Uda nam się porozmawiać nie o polityce? 

WIDEO…

player placeholder

MARTA CIENKOWSKA: Tak, spróbujmy, chociaż nie będzie łatwo. Mam przyjaciółkę, która tak jak ja jest politologiem, i często się spotykamy, żeby sobie poplotkować – o znajomych, miłości – a zawsze nasza rozmowa kończy się na polityce.  

Kiedy po raz pierwszy pomyślała Pani, że polityka jest dla Pani? 

Zobacz także:

Tak naprawdę wszystko zaczęło się od zwykłej ciekawości świata. Pochodzę z Ciechanowa i od zawsze miałam poczucie, że chcę zobaczyć więcej niż to, co jest wokół mnie. Dlatego już po gimnazjum wyjechałam do liceum w Warszawie. Tam trafiłam na fantastyczną nauczycielkę historii i wiedzy o społeczeństwie. Pamiętam, jak opowiadała o wyborach prezydenckich – jak o czymś, co naprawdę zmienia rzeczywistość. Miałam wtedy 15 lat i kompletnie mnie to wciągnęło. I choć miałam prosty plan – prawo, tak bardzo chciałam studiować nauki polityczne i zostać dziennikarką polityczną, że powiedziałam rodzicom, że nie dostałam się na prawo. Dziś mogę się do tego przyznać. Na Uniwersytecie Warszawskim oglądałam politykę z bardzo bliska. Spotykaliśmy polityków, uczyliśmy się marketingu politycznego, analizowaliśmy kampanie i mechanizmy rządzące życiem publicznym. To był bardzo ciekawy czas. I paradoksalnie właśnie wtedy doszłam do wniosku, że polityka jest tak brutalna i pełna cynizmu, że nie chcę mieć z nią nic wspólnego. Zajęłam się funduszami europejskimi, kulturą, organizacją wydarzeń i teatrem. Byłam przekonana, że ten rozdział mam już za sobą.  

A jednak… 

A jednak polityka wróciła do mnie zupełnie niespodziewanie. To był czas pandemii. Współpracowałam z fundacją Teatr Trans-Atlantyk, prowadziłam też własną firmę eventową. Jak cała branża kultury próbowaliśmy po prostu przetrwać. Pamiętam rozmowę z moim przyjacielem, reżyserem Paulem Bargetto. W pewnym momencie powiedział, że ma dość. Że po latach życia w Polsce myśli o wyjeździe, bo artyści są niedoceniani, a kultura zawsze przegrywa z innymi priorytetami. Ta rozmowa we mnie została. Pomyślałam, że zamiast kolejny raz narzekać, trzeba po prostu zacząć działać. Mniej więcej w tym samym czasie Szymon Hołownia zaczął budować wokół siebie społeczność ludzi, którzy chcieli robić coś dobrego. Dołączyłam jako wolontariuszka. Zaczęło się od prostych rzeczy – sortowania ubrań dla osób w kryzysie bezdomności, sprzątania cmentarzy, pomocy przy lokalnych akcjach. Dopiero później pojawiło się Stowarzyszenie Polska 2050 i coraz większe zaangażowanie. Nigdy nie planowałam kariery politycznej. Weszłam do polityki dlatego, że chciałam coś zmienić. I chyba do dziś właśnie to jest moja największa motywacja. 

Wróćmy na chwilę do 15-letniej Marty, która sama przyjechała do Warszawy. Dlaczego zdecydowała się Pani na taki odważny krok? 

