KASIA OLKOWICZ: Ile czasu ma Twoja doba?

WIDEO

player placeholder

ADAM MIREK: Tu cię zaskoczę, bardzo dbam o wypoczynek, żeby móc wydajnie pracować, więc staram się spać 7–9 godzin dziennie.

Wiesz, dlaczego o to pytam: napisałeś cztery książki, bardzo aktywnie działasz w mediach społecznościowych, założyłeś Fundację Poznawczą, w ramach której prowadzisz warsztaty, wykłady, regularnie występujesz w telewizji, w Radiu Tok FM masz cotygodniową audycję, a w zeszłym roku Twój profil na TikToku znalazł się w gronie 50 najciekawszych na świecie w kategorii kont edukacyjnych. Sporo jak na 32-latka.

Zobacz także:

Sporo. Ale lubię rozpoczynać nowe projekty, w każdym z nich widzę szansę na propagowanie nauki. Dziś sam nie dałbym sobie z tym rady, zatrudniam osoby, które mnie wspomagają. Można powiedzieć, że to już cała machina działająca pod szyldem „Adam Mirek”.

Ale siedzi przede mną skromny chłopak, trochę zawstydzony tym całym zainteresowaniem. Sukces Cię zaskoczył?

Zaskoczył. Najpierw tym, że mam tak duży odbiór w mediach społecznościowych, że moje konta zaczęły mi rosnąć z dnia na dzień i szybko zdobyły duży zasięg. Widocznie moje krótkie filmy wideo popularyzujące naukę trafiły w potrzebę. Każde kolejne 100 tysięcy obserwujących to był szok. Aż dobiłem do miliona, teraz śledzi mnie ponad milion trzysta tysięcy osób na TikToku. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, ilu to ludzi. Osobno rozwijają się konta na Instagramie i innych platformach. Kolejne zaskoczenie to była propozycja wydania mojej książki, a przyszła bardzo wcześnie. Wydawnictwo Znak zwróciło się z konkretnym pomysłem napisania o ciele człowieka dla najmłodszych. Na początku myślałem, że to żart. Miałem 27 lat, w internecie działałem krótko – jakieś cztery miesiące. Jednak spotkałem się z redaktorką inicjującą, porozmawialiśmy. Pomysł mi się spodobał, ale robiłem wtedy doktorat. Powiedziałem, że chętnie podejmę wyzwanie, jednak dopiero za dwa lata. Poczekali, książka ukazała się w 2023 roku.

I odniosła ogromny sukces.

Dla mnie sukcesem był już fakt, że w ogóle powstała. A potem „Bebechy, czyli ciało człowieka pod lupą” zebrała wszystkie możliwe nagrody, w tym momencie sprzedała się w ponad 150 tysiącach egzemplarzy.

I na jej podstawie właśnie powstaje serial robiony przez producentów takich hitowych filmów jak „Chłopi”, „Twój Vincent” i oscarowy „Piotruś i wilk”.

To kolejne zaskoczenie, że tak znamienita firma producencka jak Breakthru Films zgłosiła się do wydawcy z propozycją nakręcenia filmu animowanego na podstawie książki dla dzieci, bo zwykle jest odwrotnie – to wydawnictwo szuka chętnego na ekranizację. Producenci jednak doszli do wniosku, że najwyższy czas zapełnić przestrzeń po serialu „Było sobie życie”. Fascynowałem się nim w dzieciństwie, ale przez tych 40 lat od premiery w nauce wiele się zmieniło i wiedzę trzeba zaktualizować. Poza tym odbiorca dziecięcy ma dziś inne oczekiwania, więc jest miejsce na serial o ciele człowieka, wyjaśniający, jak ono działa, i pokazujący procesy, które w książce siłą rzeczy nie wybrzmią.

Kiedy premiera?

To bardzo skomplikowana praca, więc pewnie za jakieś cztery lata. Planujemy międzynarodową produkcję. Na ten moment pracujemy nad konceptami poszczególnych odcinków i staramy się o źródła finansowania. Jestem zaangażowany w pisanie scenariusza. Nie jest to częste, bo jak mi mówiono, zazwyczaj autor za bardzo chce się wtrącać w realizację filmu. My doszliśmy do wniosku, że moje spojrzenie pod kątem naukowym przyda się w serialu, żeby utrzymać ducha książki. No i staram się nie wchodzić nikomu w paradę.

Kiedy w Twojej głowie zrobiło się „klik”: chcę być naukowcem?

