To właśnie Korea przekonała nas do codziennego stosowania SPF, nauczyła nakładać pielęgnację warstwami i pokazała, że oczyszczanie czy nawilżanie mogą być czymś więcej niż mało ekscytującym obowiązkiem. Z Seulu przyszły do nas esencje, cushiony, płatki nasączone tonikiem, fermentowane składniki, centella asiatica czy śluz ślimaka. Ale chyba najważniejsza była zmiana filozofii. Zamiast czekać, aż pojawi się problem, koreańska pielęgnacja od początku stawiała na prewencję, regularność i delikatność. Do tego Korea okazała się wyjątkowo sprawna w zamienianiu nowych pomysłów w gotowe kosmetyki. Bliska współpraca laboratoriów, producentów składników, marek sprawia, że droga od pomysłu do produktu na półce potrafi być niezwykle krótka. A K-pop, koreańskie seriale i kino zrobiły resztę: razem z muzyką i modą świat zaczął kupować też koreański pomysł na urodę. Tyle że kiedy Zachód zdążył już nauczyć się pierwszej lekcji K-beauty, Korea przeszła do następnej.

WIDEO…

player placeholder

Dziesięć kroków to właściwie poprzedni rozdział. Podobnie jak przekonanie, że im więcej kosmetyków stoi na półce, tym lepiej dla naszej skóry. K-beauty 2.0 jest bardziej precyzyjne, technologiczne i – paradoksalnie – prostsze. Mniej w nim egzotyki, więcej biotechnologii. Mniej produktów, więcej dobrze dobranych składników aktywnych. A zamiast kolejnego kremu „na zmarszczki” – pojawia się pytanie, jak sprawić, żeby skóra jak najdłużej dobrze funkcjonowała.

Glass skin bez nadmiaru kosmetyków. Koreańska pielęgnacja stawia na skin longevity

– Koreańczycy bardzo szybko znajdują rozwiązania na wszelkie problemy skórne. Działają intensywnie w skórze, ale jej nie podrażniają. To jest ich główny cel – mówi lek. spec. Agnieszka Lew-Mirska, certyfikowana lekarka medycyny estetycznej i założycielka Self Esteem Clinic, która od lat pracuje z koreańskimi technologiami, regularnie jeździ do Korei i tam odwiedza kliniki oraz poznaje nowe rozwiązania. I właściwie w tym jednym zdaniu mieści się całe K-beauty 2.0. Glass skin nie znika. Zmienia się tylko droga, która ma do niej prowadzić. Nie chodzi już o nakładanie kolejnych warstw nawilżających produktów, ale o skórę, która dobrze funkcjonuje: ma mocną barierę hydrolipidową, jest nawilżona, wyciszona i potrafi się regenerować.

Zobacz także:

– Po latach retinolu, kwasów i bardzo aktywnej pielęgnacji największym luksusem stała się spokojna, nieuwrażliwiona skóra i dobra bariera hydrolipidowa – dodaje doktor Lew-Mirska. Nie oznacza to oczywiście końca retinolu, witaminy C czy kwasów. Sama doktor nadal po nie sięga, ale wybiera mniejsze stężenia i formuły, które nie mają doprowadzać do ciągłego łuszczenia i podrażnienia. Bo zmienił się cel. Nie chodzi o to, żeby skóra pokazała nam, że kosmetyk „działa”. Ma działać bez robienia przy okazji zamieszania. I właśnie tutaj pojawia się jedno z najważniejszych słów nowej pielęgnacji: inflammaging. Przewlekły stan zapalny o niskim nasileniu, związany m.in. z promieniowaniem UV, zanieczyszczeniem, stresem czy stylem życia, może przyspieszać procesy starzenia. Dlatego coraz częściej zamiast o klasycznym anti-agingu mówi się o skin longevity. Nie próbujemy wyprasować pojedynczej zmarszczki. Chcemy, żeby cała skóra jak najdłużej zachowała dobrą kondycję.

– Lepiej zostawić drobne zmarszczki, ale zadbać o koloryt, nawilżenie i odbudowę skóry. I taki przykład chce nam dzisiaj dać właśnie druga fala koreańskiej pielęgnacji – mówi doktor Lew-Mirska.

PDRN, egzosomy i peptydy. Co z koreańskich klinik trafia do naszych kosmetyczek?

