Od dzieciństwa uczymy się romantycznych historii, w których wszystko prowadzi do jednego momentu: ślubu. Księżniczka spotyka księcia, rycerz przyjeżdża na białym koniu, a dwoje ludzi po serii mniej lub bardziej spektakularnych przeszkód odkrywa, że byli sobie przeznaczeni. Dorastamy, oczywiście, i szybko okazuje się, że rzeczywistość rzadko przypomina bajkę. Nie każdy marzy o białej sukni, nie każdy czeka na wielkie „i żyli długo i szczęśliwie”, a miłość nie zawsze przychodzi wtedy, kiedy jej szukamy.
WIDEO…
Co jednak, jeśli spróbujemy ją udawać? Czy można przez kilka dni przekonująco odgrywać zakochaną parę i nie poczuć niczego prawdziwego? Film „Narzeczony mimo woli” („The Proposal”) z Sandrą Bullock („Grawitacja”, „Miss Agent”) i Ryanem Reynoldsem („Deadpool”, „Free Guy”) właśnie z takiego założenia robi jeden z najlepszych rom-comów jakie powstały w historii kina.
Rom-com na wieczór. O czym jest „Narzeczony mimo woli”?

Margaret Tate (Sandra Bullock) jest redaktorką dużego nowojorskiego wydawnictwa. Ambitna, bezkompromisowa i przyzwyczajona do tego, że ludzie wykonują jej polecenia, nie spodziewa się, że jej uporządkowane życie w jednej chwili stanie na głowie. Grozi jej deportacja do Kanady, a powrót oznaczałby utratę pracy i całej pozycji, na którą długo pracowała. Rozwiązanie znajduje niemal natychmiast. Margaret oznajmia, że jest zaręczona ze swoim (znienawidzonym) asystentem Andrew Paxtonem (w tej roli uroczy Ryan Reynolds). Problem polega na tym, że Andrew o całej historii dowiaduje się dokładnie w tym samym momencie co wszyscy pozostali.
Mężczyzna nie zamierza jednak bezwarunkowo zgodzić się na fikcyjne małżeństwo. Stawia własne warunki, a jednym z nich jest wyjazd na Alaskę, gdzie Margaret ma poznać jego rodzinę. Para ma przekonać bliskich i urzędnika imigracyjnego, że ich związek jest prawdziwy. Plan wydaje się prosty. Udajemy zakochanych, przetrwamy kilka dni, bierzemy ślub i każde wraca do swojego życia. Rom-comy mają jednak tę niewygodną właściwość, że ich bohaterowie bardzo rzadko pozostają przy pierwszej wersji planu.
Co jeśli udawanie zacznie przypominać prawdziwe uczucie?

„Narzeczony mimo woli” korzysta z jednego z najbardziej sprawdzonych motywów komedii romantycznych: fake dating, które z czasem przestaje być fikcją. Margaret i Andrew na początku nie są nawet szczególnie sympatyczną parą. Ona jest jego szefową, on przez lata znosił jej wymagania, a ich relacja zawodowa opiera się raczej na napięciu niż wzajemnej fascynacji.
Alaska zmienia jednak zasady gry. Margaret trafia do rodziny Andrew, poznaje jego rodziców Grace (Mary Steenburgen, znana m.in. z „Filadelfii”) i Joe (Craig T. Nelson, „Iniemamocni”), a także babcię Annie (Betty White, „Złotka”). Nagle fikcyjny związek zaczyna wymagać czegoś więcej niż wspólnego odgrywania scenariusza. Trzeba pamiętać, jakie ma się wspólne wspomnienia, przekonująco odpowiadać na pytania i przede wszystkim – zacząć zachowywać się jak ludzie, którzy naprawdę się znają.
Najciekawsze w tej historii jest właśnie zderzenie dwóch wersji miłości. Margaret chce kontrolować każdy element swojego życia, podczas gdy uczucie, które pojawia się między nią a Andrew, nie daje się wpisać w żaden harmonogram. Andrew z kolei początkowo wykorzystuje sytuację, by wynegocjować dla siebie coś, czego od dawna pragnął. Żadne z nich nie zakłada, że w tej umowie może pojawić się coś prawdziwego.
Sandra Bullock i Ryan Reynolds – duet, który robi różnicę

Trudno wyobrazić sobie „Narzeczonego mimo woli” bez chemii między Bullock i Reynoldsem. Ich bohaterowie zostali napisani tak, aby przez sporą część filmu działać sobie na nerwy, ale właśnie ta niechęć staje się paliwem dla kolejnych scen. Margaret jest perfekcjonistką, Andrew zna jej słabe punkty i coraz chętniej je wykorzystuje. Zderzenie ich charakterów napędza komedię, zanim historia zacznie przesuwać się w stronę romansu.
Film wyreżyserowała Anne Fletcher, a scenariusz napisał Peter Chiarelli. Produkcja okazała się dużym sukcesem komercyjnym – przy budżecie wynoszącym około 40 mln dolarów zarobiła na świecie ponad 317 mln dolarów. Dziś „Narzeczony mimo woli” ma na Filmwebie 7,1/10 przy ponad 211 tys. ocen, co pokazuje, że po latach nadal ma sporą publiczność. Na Rotten Tomatoes film otrzymuje natomiast 68% pozytywnych ocen widzów i 86% od krytyków.
To zresztą jeden z tych rom-comów, które najlepiej ogląda się nie po to, żeby odkryć coś nowego o miłości, ale żeby przypomnieć sobie, dlaczego pewne historie tak dobrze znamy i mimo wszystko wciąż chcemy do nich wracać. Fikcyjne zaręczyny, rodzinna Alaska, dwoje ludzi, którzy mieli tylko odegrać swoje role – wszystko zmierza do pytania, którego żadne z nich nie planowało sobie zadawać: co, jeśli udawanie okaże się początkiem czegoś prawdziwego?
Film z 2009 roku można dziś przypomnieć sobie na Disney+.



























