji z gangami jest tylko punktem wyjścia.

Zobacz także:

„Prawo ulicy” opowiada przede wszystkim o systemie i o ludziach, którzy zostają przez niego zmieleni. Dziś serial ma status jednego z najwybitniejszych dzieł w historii telewizji. W serwisie Metacritic jego średnia wynosi 91 punktów na 100, a polscy krytycy zgromadzeni na Filmwebie wystawili mu ocenę 9,4 na 10. Trzeci i czwarty sezon otrzymały na Metacritic aż 98 punktów.

Mimo to w Polsce serial pozostał produkcją kultową, a nie masową. Na Filmwebie oceniło go około 42 tys. użytkowników. Dla porównania „Breaking Bad” zebrał tam ponad 350 tys. ocen. Nie jest to oczywiście oficjalny pomiar oglądalności, ale dobrze pokazuje różnicę w skali zainteresowania polskiej publiczności.

Krytycy nazywają go arcydziełem, a kolejne pokolenia widzów odkrywają w nim jeden z najlepszych seriali kryminalnych w historii. Mimo to „The Wire”, pokazywany w Polsce jako „Prawo ulicy”, nigdy nie zdobył nad Wisłą popularności, na jaką zasługiwał. Ponad 20 lat po premierze opowieść o pogrążonym w kryzysie Baltimore pozostaje boleśnie aktualna.

Baltimore jest najważniejszym bohaterem

Siłą „The Wire” nie są efektowne pościgi, strzelaniny ani nagłe zwroty akcji. Serial niemal całkowicie rezygnuje z atrakcji typowych dla telewizyjnych kryminałów. Śledztwa ciągną się tygodniami, policjanci popełniają błędy, a nawet dobrze przeprowadzona operacja nie zmienia zasad gry.

Każdy sezon poszerza obraz miasta. Najpierw poznajemy policję i organizacje narkotykowe. Później serial przygląda się portowi oraz upadającej klasie robotniczej, lokalnej polityce, szkołom publicznym i mediom. Z czasem staje się jasne, że wszystkie te światy są ze sobą połączone.

Policjanci muszą poprawiać statystyki. Politycy myślą o kolejnych wyborach. Nauczyciele przygotowują uczniów do testów zamiast do życia. Dziennikarze szukają historii, które przyniosą nagrody. Gangsterzy bronią terytorium i pozycji. Każdy próbuje przetrwać, a jednocześnie każdy — świadomie lub nie — podtrzymuje wadliwy system.

Realizm produkcji nie jest przypadkowy. David Simon przez kilkanaście lat pracował jako reporter policyjny w „The Baltimore Sun”. Jak przypomina Onet Kultura, znał z bliska zarówno pracę policji, jak i problemy podupadającego miasta przemysłowego.

Dlaczego „The Wire” nie podbił Polski?

Nie ma jednego powodu. Serial trafił do widzów w czasach, gdy nie istniał jeszcze dzisiejszy model oglądania całych sezonów w streamingu, a HBO pozostawało kanałem premium o znacznie mniejszym zasięgu niż ogólnodostępne stacje.

Nie pomógł również polski tytuł. „Prawo ulicy” brzmi jak nazwa kolejnego sensacyjnego serialu o twardych policjantach i groźnych przestępcach. Nie sugeruje, że mamy do czynienia z drobiazgową analizą miasta, władzy, ekonomii i społecznych nierówności.

Produkcja była też trudniejsza w odbiorze niż wiele późniejszych hitów. Nie miała prostego punktu zaczepienia w rodzaju przemiany Waltera White’a z „Breaking Bad”. Nie oferowała łatwego do zacytowania opisu fabuły ani gwiazdy, wokół której można było zbudować promocję. Idris Elba dopiero później stał się aktorem rozpoznawalnym na całym świecie.

Znaczenie miało także tempo. „The Wire” nie próbuje uwieść odbiorcy w pierwszych kilkunastu minutach. Najpierw cierpliwie rozstawia pionki, przedstawia zależności i buduje świat. Nagroda przychodzi później, gdy pozornie nieistotne sceny zaczynają układać się w jeden, niezwykle precyzyjny obraz.

Serial sprzed lat, który wciąż opowiada o współczesności

Ponad dwie dekady po premierze „The Wire” ani trochę nie stracił na znaczeniu. Nadal mówi o instytucjach bardziej zainteresowanych dobrym wynikiem w tabeli niż rzeczywistą zmianą. O polityce prowadzonej pod sondaże, edukacji podporządkowanej testom i mediach walczących o uwagę odbiorców.

Technologia widoczna na ekranie zdążyła się zestarzeć. Pagery, budki telefoniczne i pierwsze telefony komórkowe wyglądają dziś jak przedmioty z innej epoki. Mechanizmy społeczne pokazane przez Davida Simona pozostają jednak niepokojąco aktualne.

Być może „The Wire” nigdy nie stanie się w Polsce serialem tak popularnym jak „Breaking Bad”, „Gra o tron” czy „Rodzina Soprano”. Nie zmienia to faktu, że jest jednym z najważniejszych tytułów, jakie powstały dla telewizji.

„Prawo ulicy” można obecnie oglądać w Polsce w serwisie HBO Max.