Przyznaję, pierwszy sezon „Matek pingwinów” włączyłam z pewną rezerwą. Kiedy usłyszałam o pomyśle na serial, pomyślałam: serio? A potem wpadłam jak śliwka w kompot. Zżyłam się z bohaterami, przejęłam ich problemami i doceniłam to, że twórczynie nie próbują opowiadać o rodzicielstwie z pozycji wszechwiedzących ekspertek. Pokazują ludzi, którzy czasem dają radę, czasem popełniają błędy, a czasem zwyczajnie nie wiedzą, co zrobić.
WIDEO…
Drugi sezon? Podoba mi się chyba jeszcze bardziej. Nie dlatego, że próbuje przebić poprzedni większą dawką wzruszeń czy dramatów. Przeciwnie. Rozszerza perspektywę, daje przestrzeń kolejnym postaciom i przypomina, że życie nie mieści się w jednej opowieści. „Matki pingwinów” stają się historią nie tylko o atypowych dzieciach, ale o życiu – z całą jego paletą barw i z sytuacjami, które znamy z autopsji, aż za dobrze.
Sprawy tylko dla dorosłych? O czym jest 2 sezon „Matek pingwinów”
Od wydarzeń z pierwszego sezonu minęło półtora roku. Kama (Masza Wągrocka), Ula (Barbara Wypych), Tatiana (Magdalena Różczka) i Jerzy (Tomasz Tyndyk) otwierają własną szkołę – Biegun Szczęścia. Miejsce, które miało zapewnić ich dzieciom bezpieczeństwo i akceptację, szybko okazuje się kolejnym źródłem stresu. Dochodzą problemy finansowe, biurokracja i odpowiedzialność, która potrafi przytłoczyć nawet tych, którzy z najlepszymi intencjami postanowili wziąć sprawy w swoje ręce.
Bo dobre intencje to jedno, a zderzenie z systemem – drugie. Nawet jeśli wiadomo, czego potrzebują dzieci i jakiego miejsca dla nich brakuje, nie oznacza to, że łatwo je stworzyć. Własna szkoła nie jest magicznym rozwiązaniem wszystkich problemów, a troska o innych potrafi zamienić się w kolejną pracę na pełen etat.
Nie jest to jednak serial o organizowaniu placówki edukacyjnej. Szkoła staje się punktem wyjścia do opowieści o ludziach, którzy próbują pogodzić troskę o innych z własnymi potrzebami. A tych nie ubywa. Dzieci dorastają, zaczynają zadawać trudne pytania, odkrywają swoją cielesność, seksualność i przyjemność. Są ciekawe świata, czasem zagubione, czasem bezkompromisowe. Chcą być traktowane poważnie, nawet jeśli dorośli woleliby jeszcze przez chwilę widzieć w nich maluchy.
Twórczynie nie uciekają od tematów, które mogą wywoływać dyskomfort. Jest miejsce na rozmowę o seksie, pornografii, hejcie i agresji, która coraz częściej staje się częścią codzienności. Jest też bezsilność – ta dobrze znana rodzicom, którzy chcieliby ochronić dzieci przed całym złem świata, ale wiedzą, że nie mogą stać obok nich przez całą dobę.
Ważne jest również to, że serial nie traktuje seksualności jako czegoś, co można pominąć, gdy mowa o osobach z niepełnosprawnościami. Historia Michała, syna Tatiany, przypomina, że dorastanie wiąże się z potrzebą bliskości, intymności i odkrywania własnego ciała niezależnie od sprawności. To temat, o którym wciąż mówi się za mało, a tutaj nie staje się sensacją ani pretekstem do łatwego wzruszenia.
Najbardziej podoba mi się to, że serial nie próbuje zamknąć tych doświadczeń w jednej diagnozie ani podsunąć gotowej odpowiedzi. Każdy widz może znaleźć tu coś dla siebie. Własne lęki, przemilczane potrzeby, sytuację, którą zna z domu, szkoły albo relacji. „Matki pingwinów” stają się lustrem, w którym można zobaczyć nie tylko cudze problemy, ale też własne reakcje.