Późno, dopiero na doktoracie. Ale „klik” polegający na tym, że interesuje mnie świat i zadaję pytania – już w dzieciństwie. Czytałem mnóstwo książek, miałem zestawy do robienia eksperymentów, dobrze się uczyłem, co doprowadziło mnie do studiów na Politechnice Warszawskiej i stypendium rektora, choć wtedy mówiłem, że nie chcę być naukowcem, wykładowcą ani pracować w laboratorium. Widziałem się raczej w firmie produkującej leki czy kosmetyki, w dziale rozwoju i researchu, może w produkcji, dlatego szkoliłem się z inżynierii procesowej. Po skończeniu studiów magisterskich szukałem tam pracy, składałem wiele CV, chodziłem na rozmowy rekrutacyjne, ale procesy się przedłużały, więc zostałem asystentem w Instytucie Biocybernetyki i Inżynierii Biomedycznej Polskiej Akademii Nauk. Po trzech miesiącach stażu zauważyłem, że praca w laboratorium bardzo mi odpowiada. Lubiłem odkrywać, wymyślać, czytać, eksperymentować. Gdy kończą się kolokwia, egzaminy, użeranie z wykładowcami, to nauka bardzo zyskuje. Zdecydowałem się na zatrudnienie tam jako pracownik laboratoryjny, potem na doktorat. Uznałem, że kariera naukowa to jest to.

Mirek
Aga Wojtuń

Pochodzisz z domu z tradycjami naukowymi?

Nie. Moja babcia była pielęgniarką, mama jest nauczycielką w szkole podstawowej, tata był policjantem. Ale oni wszyscy dbali, żebym mógł się rozwijać, uczyć. Miałem ten przywilej, że w dzieciństwie mogłem się skupić tylko na nauce i zabawie. Czytałem książki, odrabiałem lekcje, biegałem ze znajomymi na podwórku, chodziłem na dodatkowe zajęcia, na które chciałem chodzić, a nie na te, na które oni mi kazali. Pochodzę z miasteczka, w którym mieszka dziewięć tysięcy ludzi, tam skończyłem podstawówkę i gimnazjum. Zawsze bardzo dobrze się uczyłem, co często było źle postrzegane przez rówieśników. Dla nich byłem kujonem, a tak w ogóle to dobre oceny na pewno załatwiła mi mama, która pracowała w tej samej szkole, bo gdzie miała pracować, skoro tam szkoła jest jedna? Chciałem iść dalej, wyrwać się z tego środowiska. Wspólnie z rodzicami podjęliśmy decyzję, żebym znalazł liceum w innym mieście. Wybrałem Warszawę, gdzie mieszkała siostra mamy i LXIV Liceum im. Stanisława Ignacego Witkiewicza.

I mając kilkanaście lat, znalazłeś się tu sam?

Nie, razem ze mną przeprowadziła się babcia. Wynajem mieszkania opłacali moi rodzice. Dzięki temu nie musiałem pracować, skupiałem się tylko na nauce. Cała rodzina się dla mnie poświęciła. Bardzo dobrze wspominam ten czas. Wciąż uczyłem się dobrze, ale trochę zacząłem odpuszczać. Z przedmiotów, które mnie mniej interesowały, pozwalałem sobie na słabsze oceny, co w moim przypadku oznaczało czwórki. Ale co najważniejsze, do dziś mam najlepszych przyjaciół z liceum, od 17 lat trzymamy się razem. Spotykamy się, towarzyszymy sobie w naszych życiach.

Mówisz, że każdy może się w nauce zakochać, ale większości z nas kojarzy się ona z potwornym mozołem.

I z kuciem. Każdy z nas pierwsze poważniejsze spotkanie z nauką ma w szkole. Wcześniej o niej słyszy tylko jakieś ciekawostki, coś go interesuje, chce o tym czytać, słuchać, oglądać – to jest chęć odkrywania świata przez dziecko. Ale potem idzie do szkoły, w której ta ciekawość jest upakowana w pewne ramy. Trafiamy na nauczyciela, który niestety najczęściej jest egzekutorem wiedzy. Nie promuje naszej ciekawości, tego, że czegoś nie wiemy, ale chcemy się dowiedzieć. Nie, w szkole trzeba się nauczyć na pamięć. Nauczyciel wyłoży wszystkie pierwiastki chemiczne, równania skróconego mnożenia, zasady dynamiki. To trzeba zapisać na kartce i tego od nas się najczęściej wymaga.

A po sprawdzianie, egzaminie zapomina.

