Wydawać by się mogło, że Stephena Kinga trudno jeszcze czymkolwiek zaskoczyć. W końcu mówimy o autorze „Lśnienia”, „To”, „Misery” czy „Zielonej mili”, pisarzu, który od dekad udowadnia, że największy strach wcale nie musi przychodzić pod postacią potwora wyskakującego zza drzwi. Czasem znacznie bardziej przerażające jest to, co czai się w człowieku, rodzinie albo całkiem zwyczajnym miasteczku.

WIDEO…

player placeholder

King od lat przygląda się też ekranizacjom cudzych historii i chętnie dzieli się ze swoimi czytelnikami oraz widzami tym, co naprawdę zrobiło na nim wrażenie. Tym razem jego uwagę przyciągnął serial, który nawet nie jest adaptacją jego własnej książki. We wrześniu pisarz polecił „Moi smutni zmarli”, zachwycając się samym pomysłem stojącym za historią. Zwrócił uwagę na niezwykły koncept: co by się stało, gdyby osoba, która potrafi słyszeć i czasem widzieć zmarłych, znalazła się w miejskim ujęciu wody, a po wypiciu tej wody podobną zdolność zyskali wszyscy? King określił ten pomysł jako genialny.

I chyba trudno o lepszą rekomendację dla serialu grozy.

Zobacz także:

„Moi smutni zmarli” – o czym jest serial Netfliksa?

Moi smutni zmarli
mat. prasowe

„Moi smutni zmarli” nie zaczyna się jednak od wielkiej epidemii kontaktu ze światem umarłych. Najpierw poznajemy Emmę, emerytowaną lekarkę, która od dawna potrafi widzieć i słyszeć zmarłych. To niezwykły dar, ale trudno nazwać go błogosławieństwem. Kobieta próbuje poradzić sobie ze śmiercią matki i własnymi problemami, kiedy w jej życiu pojawia się siostrzenica Julie. Dziewczyna również ma związek ze światem zmarłych, a jej przyjazd burzy kruchą równowagę, którą Emma zdołała sobie zbudować.

W tym samym czasie w dzielnicy Piedrabuena dochodzi do zabójstwa trójki nastolatków. Wydarzenia zaczynają się ze sobą łączyć, a coś, co początkowo było prywatnym doświadczeniem Emmy, zaczyna dotyczyć całej społeczności. Zmarli przestają być jedynie odległym wspomnieniem. Coraz wyraźniej zaznaczają swoją obecność w świecie żywych.

Netflix nie ukrywa, że to horror, ale „Moi smutni zmarli” nie jest kolejną produkcją, której największą atrakcją ma być wyskakujący z ciemności duch. To historia o pamięci, przemocy, żałobie i o tym, co dzieje się z ludźmi, kiedy przeszłość nie chce pozostać przeszłością.

Mariana Enriquez, czyli literatura, która potrafi naprawdę przestraszyć

Moi smutni zmarli
mat. prasowe

Za serialem stoi Mariana Enriquez, jedna z najważniejszych współczesnych argentyńskich autorek literatury grozy. I to właśnie jej twórczość jest kluczem do zrozumienia tego, dlaczego „Moi smutni zmarli” nie przypomina typowego horroru. Serial został oparty na jej opowiadaniach, a twórcy sięgnęli także po materiały i postaci z innych tekstów pisarki, między innymi „Julie” oraz „Un lugar soleado para gente sombría”. Zamiast więc ekranizować jedną historię od początku do końca, połączyli różne elementy jej literackiego świata w nową, serialową opowieść.

To ważne, bo Enriquez interesuje się nie tylko tym, co nadprzyrodzone. W jej historiach duchy, potwory i inne niepokojące zjawiska często są związane z tym, co bardzo realne: społecznymi podziałami, biedą, przemocą czy traumą. I dokładnie ten trop znalazł się również w serialu. Piedrabuena nie jest przypadkowym tłem dla historii o zmarłych. To miejsce naznaczone przemocą i społecznym wykluczeniem. Nadprzyrodzone wydarzenia stają się więc częścią znacznie większej opowieści.

Za kamerą Pablo Larraín

Moi smutni zmarli
mat. prasowe

Jeśli nazwisko Mariany Enriquez nie wystarczyłoby wam jako zachęta, jest jeszcze Pablo Larraín. Chilijski reżyser ma na koncie między innymi „Jackie” z Natalie Portman, „Spencer” z Kristen Stewart, „Marię” z Angeliną Jolie oraz „El Conde”. Nie jest też debiutantem w świecie grozy. Wcześniej wyreżyserował dla Apple TV+ „Historię Lisey” – ekranizację powieści Stephena Kinga z Julianne Moore i Clive'em Owenem.

Tym razem Larraín wraca więc do świata, który dobrze zna, ale materiał literacki dostaje z zupełnie innego zakątka świata. „Moi smutni zmarli” to produkcja argentyńsko-chilijska, oparta na twórczości argentyńskiej pisarki i nakręcona po hiszpańsku.

„Moi smutni zmarli” mają tylko 4 odcinki

Moi smutni zmarli
mat. prasowe

To dobra wiadomość dla tych, którzy lubią miniseriale bez zobowiązań na kilka tygodni. „Moi smutni zmarli” składają się z zaledwie czterech odcinków, a każdy trwa mniej więcej 47–56 minut. Wszystkie są już dostępne na Netfliksie. W roli Emmy występuje Mercedes Morán, a obok niej zobaczymy między innymi Dolores Fonzi, Alejandrę Flechner, Carolinę Álvarez, Germána de Silvę i Carlosa Portaluppiego.

Co ciekawe, zanim serial trafił do szerokiej publiczności, został pokazany podczas 74. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w San Sebastián, gdzie znalazł się w konkursie głównym. Na festiwalu zaprezentowano go w formie pełnometrażowej, choć na Netfliksie funkcjonuje jako czteroodcinkowy miniserial.

Horror, który zaczyna się po drugiej stronie

„Moi smutni zmarli” mają więc wszystko, czego można oczekiwać od jesiennego seansu z horrorem: duchy, tajemnicę, śmierć i niepokojącą historię. Ale pod powierzchnią kryje się coś jeszcze. To opowieść o tym, że nie zawsze najbardziej przerażające jest to, co przychodzi z zaświatów. Czasem znacznie trudniej uciec przed tym, co zostawili po sobie żywi.

Może właśnie dlatego Stephen King zwrócił na ten serial uwagę. Bo „Moi smutni zmarli” nie próbują wyłącznie nas przestraszyć. Zadają też całkiem niewygodne pytanie: co by było, gdyby zmarli naprawdę nie chcieli odejść – i gdyby nagle wszyscy mogli ich usłyszeć?

Wierzcie mi, lub nie - cztery odcinki wystarczą, żeby się przekonać.