Są filmy, które po latach zaczynają wyglądać jak proroctwo. Dla mnie jednym z nich jest „Wolny strzelec”. Kryminał Dana Gilroya z 2014 roku pamiętałam przede wszystkim ze względu na niepokojącą rolę Jake’a Gyllenhaala i nocne Los Angeles skąpane w światłach neonów. Kiedy jednak wracam do niego dzisiaj, widzę coś znacznie bardziej aktualnego: opowieść o świecie, w którym uwaga jest walutą, mocny obraz wygrywa z kontekstem, a cudza tragedia może stać się idealnym contentem.

WIDEO

player placeholder

I właśnie dlatego „Wolny strzelec” znów trafia na mój radar. Film trwa 1 godz. 57 min, a obecnie można obejrzeć go na Amazon Prime Video. 

Jake Gyllenhaal w jednej ze swoich najbardziej niepokojących ról

Lou Bloom desperacko szuka pracy, aż pewnej nocy odkrywa profesję idealnie dopasowaną do jego ambicji. Zaczyna filmować wypadki, pożary i miejsca zbrodni, a nagrania sprzedaje lokalnym stacjom telewizyjnym. Szybko rozumie prostą zasadę: im bardziej drastyczny obraz, tym większe zainteresowanie. A większe zainteresowanie oznacza pieniądze.

Zobacz także:
528756_3
Serwis prasowy

Gyllenhaal jako Louis Bloom jest hipnotyzujący i jednocześnie odpychający. Towarzyszą mu Bill Paxton jako Joe Loder oraz Rene Russo w roli Niny, producentki telewizyjnej doskonale wiedzącej, jakie obrazy zatrzymają widzów przed ekranami.

Oglądam „Wolnego strzelca” dzisiaj i myślę o social mediach

To właśnie tutaj film Gilroya robi się zaskakująco współczesny. Powstał ponad dekadę temu, zanim TikTok zaczął dyktować tempo internetowej kultury, a algorytmy stały się częścią codzienności. Mimo to pokazany w nim mechanizm znam aż za dobrze.

Szok zatrzymuje wzrok. Emocje generują zainteresowanie. Najbardziej ekstremalny obraz ma największą szansę przebić się przez informacyjny hałas.

Lou szybko przestaje być człowiekiem, który po prostu pojawia się z kamerą tam, gdzie wydarzyło się coś dramatycznego. Zaczyna rozumieć, że skoro obraz jest produktem, można zrobić wiele, żeby ten produkt stał się jeszcze lepszy. I właśnie wtedy robi się naprawdę niekomfortowo.

„Wolny strzelec” po ponad dekadzie trafia jeszcze celniej

Film opiera się na słynnej medialnej zasadzie „if it bleeds, it leads” – jeśli jest krew, materiał ma większą szansę trafić na czołówkę. Gilroy pokazuje jednak coś więcej niż pogoń telewizji za sensacją. Dziś widzę w „Wolnym strzelcu” przede wszystkim opowieść o ekonomii uwagi. Zmieniły się platformy i ekrany, ale mechanizm pozostał zaskakująco podobny.

Produkcja kosztowała 8,5 mln dolarów, a światowe wpływy przekroczyły 38,6 mln. Film zdobył Saturna, a także kilkanaście innych nagród i dziesiątki nominacji. Na Filmwebie ma ocenę 7,5 przy około 140 tys. głosów użytkowników oraz 7,3 od krytyków.

Gdzie obejrzeć „Wolnego strzelca”?

„Wolny strzelec” jest obecnie dostępny na Amazon Prime Video. Ja wpisałabym go na listę filmów na późny wieczór – szczególnie jeśli macie ochotę na thriller, który poza świetną rolą Jake’a Gyllenhaala zostawia z niewygodnym pytaniem: skoro wszyscy walczą dziś o naszą uwagę, jak daleko można się posunąć, żeby ją zdobyć?