Byłam bardzo energicznym dzieckiem. Zawsze musiałam coś robić, wszystkiego byłam ciekawa. Dobrze się uczyłam, byłam prymuską, ale jednocześnie miałam w sobie sporo odwagi, a może nawet odrobinę bezczelności. Pamiętam sytuację z gimnazjum: powiedziałam nauczycielowi historii, że klasówki, które przygotowuje, nie sprawdzają naszej wiedzy. Odpowiedział: „Skoro wiesz lepiej, to sama przygotuj sprawdzian”. Napisałam pytania, sprawdziłam prace i przyniosłam mu gotowe oceny do wpisania do dziennika. Taka właśnie byłam. Wyjazd do Warszawy też był wyłącznie moją decyzją. Rodzice nie byli zachwyceni. Miałam jednak poczucie, że jeśli chcę się rozwijać, muszę wyjść poza to, co już znam. Wybrałam liceum z internatem – szkołę sióstr zmartwychwstanek na warszawskim Żoliborzu. To była prawdziwa szkoła życia. Z jednej strony dużo samodzielności i odpowiedzialności, z drugiej świetni nauczyciele i fantastyczne dziewczyny, z którymi mam kontakt do dziś. Z perspektywy czasu wiem, że to była jedna z najlepszych decyzji, jakie wtedy mogłam podjąć. 

Które cechy charakteru najbardziej zdeterminowały Pani karierę? 

Na pewno upór. Naprawdę trudno mnie zniechęcić. Kiedy słyszę, że czegoś się nie da zrobić, to przynosi to odwrotny efekt. Lubię rozwiązywać problemy i dobrze odnajduję się w zarządzaniu skomplikowanymi procesami, szczególnie wtedy, kiedy trzeba pogodzić wiele różnych interesów. Ogromną motywację daje mi też drugi człowiek. Nigdy nie napędzały mnie stanowiska czy funkcje. Jestem też bardzo empatyczna. To pomaga w pracy, bo łatwiej zrozumieć ludzi i ich potrzeby, ale jest też obciążeniem. Nie umiem zostawiać emocji za drzwiami gabinetu. Krzywda ludzi czy zwierząt naprawdę mnie porusza i nie potrafię przejść obok niej obojętnie. 

No właśnie – świat polityki wydaje się okrutny i bezwzględny. Jak w takim razie w nim funkcjonować, gdy jest się empatycznym? 

Nie myślę o tym w ten sposób. Ale tak, moja praca byłaby super, gdyby nie polityka. Pracowałam wiele lat w biznesie, prowadziłam swoją firmę, pracowałam z organizacjami pozarządowymi, dla sektora publicznego, ale zawsze na styku z kulturą – stąd wiem, ile jeszcze rzeczy jest do zrobienia. Sektor kultury przez lata był zaniedbany, a polityka nie ułatwia pracy. 

Jakie mechanizmy obronne wypracowała Pani, by robić swoje mimo polityki? 

Mam wokół siebie dobrych ludzi, którzy mnie wspierają, pomagają w pracy, potrafią podnieść na duchu. Na pewno pomaga mi też to, że umiem działać w stresie, stres mnie nie paraliżuje. Potrafię podjąć zawsze trzeźwą decyzję. W trudnej sytuacji mobilizuję się i nigdy nie odczuwam stresu w głowie, choć po fakcie czuję go w ciele – jak wracam po całym dniu do domu, to np. drżą mi mięśnie, czuję się rozbita i wtedy najlepsza jest fizjoterapia albo sport – siłownia czy boks. Najbardziej jednak uspokaja mnie cisza. Potrzebuję jej, bo jestem totalnie przebodźcowana.  

Kiedy może Pani zdjąć mundurek polityczki i być sobą? 

Moi znajomi śmieją się, że chyba wciąż nie do końca do mnie dotarło, że jestem ministrem konstytucyjnym. I myślę, że podobne zdanie ma czasem zespół komunikacji w ministerstwie (śmiech). Ale wiem, o co pani pyta. Rzeczywiście, dopiero ostatnio zaczęłam zauważać, że jestem osobą publiczną, bo ludzie zaczęli rozpoznawać mnie na ulicy. To bardzo dziwne uczucie i dlatego kupiłam sobie czapkę z daszkiem (śmiech). A tak zupełnie serio – funkcja ministra to moja praca. Bardzo odpowiedzialna i ważna, ale jednak praca. A wszystkie rytuały związane z moją funkcją to nie jest do końca moja bajka. 

