Roy McBride uchodzi za astronautę doskonałego. Nawet w sytuacji śmiertelnego zagrożenia zachowuje spokój, a jego puls niemal nigdy nie przekracza 80 uderzeń na minutę. Opanowanie, które pomaga mu przetrwać w przestrzeni kosmicznej, w życiu prywatnym staje się jednak murem oddzielającym go od innych ludzi. Tak rozpoczyna się „Ad Astra” Jamesa Graya – film science fiction, który zamiast koncentrować się wyłącznie na efektach specjalnych, opowiada o emocjonalnym chłodzie, samotności i dziedziczonych traumach. Brad Pitt stworzył w nim jedną ze swoich najbardziej wyciszonych i przejmujących kreacji.

WIDEO

player placeholder

Niebezpieczna misja Brada Pitta

Akcja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Ziemię zaczynają nawiedzać potężne impulsy energetyczne, które mogą doprowadzić do zagłady ludzkości. Ich prawdopodobnym źródłem jest odległy statek badawczy realizujący projekt Lima w pobliżu Neptuna.

Misją dowodził Clifford McBride, legendarny astronauta i ojciec Roya, uznany przed laty za zmarłego. Gdy pojawia się podejrzenie, że mężczyzna nadal żyje, Roy zostaje wysłany w podróż przez Układ Słoneczny. Ma nawiązać kontakt z ojcem i powstrzymać zjawisko zagrażające Ziemi.

Zobacz także:

Wyprawa prowadzi go przez Księżyc, Marsa i kolejne, coraz bardziej odległe miejsca. Choć film zawiera pościgi, katastrofy i sceny walki o przetrwanie, prawdziwe napięcie rodzi się wewnątrz bohatera. Podróż ku Neptunowi staje się dla niego bolesnym powrotem do dzieciństwa oraz próbą zrozumienia człowieka, który wybrał kosmos zamiast rodziny.

Brad Pitt w jednej ze swoich najbardziej oszczędnych ról

Roy McBride przez większość filmu kontroluje każdy gest i każde słowo. Regularnie przechodzi testy psychologiczne, podczas których zapewnia, że pozostaje skupiony i gotowy do pracy. Jego wypowiedzi brzmią jednak coraz bardziej jak wyuczona formuła mająca ukryć emocjonalne wyczerpanie. Brad Pitt gra niemal bez zewnętrznych oznak napięcia. Najważniejsze są spojrzenia, drobne zmiany wyrazu twarzy i prowadzona z offu narracja. Aktor pozwala obserwować człowieka, którego największym lękiem nie jest śmierć w kosmosie, lecz odkrycie, że staje się podobny do nieobecnego ojca.

W Clifforda McBride’a wcielił się Tommy Lee Jones. W obsadzie znaleźli się również Ruth Negga, Liv Tyler i Donald Sutherland. Aktorzy drugoplanowi pojawiają się na krótko, co dodatkowo podkreśla izolację głównego bohatera.

„Ad Astra” zachwyca wizualnie

Za zdjęcia odpowiadał Hoyte van Hoytema, operator znany między innymi z „Interstellar”, „Dunkierki” i „Oppenheimera”. Kosmos w „Ad Astra” jest jednocześnie piękny i przytłaczający. Monumentalne obrazy planet przeplatają się z ciasnymi wnętrzami statków, bazami wypełnionymi sztucznym światłem oraz nieskończoną czernią.

James Gray przedstawia przyszłość w zaskakująco przyziemny sposób. Loty na Księżyc przypominają podróże komercyjnymi liniami, a jego powierzchnię pokrywają reklamy i punkty usługowe. Rozwój technologii nie zmienił natury ludzi – również poza Ziemią kierują nimi pieniądze, ambicja i potrzeba dominacji.

Melancholijną atmosferę wzmacnia muzyka Maxa Richtera. Elektroniczne dźwięki, smyczki i momenty ciszy sprawiają, że podróż Roya przypomina sen rozgrywający się na granicy zachwytu i rozpaczy.

To nie jest typowe kino kosmiczne

„Ad Astra” może zaskoczyć widzów oczekujących szybkiej, widowiskowej przygody. Film ma spokojne tempo, a sceny akcji są jedynie przystankami w intymnej opowieści o relacji ojca i syna. Kosmos nie oznacza tu ucieczki od problemów. Przeciwnie – im dalej Roy znajduje się od Ziemi, tym trudniej jest mu ignorować własne emocje.