Niewidzialne dzieci. Te, które zawsze mają sobie poradzić
Szczególnie ważny jest dla mnie wątek tak zwanych niewidzialnych dzieci, czyli rodzeństwa dzieci neuroatypowych lub z niepełnosprawnościami. To perspektywa, której w opowieściach o rodzicielstwie często brakuje. Uwaga dorosłych naturalnie skupia się na dziecku wymagającym większego wsparcia. Tymczasem obok dorasta ktoś, kto również potrzebuje bliskości, rozmowy i poczucia, że jest ważny.
Niewidzialność nie oznacza przecież, że te dzieci niczego nie czują albo nie rozumieją. Przeciwnie. Czasem rozumieją aż za dużo. Martwią się o rodzeństwo, wyczuwają napięcie w domu, uczą się odpuszczać, zanim ktokolwiek poprosi je o ustępstwo. Mają być wyrozumiałe, nie dokładać rodzicom zmartwień, zająć się sobą. Nie przeszkadzać. Jakoś to ogarnąć.
Tylko że one także są dziećmi. Nie powinny musieć zasługiwać na uwagę tym, że są łatwiejsze w obsłudze, bardziej samodzielne czy mniej wymagające. Ich potrzeby nie znikają tylko dlatego, że ktoś inny potrzebuje więcej pomocy.
Właśnie takie rozszerzenie perspektywy sprawia, że drugi sezon jest dla mnie tak udany. Nie odbiera rodzicom ich trudności, nie umniejsza wyzwań, z którymi mierzą się rodziny. Pokazuje po prostu, że w jednym domu może istnieć kilka różnych prawd i każda zasługuje na wysłuchanie.
Cztery mocne role i partnerzy, którzy kradną serca
Czwórka głównych aktorów ponownie daje czadu. Masza Wągrocka, Barbara Wypych, Magdalena Różczka i Tomasz Tyndyk nie muszą już od początku budować naszej relacji z bohaterami. Mogą pokazać, jak zmienili się przez ten czas, gdzie są dziś i z czym nadal sobie nie radzą. Ich postacie nie stają się nagle idealnymi rodzicami tylko dlatego, że mają dobre intencje. I całe szczęście.
Bo empatia, którą mają dla nich twórczynie, nie oznacza, że musimy przyklaskiwać każdej decyzji bohaterów. Ula, Jerzy i pozostali potrafią się mylić, komplikować własne życie i ranić innych, nawet jeśli nie taki mają zamiar. Dzięki temu nie oglądamy pomników rodzicielstwa, tylko ludzi, których czasem rozumiemy, a czasem mamy ochotę zapytać: ale po co ci to było?
Na uwagę zasługują również partnerzy głównych bohaterów. Pojawia się Mateusz Damięcki, który jako Paweł może na początku sprawiać wrażenie dużego chłopca w męskiej skórze. Dajcie mu jednak szansę. Pod tą nieco chłopięcą powierzchownością kryje się wrażliwy facet, z którym można byłoby pójść w ogień. Damięcki dobrze odnajduje się w tej roli, a jego bohater nie jest jednowymiarowym ideałem. Ma emocje, słabości i własne granice.
Wątek Pawła to jednak nie tylko historia nowej miłości Kamy. Wspólne życie, do którego dołączają Jaś i Mia, oznacza budowanie rodziny patchworkowej – a przecież uczucia dorosłych nie sprawiają automatycznie, że dzieci od razu odnajdują się w nowej rzeczywistości. Każdy musi znaleźć w niej swoje miejsce, a bliskość potrzebuje czasu, żeby naprawdę stać się czymś wspólnym.
Partner Jerzego - Robert? (W tej roli uroczy Karol Bernacki) Skradł moje serducho. Kto z nas nie chciałby mieć obok siebie kogoś, kto pamięta o sprawach, o których sami zapominamy, i ogarnia również te, o których nie zdążyliśmy jeszcze pomyśleć? Taka osoba potrafi być prawdziwym skarbem. Ale serial przypomina też o czymś ważnym: nawet najbardziej troskliwi ludzie nie są niewyczerpanym źródłem energii. Dobre duchy również mają swoje granice.