A co lubi Pani robić w wolnej chwili? 

Nie mam wolnej chwili. 

To jest koszt Pani stanowiska? 

Tak... Największy. Mam za mało czasu dla przyjaciół, dla rodziny.  

Co ostatnio robiła Pani dla przyjemności? 

Całymi nocami oglądam mistrzostwa świata w piłce nożnej (rozmawiamy w lipcu – przyp. red.). 

Skąd to zainteresowanie piłką? 

To chyba trochę przekora. Mój tata uwielbiał oglądać łyżwiarstwo figurowe, a ja w kontrze zakochałam się w piłce nożnej. I to nie tylko w wielkich turniejach – oglądałam nawet mecze Ekstraklasy. Byłam też wielką fanką Gerarda Piqué. Choć przyznam, że stracił w moich oczach po historii z Shakirą (śmiech). 

Czy to prawda, że jako mała dziewczynka chciała być Pani piosenkarką? 

Tak! Pamiętam, że na początku podstawówki mieliśmy w szkolę zabawę, by zapisywać sobie nawzajem odpowiedzi na pytania dotyczące życia. Na pytanie, kim chcesz być w przyszłości, moja brzmiała: „Piosenkarką, malarką albo sklepową”. 

Sklepową? 

No tak, bo sklepowa miała wszystko w swoim sklepie (śmiech). A tak serio, to rzeczywiście lubiłam śpiewać, brałam udział w różnych konkursach wokalnych. Ciągnęło mnie też do aktorstwa. Prowadziłam nawet koło naukowe: Teatr i Polityka.  

Najpiękniejsza rzecz w polityce? 

Sprawczość, poczucie, że można zmienić czyjeś życie na lepsze. To jest piękne. Kiedy słyszę „dziękuję”, wiem, że dobrze wykonuję swoją pracę.  

Rozmawiamy w Pani gabinecie – robi niesamowite wrażenie. Czuje Pani dumę, że zajmuje tak ważne dla nas wszystkich stanowisko? 

Doskonale pamiętam swój pierwszy dzień w ministerstwie. Wie pani, o czym wtedy myślałam? Jakie mam rzeczy do zrobienia, co mnie tu czeka i jakie sprawy zamiecione pod dywan będą mnie przez najbliższy czas zajmować. Nigdy nie patrzyłam na swoją funkcję przez pryzmat prestiżu. Dla mnie to przede wszystkim odpowiedzialność i zobowiązanie wobec ludzi. To oni są najważniejsi. Na pewno mój świętej pamięci tata byłby ze mnie dumny. Moja mama na pewno jest. 

Co jest dla Pani motywacją do codziennej pracy, skoro ma ona niejako datę ważności? To, jak długo będzie Pani ministrą kultury, nie zależy jedynie od jakości Pani pracy, może być też kwestią polityczną. 

Gdybym tak o tym myślała, raczej nie podjęłabym żadnej ważnej decyzji. Wykorzystuję każdą minutę dnia, by jak najlepiej pracować. Ministerstwo Kultury to ogromna odpowiedzialność. Nadzorujemy setki instytucji i jednostek, współpracujemy z tysiącami ludzi. Tu zawsze jest coś do zrobienia. I właśnie na tym się koncentruję, a nie na tym, co będzie za miesiąc czy dwa. 

Jak się nie wypalić w takiej pracy? 

Ona się nigdy nie nudzi! Jednego dnia rozmawiam o grach komputerowych i sztucznej inteligencji w kulturze, drugiego o ochronie zabytków, trzeciego o szkolnictwie artystycznym, a kolejnego o ekshumacjach na Wołyniu czy odzyskiwaniu zrabowanych dzieł sztuki. Do tego dochodzą design, moda, film, muzyka, teatr, biblioteki… Nie wypalam się, bo widzę sens tego, co robię. A kiedy od czasu do czasu ktoś powie po prostu „dziękuję”, to przypominam sobie, po co tu jestem. 

