Dwie części. Jak to u Dudy-Gracz – angażujące (fizycznie) publiczność. Choć tym razem tylko na początku. Cztery grupy widzów poruszają się wąskimi korytarzami krakowskiego Teatru Słowackiego bardzo sprawnie. Idę w pierwszej: za czarną parasolką. Trafiam do salonu Stankiewiczów. Tam ojciec Wyspiański – Franciszek (Krzysztof Wrona), polski nacjonalista, beszta zebranych. Najbardziej starszego już mistrza Matejkę (Wojciech Skibiński), ale też Lucjana Rydla (Grzegorz Łukawski) i Aldonę Mehofferową (Dorota Godzic). „Żydzi”, „Prusaki”! – wyzywa. Mówi dużo o polskości, o Polakach jako narodzie wybranym. Budzą się tu demony, które dziś odbijają się po prawej stronie sceny politycznej. Ale tylko w naszej głowie – słusznie, należy łapać skojarzenia. Po chwili starszy Wyspiański krzyczy, że jego „syn to miernota”. Usłyszymy to jeszcze wielokrotnie. Wtóruje mu Mehofferowa, zwracając uwagę, że talent to ma jej Józio. A Stasiu? Słucha tego wszystkiego z boku i łka. Koniec.

WIDEO…

player placeholder
KRAKÓW NARODOWEJ SZTUCE, CZYLI TRYUMF MIERNOTY”
fot. Joanna Siwiec

Przechodzimy dalej. Do foyer. Tu widzowie, chcąc nie chcąc, stają się statystami „Hołdu Pruskiego” Matejki. Malarz jednak, jak się okazuje, modelom swoim nie płaci. Za to po chwili dołącza Matejkowa (fenomenalna Lidia Bogaczówna). „Hołota”, rzuca patrząc w oczy widzom. I zaczyna monolog o artystach, śmietance krakowskiej i nowobogackich – ha tfu! Na moment traci głowę, gdy mowa o siostrzenicy. Krakówek grzmiał swego czasu, że stary Matejko zdradził Teodorę z jej własną siostrzenicą, Stanisławą Serafińską, która pozowała mu – w tajemnicy zresztą – do obrazu „Kasztelanka”. Szał Teodorę ogarniał za każdym razem, gdy podejrzewała męża o niewierność, niszczyła wówczas obrazy mistrza.

Zobacz także:
KRAKÓW NARODOWEJ SZTUCE, CZYLI TRYUMF MIERNOTY”
fot. Regina Zawadzka Bigaj

Trzecie pomieszczenie to bal. A na balu m.in. Przybyszewscy. I tu scenę kradnie Dagny, Norweżka, pisarka, pianistka, muza małopolskich artystów. Żona poety Przybyszewskiego. Gdy poruszająca do szpiku w tej roli Dominika Kozłowska, aktorka niesłysząca, zaczyna mówić – nie rozumiemy jej. Podobnie jak kiedyś nie rozumiano Dagny, przez konserwatywne krakowskie salony uznawanej za ladacznicę i osobę wysoce niemoralną. Zabieg reżyserski absolutnie poruszający.

Przy stoliku nieopodal siedzi Maja Kleszcz, rozpostarta na krześle niczym lwowska śpiewaczka Salomea Kruszelnicka. Trzpiotka, raz się zaśmieje, innym razem zaśpiewa. Ubawiona nawet wtedy, gdy cięgi zbierają kobiety. A zbierają często. Ciężko miały w tych czasach. Ale i nie wszystko zostawiłyśmy przecież za sobą.