Żeby zrozumieć K-beauty 2.0, warto zajrzeć nie tylko do koreańskiej łazienki, lecz także do tamtejszych klinik medycyny estetycznej. Bo w Korei oba te światy są częścią tego samego myślenia o skórze. Popularne są zabiegi nastawione przede wszystkim na poprawę jej jakości: skin boostery, mikronakłuwanie, technologie laserowe czy microtox – technika polegająca na powierzchownym podawaniu mocno rozcieńczonej toksyny botulinowej w wielu punktach skóry. Zamiast jednego spektakularnego zabiegu często łączy się kilka procedur, które mają pracować nad nawilżeniem, kolorytem, strukturą i regeneracją skóry.

Doktor Lew-Mirska zwraca uwagę, że charakterystyczne jest także inne podejście do intensywności zabiegów. – Koreańczycy od dawna mniej agresywnie podchodzą do zabiegów. Rzadziej korzystali z silnych laserów CO2, częściej sięgali po technologie, takie jak lasery pikosekundowe, które pozwalają działać w sposób bardziej delikatny i kontrolowany, ale wciąż z dużym efektem – mówi. Nie oznacza to, że koreańska medycyna estetyczna boi się mocnego działania. Przeciwnie – jest niezwykle zaawansowana technologicznie. Różnica polega na tym, co dzieje się później.

– Jeżeli wykonujemy zabieg, który wywołuje stan zapalny, później musimy go wyciszyć. Nakładanie na stan zapalny kolejnego może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego – tłumaczy Agnieszka Lew-Mirska. I właśnie stąd prowadzi najkrótsza droga z kliniki na kosmetyczną półkę. To, co wcześniej pojawiało się przede wszystkim w zabiegach regeneracyjnych, coraz częściej inspiruje pielęgnację domową. – Koreańczycy bardzo sprytnie przenoszą substancje, które od lat stosujemy w gabinetach medycyny estetycznej, do pielęgnacji domowej. Chodzi o to, żeby wzmacniać efekty zabiegów i dawać skórze nowe możliwości regeneracji – mówi ekspertka.

Stąd nowi bohaterowie kosmetycznych etykiet. PDRN, czyli krótkie fragmenty DNA wcześniej wykorzystywane przede wszystkim w preparatach regeneracyjnych. Egzosomy – mikroskopijne pęcherzyki uczestniczące w komunikacji między komórkami. Do tego peptydy, fermenty i postbiotyki oraz antyoksydanty, takie jak glutation czy astaksantyna. Koreańczycy nie zatrzymują się jednak na samym składniku. Równie ważne jest to, jak go podać. Stąd mgiełki działające niemal jak lekkie serum, płatki nasączone składnikami aktywnymi, ultralekkie filmy czy spikule – mikroskopijne struktury pozyskiwane z gąbek morskich, wykorzystywane do zwiększania penetracji składników aktywnych. Doktor Lew-Mirska szczególnie lubi egzosomy, PDRN, glutation i wąkrotkę azjatycką. Ale od razu studzi bezkrytyczny zachwyt. – To, że coś nazywa się egzosomem, nie oznacza, że od razu będzie działać. Liczy się jego jakość, oczyszczenie i odpowiednia koncentracja. I to, że kosmetyk jest koreański, też nie oznacza z założenia, że jest świetny.

„Rób mniej, ale rób to lepiej”. Czego nie kopiować od Koreanek?

Druga fala K-beauty różni się od pierwszej jeszcze pod jednym względem. Nie wymaga od nas całkowitego przeorganizowania łazienki. – Jeżeli miałabym powiedzieć, czego nie kopiować od Koreanek, to właśnie liczby produktów używanych naraz. Warto wybrać jeden albo dwa dobre koreańskie kosmetyki i właściwie dołączyć je do swojej pielęgnacji – mówi doktor Lew-Mirska. Może więc największym paradoksem K-beauty 2.0 jest to, że po latach uczenia nas kolejnych kroków Korea dziś podpowiada coś zupełnie odwrotnego: rób mniej, ale rób to lepiej.