A czy dzięki pracy spełniła Pani jakieś swoje marzenie? 

Poznałam Krystynę Prońko! Jak ją zobaczyłam, to prawie ugięły się pode mną nogi. Całe życie śpiewam jej piosenki. To było dla mnie jedno z takich małych, prywatnych marzeń. 

Ostatnio, kiedy widziałyśmy się przy okazji śniadania prasowego dotyczącego ustawy o zabezpieczeniu artystów, mówiła Pani o hejcie, którego doświadcza Pani każdego dnia, głównie oczywiście w internecie. Jak sobie Pani z nim radzi? 

To chyba jedna z najtrudniejszych stron tej pracy. Są momenty, kiedy emocje wokół jakiegoś projektu są naprawdę ogromne. Wtedy hejt w internecie potrafi być bardzo brutalny. Nauczyłam się, że czasami po prostu nie warto czytać komentarzy. To nie jest oznaka słabości. To sposób, żeby zachować równowagę i móc następnego dnia normalnie pracować. Jestem człowiekiem i nie udaję, że wszystko po mnie spływa. Nie spływa. 

Więcej jest w Pani pracy tych trudnych czy tych miłych chwil? 

Tych trudnych.  

Na ile polityczka może mieć życie prywatne? 

To chyba jedna z największych cen tej pracy. Prywatności jest zdecydowanie mniej, niż ludziom się wydaje. Dlatego mam ogromne szczęście, że otaczają mnie bardzo wyrozumiali ludzie – rodzina, przyjaciele i mój partner. Bez ich wsparcia byłoby mi znacznie trudniej. 

Pani bardzo chroni swoją prywatność. Dlaczego? Wielu polityków otwiera szeroko drzwi do swojego życia. 

Mam pełną świadomość, że jestem polityczką tylko na chwilę, że to nie będzie całe moje życie. Nigdy nie chciałam budować swojej rozpoznawalności kosztem bliskich. Oni nie wybierali życia publicznego. To ja wybrałam tę drogę i to ja powinnam ponosić jej konsekwencje, a nie oni. 

Najbardziej wyrazista cecha Pani charakteru? 

Upór. Jeśli naprawdę na czymś mi zależy, to bardzo trudno mnie zatrzymać. Nie odpuszczam tylko dlatego, że coś jest trudne. Mam też swoje małe obsesje. Lubię porządek, lubię, kiedy wszystko jest dopracowane i estetyczne. Ubrania muszą być wyprasowane, przestrzeń uporządkowana. Dobrze funkcjonuję wtedy, kiedy wokół mnie panuje ład. 

À propos ubrań – jest Pani jedną z bardziej stylowych polityczek. Lubi Pani modę? 

Bardzo. Zawsze lubiłam modę i pewnie zawsze będę. Myślę, że to po tacie. Był człowiekiem, który zawsze wyglądał nienagannie. Nieważne, czy szedł do lekarza, czy do kościoła – zawsze był elegancki, zadbany i pięknie pachniał. Powtarzał mi, że tym, jak wyglądamy, okazujemy ludziom szacunek. To zostało ze mną do dziś. 

Czy polityczce nie wypada czegoś nosić? 

Po pracy najchętniej włożyłabym dres, bluzę z kapturem i sneakersy. I dokładnie tak wyglądam, kiedy mam wolną chwilę. Ale urząd zobowiązuje. Kiedy reprezentuję państwo, chcę wyglądać profesjonalnie. Robię to z szacunku do instytucji, a nie dlatego, że ktoś mi to narzuca. Jednocześnie nie uważam, że polityczka musi przez cały czas chodzić w granatowym garniturze i białej koszuli. Lubię kolor, dobre tkaniny i modę. Chętnie wybieram też polskie marki, bo moda jest częścią naszej kultury i  dziedzictwa. I warto o tym mówić częściej.