Kinowy hit z Robertem Pattinsonem podbija Netflixa. Za seans odpowiada reżyser nagrodzony 4 Oscarami
Kosmiczna groteska, Robert Pattinson w podwójnej roli i reżyser „Parasite” w swojej najbardziej szalonej formie. „Mickey 17” właśnie trafił do TOP 5 Netflixa i wygląda na to, że widzowie znów pokochali dziwne, inteligentne kino science fiction.

Jeszcze kilka miesięcy temu był jednym z najbardziej wyczekiwanych tytułów w kinach. Teraz „Mickey 17” błyskawicznie wspina się na listę najchętniej oglądanych filmów na Netflixie i wszystko wskazuje na to, że stanie się jednym z największych streamingowych hitów tego sezonu. Trudno się dziwić - za kamerą stanął Bong Joon-ho, twórca oscarowego „Parasite”, który od lat udowadnia, że potrafi połączyć kino gatunkowe z ostrym społecznym komentarzem jak mało kto.
Tym razem koreański reżyser zabiera widzów w kosmos, ale nie jest to klasyczne science fiction o podboju nowych światów. „Mickey 17” bardziej interesuje człowiek niż technologia. A raczej to, ile wart jest człowiek w systemie, który traktuje go jak materiał do wymiany.
O czym opowiada „Mickey 17”?

Głównym bohaterem filmu jest Mickey Barnes (Robert Pattinson) - zagubiony, naiwny chłopak, który desperacko próbuje uciec od problemów na Ziemi. Gdy zgłasza się do międzyplanetarnej misji kolonizacyjnej, podejmuje fatalną decyzję: zostaje tzw. „Zastępowalnym”. Oznacza to, że może umierać bez końca, bo po każdej śmierci jego ciało zostaje wydrukowane od nowa wraz ze wszystkimi wspomnieniami.
Brzmi absurdalnie? Bong doskonale wie, co robi. „Mickey 17” balansuje między czarną komedią, filozoficzną przypowieścią i groteskową satyrą polityczną. Reżyser bawi się konwencją, jednocześnie punktując klasowe nierówności, fanatyzm, kult przywódcy i świat korporacyjnego kapitalizmu. Momentami jest naprawdę dziwnie, momentami bardzo śmiesznie, a chwilę później niepokojąco blisko rzeczywistości.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Robert Pattinson w jednej z najciekawszych ról ostatnich lat

Ogromną siłą filmu jest Robert Pattinson. Aktor od lat konsekwentnie ucieka od wizerunku hollywoodzkiego amanta i wybiera projekty, które pozwalają mu eksperymentować. W „Mickey 17” jest jednocześnie neurotyczny, melancholijny, zabawny i kompletnie zagubiony. A gdy na ekranie pojawiają się kolejne wersje Mickeya, Pattinson wchodzi na poziom aktorskiej zabawy, który ogląda się z ogromną przyjemnością.
Obok niego pojawiają się także Mark Ruffalo i Toni Collette, którzy tworzą duet niemal karykaturalnych elit odklejonych od rzeczywistości. Ich bohaterowie są przerysowani, groteskowi i chwilami wręcz komiczni - ale właśnie w tym tkwi siła filmu Bonga. Reżyser od zawsze lubił pokazywać władzę jako spektakl pełen absurdu.
Dlaczego warto obejrzeć „Mickey 17”?

„Mickey 17” nie jest może tak bezlitosny i perfekcyjny jak „Parasite”, ale nadal pozostaje kinem niezwykle autorskim, odważnym i zaskakująco rozrywkowym. To jeden z tych blockbusterów, które poza widowiskiem próbują powiedzieć o świecie coś więcej. Dlatego tak mocno wyróżnia się na tle bezpiecznych streamingowych premier.
Jeśli więc macie ochotę na science fiction, które poza efektami specjalnymi oferuje też emocje, czarny humor i kilka naprawdę niewygodnych pytań - ten seans zdecydowanie warto nadrobić. Zwłaszcza że Netflixowi widzowie już najwyraźniej oszaleli na jego punkcie.