KRAKÓW NARODOWEJ SZTUCE, CZYLI TRYUMF MIERNOTY”
fot. Regina Zawadzka Bigaj

Czwarta, ostatnia scena – sala teatralna. Tuż przed próbą „Wesela”. I trzy postaci – dyrektor teatru Józef Kotarbiński (dyrektor Teatru Miejskiego – dziś Słowackiego – w latach 1899-1905), wybitna aktorka Maria Przybyłko (świetna Oliwia Durczak, która sprytnie balansuje między przerysowaniem a powagą) i aktor Józef Popławski (fenomenalny Tomasz Wysocki!), któremu powierzono rolę Chochoła. Wysocki odziany w słomę daje popis najwyższej klasy aktorstwa, wyrzucając z siebie monolog o nowoczesnych eksperymentach teatralnych, w których „Boga nie ma”. Nie tak robi się teatr! Nie tak. I znów wina Wyspiańskiego. Nie tylko marny z niego malarz, jako rzecze ojciec, ale i dramaturg, jako rzecze aktor. Maria Przybyłko natomiast rzeczywiście zrezygnowała z roli Panny Młodej w prapremierze „Wesela” (choć później w swojej karierze zdecydowała się w nią wcielić). Zastąpiła ją wtedy Wanda Siemaszkowa, gdyż Maria uważała, że jako wielka artystka i gwiazda teatru, stworzona jest do grania postaci poważnych, jak Antygona, a nie chłopek.

Oliwia Durczak, która zadebiutowała w Słowaku w „Wegetariance” Miśkiewicza, na podstawie powieści Han Kang, mogła w końcu pokazać wachlarz aktorskich umiejętności. Jako Przybyłko, a potem Zosia Pietraszkiewiczówna gra na granicy, z ogromną czułością. A nie jest to łatwe, gdyż Duda-Gracz wymaga tu gimnastyki. Przybyłko jest przerysowana. Niemal śmieszna, ale Durczak wie, kiedy się zatrzymać, nie wpada więc w karykaturę, ale podkreśla wszystko to, co ją wyróżnia. Czekam na jej kolejne role.

Część druga dzieje się już na scenie, która staje się obrazem. A tak naprawdę snem Wyspiańskiego. Widać tu całą paletę talentu Agaty Dudy-Gracz, historyczki sztuki, reżyserki, scenografki. Córki swojego ojca, malarza Jerzego Dudy-Gracza – bo i ta estetyka przenikła w jej żyły. Duda-Gracz jest artystką – w spektaklu odpowiada za tekst, reżyserię, kostiumy i ruch. Dlatego jej teatr jest totalny. Nie bierze jeńców. Pochłania i nie puszcza. Wchodzi się w jej świat pełen upiorów, chochołów, dziadów, nadal fascynującej bohemy, i nadal przykurzonych krakowskich salonów.

Co by było, gdyby…? – zadaje pytanie. A na scenie time laps ­– niczym film poklatkowy, ukazany upływ czasu i kolejne sceny w rytm muzyki skomponowanej przez Wojciecha Krzaka i Maję Kleszcz. Widzimy wszystko to, co mogłoby się wydarzyć w przyspieszeniu, zagrane pantomimicznie – marzenie senne Staśka, w tym ślub z Zosią Pietraszkiewiczówną – panienką, która odrzuciła jego zaloty i oświadczyny. U Dudy-Gracz daje mu kolejną szansę. I biegnie to życie Stanisława zupełnie innym torem. Rodzą się dzieci, on szczęśliwy, ona szczęśliwa. Tyle że za chwilę na tej samej scenie odbywa się ów chocholi taniec, przypominający czasami bal wampirów u Polańskiego. Albo „Dziady” Mickiewiczowskie, które zresztą Duda-Gracz przywołuje. W tym śnie kończy się też spektakl, aktorzy wychodzą się pokłonić, a publiczność bije brawo, głośniej i głośniej. Z tym że to nie koniec… Reżyserka ponownie gra z widzem w chowanego.