Jeśli ktoś prosi nas, żebyśmy coś zrobili razem, niekoniecznie chodzi o to, że sam nie potrafi albo mu się nie chce. Może po prostu potrzebuje naszej obecności. Wspólnego wysiłku. Poczucia, że nie musi wszystkiego dźwigać w pojedynkę. Dla mnie to jedna z tych cichych lekcji, które zostają z widzem na dłużej niż niejeden wielki serialowy dramat.
Na ekranie pojawia się też Krystyna Janda jako matka Jerzego. I tu mam małą prośbę: zapamiętajcie, że to ona! Gra tak, że musiałam powiedzieć rodzinie, kogo oglądamy, bo nie wszyscy ją rozpoznali. To kolejny dowód na to, że nawet aktorka, którą znamy od lat, potrafi nas zaskoczyć, kiedy dostaje rolę pozwalającą jej zniknąć za postacią.
Lubię też to, co w historii Tatiany wnosi psycholożka grana przez Agnieszkę Wosińską. Ich relacja pomaga Tatianie zobaczyć, że poza byciem matką jest jeszcze kobietą, która może szaleć, tańczyć, zakochiwać się i po prostu żyć. Ostatnia scena między nimi wzrusza, ale też przypomina, że miłość to nie tylko motyle w brzuchu. To przede wszystkim uwaga i czas - na który nie zawsze jesteśmy gotowi.
„Matki pingwinów” to serial, który nie udaje, że miłość wszystko naprawi
„Matki pingwinów” nie są wolne od trudnych emocji. Jest tu sporo złości, zmęczenia, lęku i sytuacji, w których trudno znaleźć dobre rozwiązanie. Ale obok nich pozostaje czułość, humor i potrzeba bliskości. Miłość, której wszyscy szukamy i której wszyscy potrzebujemy, choć nie zawsze umiemy o nią poprosić.
Równowaga między tymi emocjami sprawia, że serial nie zamienia się w przygnębiający wykład o problemach współczesnych rodzin. Bohaterowie potrafią nas rozczulić, zirytować, rozbawić i zmusić do zastanowienia. Nie musimy zgadzać się z każdą ich decyzją, żeby rozumieć, skąd się bierze.
Nie znaczy to jednak, że ogląda się go bez wysiłku. Nagromadzenie trudnych sytuacji potrafi przytłoczyć, bo nie ma tu jednego problemu, który można rozwiązać i spokojnie przejść do następnego. Życie bohaterów nie układa się w równe odcinki, a troski nie czekają grzecznie w kolejce. Mimo to trudno się od nich oderwać - chcemy wiedzieć, jak sobie poradzą, nawet jeśli czasem najchętniej kazalibyśmy im wszystkim na chwilę usiąść i odetchnąć.
Drugi sezon nie próbuje na siłę powtarzać pierwszego. Zamiast tego otwiera kolejne drzwi i pozwala nam zobaczyć ludzi, których potrzeby łatwo przeoczyć. Czasem wystarczy przesunąć uwagę odrobinę dalej, żeby zrozumieć, że ktoś, kto wydaje się samodzielny i dzielny, też może czekać, aż ktoś wreszcie zapyta go, jak się czuje.
Czy warto odpalić nowe odcinki? Zdecydowanie. Mam tylko jedno ostrzeżenie: jeśli jutro macie coś ważnego do zrobienia, dobrze się zastanówcie, zanim włączycie pierwszy odcinek. Sześć epizodów potrafi pochłonąć cały wieczór. A kiedy wybrzmi ostatnia sekunda, zostaje tęsknota za bohaterami i ochota na więcej. Ja już czekam na kolejny sezon - bo wierzę, że ilością wyświetleń dacie powody Netflixowi, aby zatwierdził kolejny sezon „Matek pingwinów”.