Właśnie. Ja to widzę inaczej: nauczyciel powinien być towarzyszem w odkrywaniu. Kimś, kto podsyci dziecięce pytania, zamiast układu okresowego pierwiastków pokaże na początek może tylko jeden, ale za to ciekawie o nim opowie. Na przykład że w termometrze mamy rtęć, która co prawda jest metalem, ale jest płynna. Więc o co tu chodzi? Jak to jest możliwe, że ten metal jest cieczą? Możliwe, bo to jest inny pierwiastek niż choćby żelazo. A co to jest pierwiastek? Wtedy opowiadamy, co to, i włączamy w tę opowieść inne pierwiastki. Mówimy, że oprócz metali są jeszcze niemetale, np. tlen, którego nie widzimy, a też jest pierwiastkiem, tyle że gazem. A takich pierwiastków jest 118, są jak klocki i budują naszą rzeczywistość itd. Nauka opowiedziana jako pewna historia od pytania do pytania jest bardziej wciągająca, ciekawsza i łatwiejsza do zrozumienia. Bo zrozumienie jest kluczem. Dużo ważniejsze jest to, by umieć znaleźć wiedzę, zweryfikować źródła, wybrać to, co jest na dany moment dla nas ważne i potrzebne. To jest moje podejście w popularyzacyjnej działalności: promować nie tyle wiedzę, ile ciekawość świata. I zadawanie pytań, przyznanie się do tego, że czegoś nie wiemy, po to, żeby się czegoś dowiedzieć, to jest podstawa. A nie, że gdy pytamy nauczyciela: „Po co mi ta wiedza?”, słyszymy: „Bo to będzie na maturze”. No nie, tak do nauki nie zachęcimy.

Czyli praca u podstaw. Dlatego skupiłeś się na dzieciach i młodzieży?

To wyszło naturalnie, głównie za sprawą mediów społecznościowych, ale osoby, które zaczynały mnie oglądać w wieku nastu lat dziś są już dorosłe. Z kolei dzieci to pokłosie książek. A z tego wszystkiego wyrosła Fundacja Poznawcza, która skupia się na promowaniu nauki, postawy odkrywcy, eksperymentatora, owszem, głównie wśród dzieci i młodzieży, ale moje treści trafiają do wielu różnych odbiorców. Powiem ci historię z targów książki. Do mojego stolika podeszła mama z córką. Córka zna mnie jako autora z książek. Mama z kolei ogląda mnie w internecie, a na dodatek poprosiły o moje zdjęcie dla babci, która mnie zna z telewizji. Mogę więc powiedzieć, że działam międzypokoleniowo.

Jak opowiadać o nauce, by ludzie chcieli słuchać?

Mógłbym mówić o charyzmie, sposobie bycia, elokwencji, ale wydaje mi się, że to by nie wystarczyło w przekazie naukowym. Ważne są jeszcze pewne techniki, np. uproszczenia, które nie są prostackie i pozwalają ciekawie mówić o rzeczach z pozoru nudnych. One mogą być niezadowalające dla środowiska naukowego, ale media społecznościowe to nie jest uniwersytet. Można sobie na nie pozwolić, jeśli mają na celu zainteresowanie kogoś nauką.

Co to znaczy?

Że pomijam fakty, które są za trudne, ale wciąż mówię w zgodzie z merytoryką. Druga rzecz to analogie, czyli porównywanie np. rzeczy z ciała człowieka do rzeczy, które znamy z życia codziennego. Szeroko z tego korzystam. Na przykład porównuję czerwone krwinki do cysterny z paliwem. Krwinki rozwożą po naszym ciele tlen i zabierają z niego dwutlenek węgla. To duże uproszczenie, ale ten obraz dobrze działa w głowie osoby, która nic na ten temat nie wie. I kolejna rzecz – wyobrażam sobie dwa zbiory: jeden to jest nauka, a drugi to codzienność. I one gdzieś w małym punkcie się przecinają. Sztuką jest go znaleźć, żeby chwycić kogoś i wciągnąć z codzienności do nauki. Na przykład robiłem materiał o różnych rodzajach węglowodanów – brzmi szkolnie i nieinteresująco. Ale gdy powiem, że węglowodany to cukry – już jest ciekawiej. Mamy ich mnóstwo, są bardziej lub mniej złożone. Kiedy mówimy „cukier”, myślimy o tym w cukierniczce. To też, ale jednym z cukrów jest laktoza, która występuje w mleku. I tu ciekawostka: mleko bez laktozy jest słodsze niż to z laktozą. Dlaczego? Właśnie to pytanie pomogło mi zachęcić ludzi do dyskusji o glukozie, galaktozie, sacharozie, maltozie, skrobi i innych. To z pozoru wydaje się nudne. Kiedy zaczynamy od pytania, które jest ciekawe i odnosi się do codzienności, nagle wszystko nabiera sensu i pozwala zrozumieć zagadnienie.

