Reklama

Cera jak mochi, czyli jaka?

„Mochi skin” nie wygląda jak tafla szkła – to najważniejsza zmiana kierunku w K-beauty. Skóra ma wyglądać na dobrze nawodnioną, zadbaną, sprężystą i gładką, ale bez efektu śliskiej powierzchni. Nazwa tego trendu pochodzi od mochi, czyli japońskiego deseru ryżowego o miękkiej, lekko sprężystej strukturze.

Co tu wydaje mi się szczególnie interesujące? Chyba to, że „mochi skin” to rezultat zdecydowanie bardziej osiągalny niż „glass skin”. Nie wymaga budowania połysku za wszelką cenę – bardziej liczy się komfort, nawilżenie i regularność.

Rutyna bez dziesięciu kroków

Przy „mochi skin” najważniejsze są trzy rzeczy: delikatne oczyszczanie, warstwowe nawilżanie i krem, który domyka pielęgnację. Nie trzeba mieć pełnej półki kosmetyków. Lepiej wybrać kilka produktów, które dobrze ze sobą współpracują.

Rano wystarczy łagodne mycie albo przetarcie skóry tonikiem, jeśli cera tego potrzebuje. Potem lekki produkt nawilżający, krem i koniecznie SPF. Wieczorem można dodać dokładniejsze oczyszczanie, esencję albo serum i krem z ceramidami. To bardzo prosta rutyna, ale właśnie w tym tkwi cały sekret.

Jak osiągnąć „mochi skin”?

Podstawą jest łagodne oczyszczanie, które nie zostawia skóry napiętej zaraz po umyciu. Przy „mochi skin” dobrze sprawdzają się mleczne emulsje, delikatne żele albo olejki domywane lekką pianką. Skóra po oczyszczaniu ma być świeża, ale nadal komfortowa – bez uczucia ściągnięcia, bo wtedy trudniej uzyskać efekt miękkości i sprężystości. Perełką w mojej kosmetyczce jest COSRX Low pH Good Morning Gel Cleanser.

Właściwym krokiem po oczyszczaniu będzie Laneige Cream Skin Cerapeptide. To lotion tonizująco-nawilżający, który łączy lekkość toniku z komfortem kremu. Ma cerapeptydy, czyli połączenie ceramidów i peptydów, dlatego dobrze pasuje do trendu mochi skin: nawilża, pomaga wzmacniać barierę i daje skórze bardziej miękki wygląd.

W roli nawilżacza świetnie sprawdzi się też COSRX Advanced Snail 96 Mucin Power Essence. To esencja ze śluzem ślimaka, głęboko nawilżająca, poprawiająca teksturę skóry i dająca efekt gładkiej, bardziej promiennej cery. W rutynie „mochi skin” używa się jej po toniku, przed kremem.

Krem, który domyka pielęgnację

Bez kremu efekt „mochi skin” będzie krótkotrwały. Skóra może wyglądać dobrze od razu po esencji, ale jeśli nie domkniemy pielęgnacji, wilgoć szybciej ucieknie. Dlatego w tym trendzie tak ważne są ceramidy, pantenol, skwalan, gliceryna i peptydy.

Przy cerze suchej albo napiętej dobrze sprawdzi się Dr.Jart+ Ceramidin. To krem z pięcioma ceramidami, pantenolem i gliceryną. Ma wzmacniać barierę skóry, poprawiać nawilżenie i elastyczność. To dokładnie ten typ produktu, który nie musi dawać natychmiastowego „wow” w lustrze, ale po kilku dniach skóra odzyskuje komfort.

Jeśli cera łatwo reaguje przesuszeniem, ciekawą opcją będzie też Anua 3 Ceramide Panthenol Moisture Barrier Cream. Zawiera pantenol i trzy rodzaje ceramidów, a jego zadaniem jest nawilżenie, ukojenie i wsparcie bariery. W rutynie „mochi skin” widzę go szczególnie wieczorem albo rano pod SPF, jeśli skóra potrzebuje bardziej otulającego kremu.

Z czym się pożegnać?

Przy tym trendzie warto uważać z produktami, które dają bardzo szybki efekt wygładzenia, ale mogą przesuszać bądź podrażnić skórę. Mocne peelingi, częsta aplikacja serum z kwasami i sięganie po kosmetyki dołębnie oczyszczające mogą sprawić, że cera będzie wyglądała gładko przez chwilę, a potem stanie się bardziej napięta i matowa.

Nie chodzi o to, żeby całkowicie rezygnować ze składników aktywnych. Lepiej jednak zmniejszyć ich częstotliwość i pilnować nawilżenia. Jeśli używasz retinolu albo kwasów, mochi skin będzie wymagać dobrego kremu barierowego i łagodnych dni między aktywnymi wieczorami. Skóra ma być sprężysta, a nie wypolerowana do granic możliwości.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...