Makijaż, który nie przykrywa skóry. Tinty, cushiony i efekt soft focus

Jeśli koreańska pielęgnacja robi dziś wszystko, żeby poprawić jakość skóry, to makijaż robi wszystko, żeby jej nie przykrywać. Koreańczycy mają wyjątkowy talent do konsystencji. Galaretki, tinty, balsamy, cushiony, kremowe róże przypominające mochi – produkty mają wtapiać się w twarz, a nie tworzyć na niej kolejną warstwę. Kolor wygląda jak oglądany przez filtr soft focus: bez ostrych granic, ciężkiego konturu czy perfekcyjnie wyrysowanych ust. Najlepiej widać to właśnie w makijażu ust. Tinty przestały oznaczać wyłącznie wodnisty pigment. Są błyszczące, mleczne, żelowe, olejkowe, a kolejne warstwy można nakładać bez uczucia ciężkości. Podobnie działają róże – transparentne, miękkie i łatwe do stopienia ze skórą. Druga koreańska specjalność to produkty, które mają przetrwać wszystko. Tusze, eye-linery i kredki do brwi słyną z trwałości, a cushion pozostaje jednym z najbardziej udanych koreańskich eksportów kosmetycznych. Jest jednak dziedzina, w której Korea długo pozostawała w tyle: różnorodność odcieni. Globalny sukces K-beauty wymusił zmianę również tutaj. Tirtir rozszerzył gamę swojego kultowego cushionu do kilkudziesięciu kolorów, a marki takie jak Fwee czy Rom&nd coraz odważniej wychodzą poza paletę projektowaną wyłącznie dla koreańskich karnacji.

Po glass skin czas na glass hair. K-hair zaczyna od skóry głowy

Skóra była pierwsza, ale Korea na niej nie poprzestaje. Coraz wyraźniej poza Azję wychodzi pielęgnacja włosów, a właściwie skóry głowy. K-hair przejmuje tę samą filozofię, która wcześniej zmieniła nasze podejście do twarzy: zamiast skupiać się wyłącznie na długości, zaczyna od skóry – jej oczyszczania, nawilżania i równowagi. Stąd toniki, esencje, ampułki i lekkie sera do skóry głowy, a na końcu glass hair – miękkie, gładkie i lśniące włosy, których wygląd ma wynikać z dobrej kondycji, a nie tylko stylizacji.

Koreańskie perfumy mogą być kolejną obsesją Zachodu

Ale kategorią, o której za chwilę może być naprawdę głośno, są koreańskie perfumy. Koreańscy konsumenci najpierw oceniają zapach oczami, potem emocjami, a dopiero na końcu nosem – to zdanie dobrze tłumaczy, dlaczego w K-fragrance równie ważne jak sama kompozycja bywają opakowanie, butik i cała opowieść zbudowana wokół marki. Ma to też swoje kulturowe źródła. Perfumy przez lata nie były w Korei traktowane jako mocny sposób wyrażania siebie, ale raczej jako element higieny – coś, czego używa się dyskretnie, żeby nie przeszkadzać innym. To jednak zaczyna się zmieniać. Młodsze pokolenie coraz chętniej szuka zapachów bardziej osobistych i wyrazistych. Minimalistyczne, bliskoskórne kompozycje nadal mają swoje miejsce, ale obok nich wyrasta nowa scena perfumeryjna, która zaczyna eksperymentować z mocniejszym charakterem zapachu. Warto więc zapamiętać kilka nazw. Matthew Chang i jego Cozy Heart oraz dyskretną linię balsamów The When in Korea, a także eksperymentalne Rettre. Bo po K-skincare i K-make-up to właśnie K-fragrance może być kolejną koreańską falą, która ruszy na Zachód.

Co to jest PDRN, esencja i mochi skin? Słowniczek K-beauty

Ampoules (ampułki) – silnie skoncentrowane produkty pielęgnacyjne zawierające aktywne składniki na konkretne problemy skóry.

Essence (esencja) – szybko wchłaniająca się hybrydowa formuła znajdująca się gdzieś między tonikiem a serum.

Emulsion (emulsja) – nawilżający produkt na bazie wody o mlecznej konsystencji.

Glass skin – głęboko nawilżona, odbijająca światło cera przypominająca szkło.

Mochi skin – miękka, pulchna i sprężysta skóra przypominająca konsystencją ciasteczka mochi.

PDRN – fragment DNA łososia lub pstrąga wykorzystywany obecnie w pielęgnacji skóry, pierwotnie stosowany do gojenia ran.