A o czym Ci się najtrudniej mówi?

O rzeczach, których sam do końca nie rozumiem i które wydają mi się abstrakcyjne, jak chemia fizyczna, reaktory i reakcje jądrowe, energia z atomu – to zagadnienia fascynujące, ale nie do końca je czuję. One są ważne, ale potrzebuję więcej czasu by je zgłębić i o nich opowiadać.

Jak do Ciebie podchodzi środowisko naukowe, z którego się wywodzisz? Gratulują sukcesu czy traktują jak zdrajcę?

Ta część środowiska, która widzi wartość w popularyzacji nauki, ocenia mnie pozytywnie. Jednak nie mam zbyt wielu kontaktów z naukowcami, którzy pracują, w cudzysłowie, w poważnej nauce. To jest specyficzne środowisko, gdzie nauka jako taka jest najważniejsza. Dla mnie też, ale teraz inaczej na nią patrzę. Wyjście z wiedzą z laboratorium wydaje mi się ważne. Środowisko naukowe jest hermetyczne, skupione na badaniach i odkrywaniu nowych rzeczy i świetnie, bez tego nie ma rozwoju, ale może dlatego, gdy zaczynałem działać w internecie, niechętnie o tym opowiadałem. Trochę się wstydziłem samego faktu, że wychodzę z czymś takim na szerokie wody. Obawiałem się, jak to zostanie odebrane. Taki paradoks: pragnąłem, by moje treści miały duży zasięg, a z drugiej strony nie chciałem, by znajomi, rodzina czy współpracownicy je zobaczyli. Po pierwszej książce, wywiadach już przestałem się wstydzić, że z nauki robię show, wiem, że dobrze wybrałem. Ale ze środowiska naukowo-laboratoryjnego, akademickiego nie dostałem nigdy żadnej informacji zwrotnej.

Ignorują Cię?

Tak. Z jednej strony mi przykro, że nie dostrzegają, jak dużo pracy w to wkładam, z drugiej cieszę się, bo myślę że brak odzewu jest lepszy niż odzew negatywny. Odnalazłem się w tym, co robię, już nie potrzebuję poklasku ze środowiska naukowego. Ważniejsze jest dla mnie zdanie odbiorców, do których docierają moje treści w różnej formie, i informacja o tym, że dzięki mnie ktoś poszedł na studia z biologii, że ktoś mnie ogląda, że dzieci zaczęły czytać książki albo że moją książkę przeczytały kilka razy, że zasypiają, słuchając mojego audiobooka, nagrywają moje występy w telewizji. To jest coś, co odpowiada na moje potrzeby: być naukowcem i współodkrywcą świata oraz móc występować, bo zawsze to lubiłem, nawet kiedyś chciałem być aktorem. To mi wystarcza.

Obserwuję, z jaką pasją opowiadasz o nauce. Jak reagujesz, słysząc: „A mnie nauka nie interesuje”?

Przyjmuję to. Gdy jest na to przestrzeń, mówię tej osobie, że nauka jej dotyczy, jest z nią na co dzień. Pewnie czytała artykuły o tym, że Sławosz Uznański-Wiśniewski poleciał w kosmos i to już jest zainteresowanie nauką. W zeszłym roku miałem tournée po Polsce w ramach trasy promocyjnej książki „Coś tu śmierdzi”. Wśród 100–200 dzieciaków, które przychodziły na salę gimnastyczną, tylko część była na tyle mną zainteresowana, żeby usiąść w pierwszym rzędzie. Reszta siedziała z tyłu i raczej cieszyła się wolną godziną lekcyjną, sceptycznie patrząc na jakiegoś kolesia w kolorowej bluzie i fartuchu, który coś tam sobie gada. Ale ja oprócz gadania robię pokazy, eksperymenty, które są naprawdę ekscytujące. Gwóźdź programu – na oczach dzieciaków za pomocą suchego lodu i wrzątku wyczarowuję mgłę sceniczną. Wszyscy wtedy cichną i zaczynają na mnie zwracać uwagę. Słyszę: „Mnie chemia nie interesuje, sama nuda... Ale poczekaj, co on tu zrobił? Jak to zrobił? Skąd to się wzięło?”. Pojawia się zainteresowanie. Wszystko staje się ciekawe, jeśli zostanie przedstawiane w odpowiedni sposób. A to już krok do odkrywania świata.