Kinowa premiera „Wichrowych Wzgórz”, która odbyła się w lutym, odbiła się bardzo szerokim echem. Fragmenty filmu z Margot Robbie i Jacobem Elordim były dosłownie wszędzie. Nic dziwnego. Emerald Fennell doskonale wiedziała, że bierze na warsztat jeden z największych romansów w historii literatury i oprawia go w ramy naszych czasów – obsadzając w nim dwa wielkie nazwiska oraz wykorzystując możliwości współczesnej kinematografii. W rezultacie film stał się jedną z głośniejszych premier 2026 roku, jednak jak to zwykle bywa w przypadku tak odważnych produkcji – wywołał równie wiele zachwytów, co kontrowersji.
WIDEO…
Fennell nie była pierwszą osobą, która podjęła się przeniesienia tego romansu na wielki ekran. Jej poprzednikami byli między innymi Peter Kosminsky, Andrea Arnold i Coky Giedroyc. Wszystko za sprawą genialnej angielskiej powieści wydanej prawie 180 lat temu.
Dlaczego książka „Wichrowe Wzgórza” jest lepsza niż film?
Z „Wichrowymi Wzgórzami” po raz pierwszy zetknęłam się w liceum, przekonana, że to kolejna lektura, którą trzeba po prostu odhaczyć. Efekt? Zamiast w lutym pójść na kinową premierę, ponownie pochłonęłam książkę w niespełna dwa wieczory. Poczułam, że nie mogę zdradzić literackiego pierwowzoru. To po prostu jedna z tych historii, które mimo wielu filmowych interpretacji najlepiej się czyta.
Romans Heathcliffa i Catherine Earnshaw przeszywa na wskroś – jest piękny, smutny, a jednocześnie momentami naprawdę przerażający. Zabiera w podróż po wrzosowiskach, z każdą kolejną stroną odsłaniając nowe oblicza bohaterów. Nie potrzebuje filmowego tempa. Dialogi, opisy oraz fabuła doskonale ze sobą współgrają, tworząc wspólny rytm. To sprawia, że tak trudno oderwać się od tej historii i właśnie dlatego „Wichrowe Wzgórza” zyskały miano klasyka.
To, co najbardziej urzeka w tej opowieści, to fakt, że nic nie jest w niej idealne. To nie jest jeden z tych oczywistych tytułów, w których istnieją dobro, zło i nic pomiędzy. Powstał tu skomplikowany obraz bohaterów, którym najpierw się współczuje, a chwilę później zaczyna się ich nienawidzić. Chociaż miłość pozornie wysuwa się na pierwszy plan, tak naprawdę równie ważny jest motyw trudnej do okiełznania i nieznającej granic zemsty. Słowo po słowie, kartka po kartce – obnażane są mrok i smutek „Wichrowych Wzgórz”.
Historia z wrzosowisk ukryta za męskim nazwiskiem
Za literackim oryginałem stoi Emily Brontë, która razem ze swoimi siostrami, Charlotte i Anne Brontë, ukształtowała literaturę XIX-wiecznej Anglii. Kobiety wychowywały się w niewielkiej osadzie w hrabstwie Yorkshire, otoczonej wrzosowiskami i wzgórzami. To tam, pod męskimi pseudonimami, tworzyły własne powieści, osadzając ich fabuły w świecie, który miały za oknem. I w taki oto sposób w 1847 roku pojawiły się trzy wielkie romanse: „Wichrowe Wzgórza”, „Jane Eyre” oraz „Agnes Grey”.
Była to pierwsza i niestety jedyna powieść Emily. Pisarka zmarła w wieku zaledwie 30 lat na zapalenie płuc, jednak mimo to nazwisko Brontë na zawsze zapisało się w historii literatury. Niegdyś zatajane, dziś jest obietnicą porywającej historii miłosnej, która poza pięknem skrywa w sobie gorycz i mrok charakterystyczne dla czasów, w których powstawała.
„Wichrowe Wzgórza” – romans na miarę naszych czasów
Czy Emily Brontë wiedziała, że stworzy romans na miarę naszych czasów? Nawet jeśli nie myślała o własnej powieści w tak odległej perspektywie, to właśnie tego dokonała – napisała historię miłosną, do której po niemal dwóch stuleciach wciąż wraca się z nadzieją na inne zakończenie.
„Wichrowe Wzgórza” przenoszą na angielskie wrzosowiska i niosą ze sobą swego rodzaju nostalgię. Ten nastrój oraz sam romans, naznaczony wieloma rysami, sprawiają, że jest to naprawdę doskonała lektura na jesienny wieczór – nie tylko dla miłośników klasyki, ale również dla tych, którzy uwielbiają nieoczywiste historie.