KRAKÓW NARODOWEJ SZTUCE, CZYLI TRYUMF MIERNOTY”
fot. Joanna Siwiec

Aż z trumny na scenie, a jest ich kilka, wychyla się dyrektor teatru Krzysztof Głuchowski w roli… dyrektora (i to dwukrotnego!) teatru, Tadeusza Pawlikowskiego. Była to postać istotna o tyle, że Pawlikowski podchodził do prowadzenia instytucji w sposób nowatorski, proponując publiczności m.in. dramaty Ibsena. Za jego dyrekcji debiutował tu Przybyszewski czy właśnie Wyspiański. Pawlikowski więc z trumny, ustami Głuchowskiego, głosi monolog mocny, o wartości sztuki, o trudach prowadzenia placówki i staraniu się o każdy grosz. A to wszystko dla zespołu. A to wszystko dla ludzi. Mocne, biorąc pod uwagę wieloletnią walkę Głuchowskiego o teatr i obecne perypetie z rozpisaniem konkursu na nowego dyrektora przez Urząd Marszałkowski, za zgodą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – mimo trwania zaplanowanych na lata inwestycji remontowych, ale też międzynarodowych koprodukcji. I choć ani jedno słowo nie odnosiło się bezpośrednio do obecnej sytuacji, wybrzmiało potężnie z dzisiejszej perspektywy.

Po tym znów taniec. Co ważne, choreografię układał aktor Wojciech Dolatowski – jemu również należą się ogromne słowa uznania. To jeden z diamentów aktorskich młodego pokolenia, diabelnie plastyczny, u Dudy-Gracz wchodzący w rolę m.in. Tadeusza Matejki, Salome, Chochoła i Adolfa Walewskiego – warszawskiego reżysera „Wesela”, przepędzanego przez aktorów za warszawskość i niezrozumienie polskiego, narodowego ducha teatru.

No i sam Stanisław Wyspiański – tym razem, w ostatnim spektaklu z tryptyku („Proszę Państwa, Wyspiański umiera” i „Na kolana, panie Wyspiański”) jest uległy, cichy, marzący, wycofany. Grający go Vitalik Havryla nie wychodzi na przód, bo tym razem to nie jego zadanie. Wszystko dzieje się przecież we śnie. Ale gdy płacze, płakać chce się i mnie. Gdy tęskni, ja tęsknię. Gdy się boi, czuję niepokój.

Na osobne wyróżnienie zasługuje Martyna Krzysztofik – zwierzę sceniczne. W roli służki – wystarczy, że się pojawia, od razu wzrok za nią sunie. Pod postacią Teosi, chłopki, żony Wyspiańskiego, skupia na sobie całą uwagę. Mocna, niezakłócona obecność sceniczna.

Jest w spektaklach Dudy-Gracz jakiś pierwiastek magii. Nie lubię nadużywać tego słowa, bo od jakiegoś czasu przestało już nieść za sobą jakiekolwiek znaczenie, ale jeśli teatr miałby być magią, to właśnie u reżyserki. Jej przemyślanej wizji, konsekwencji i oniryczności nie da się przedawkować. Tak jak łączenia gatunków. Jej teatr jest jak film i muzeum jednocześnie. W tym wszystkim jest żywy i uszczypliwy. Wchodzi się w świat, którego już dawno nie ma. Za którym tęskno, ale to ta przeklęta nostalgia, która każe nam myśleć, że „kiedyś to było”. Było, owszem. Ale i nie było. Młodopolska cyganeria artystyczna, którą hołubiliśmy przepisując podręczniki szkolne, pod względem talentu wielka jest, ale człowieczeństwo często bywało jej obce. Jak nieszczęsnemu, dekadenckiemu Przybyszewskiemu, choć w spektaklu akurat ta postać najmniej do mnie przemówiła. A szkoda.   

I choć dostało się Krakusom, dostało się też Warszawiakom. A tak naprawdę dostało się nam wszystkim. Za pychę, fałsz, przekonania, które za wszelką cenę narzucamy innym. Za Boga na ustach wspierających bezeceństwa. Za hipokryzję i kołtuństwo. Za pogardę dla sztuki. I artysty. Bo czy temu coś się należy? Jak zarobić na siebie nie umie, to kiepski artysta (znamy to, prawda?). Za rolę, jaką przypisujemy teatrom. I za teatr w ogóle. Historię Duda-Gracz nadpisała ponad historią. I jest to znakomite.