Są takie historie, które brzmią trochę jak współczesne la dolce vita – o którym marzą wczasowicze, o którym piszą pisarze i który próbują od wieków przenieść na ekran filmowi twórcy. Dziewczyna z Żywca, pierwszy magazyn kupowany w kiosku jako „okno na świat”, włoski reżyser, którego wcześniej nie znała, osiem miesięcy intensywnej nauki języka i wreszcie czerwony dywan na Sycylii. W tle film o podróży, poszukiwaniu własnych korzeni i o tym, że czasami trzeba naprawdę wyjechać, żeby zobaczyć siebie oraz miejsce, z którego się pochodzi, z zupełnie innej perspektywy.

WIDEO…

player placeholder

Marieta Żukowska właśnie przeżywa swoją włoską przygodę. W filmie „Limoni a Varsavia” wciela się w Zosię, Polkę i arystokratkę, żonę głównego bohatera, kobietę emocjonalną, zmienną i trochę nieprzewidywalną. Film Bruno Colella został pokazany podczas Taormina Film Fest - wydarzenia, które co roku przyciąga największe nazwiska światowego kina. 

„Nie mówiłam słowa po włosku”

Limoni a Varsavia.
mat. prasowe
Zobacz także:

– Jak właściwie trafić do włoskiego filmu, nie znając włoskiego? – pytam lekko niedowierzając, że w dzisiejszych czasach to w ogóle jest możliwe. W przypadku Mariety Żukowskiej wszystko wydarzyło się zaskakująco szybko. – To była niezwykła  historia – Przyszłam do mojej agentki i powiedziałam: „Właśnie kupiliśmy dom we Włoszech, teraz byłoby wspaniale zrobić tam jakiś film”. Dokładnie 20 minut później zadzwonił telefon i zaproponowano mi pracę, bez żadnych zdjęć próbnych – wspomina aktorka.

Za jej nazwiskiem stała rekomendacja, której sama się nie spodziewała. O Mariecie Żukowskiej reżyserowi opowiedział Krzysztof Zanussi, z którym aktorka nigdy wcześniej nie pracowała.

– Bruno powiedział  mi, że Krzysztof Zanussi opowiedział mu, jaką jestem aktorką. Zobaczył potem moje filmy i zdecydował, że będę idealna do tej postaci. Rekomendowała mnie też Kasia Skórska wieloletnia asystentka Andrzeja Wajdy.

 Zosia miała być Polką, więc wybór aktorki z Polski był naturalny. Sama rola okazała się jednak wymagająca z zupełnie innego powodu. Żukowska zaczynała pracę nad filmem, nie mówiąc ani słowa po włosku. Na przygotowanie dostała kilka miesięcy. To właśnie wtedy rozpoczęła naukę języka, który później musiała wykorzystać nie w kilku krótkich dialogach, ale w długich, wymagających monologach.

– Na szczęście miałam osiem miesięcy, żeby przygotować się do głównych scen. Miałam naprawdę gigantyczne monologi po włosku – tłumaczy mi Marieta. – W filmach Bruna jest tak, że postacie dużo mówią, a już Zosia mówi najwięcej ze wszystkich. 

Jej Zosia jest przy tym postacią, która sama nieustannie zmienia role. To kobieta próbująca uciec od własnej elegancji, arystokratycznego pochodzenia i tego, kim – przynajmniej według innych – powinna być.

– To jest taka postać, która jest jak wicher. Bruno tworzy w swoich filmach różne archetypy, a Zosia jest typem  kobiety : zmiennej, emocjonalnej, nie do końca możliwej do zrozumienia. Ona jest jak z tego cytatu „La donna e mobile”. Zosia bardzo dużo wybacza. Mój mąż mnie zdradza, ja o tym wiem, ale też wiem, że tylko on ze mną może wytrzymać” – opowiada o swojej bohaterce Marieta.

Właśnie z takich sprzeczności powstaje charakterystyczny świat reżysera. Historia, która w innym filmie mogłaby stać się wielkim dramatem, u niego zamienia się w czułą, surrealistyczną przypowieść o życiu. – Jakichkolwiek  te postacie nie popełniłyby błędów Bruno pokaże to  z czułością i zrozumieniem. To jest niesamowite w jego filmach. On z historii, z której inny reżyser zrobiłby największy dramat świata, robi przypowieść o tym, że życie takie jest: czarne i białe, słodkie i gorzkie, ciepłe i zimne. I gdzieś w tym wszystkim mówi: żyjmy i radujmy się tym. – przybliża mi włoski świat kina aktorka. 

„Ona jest dziewczyną z Polski, ja jestem z Sycylii”

Limoni a Varsavia.
mat. prasowe

Włoskie kino ma w sobie zresztą sporo humoru – także poza scenariuszem. Gdy pytam o różnice w podejściu do pracy Marieta opowiada mi jedną z historii z planu, która świetnie pokazuje, jak niewielkie kontrasty potrafią zamienić się w anegdotę, którą pamięta się długo.

– Włosi bardzo lubią Polaków. Moi partnerzy Ninni i Roberto byli Polską zafascynowani to była dla nich super przygoda. Pamiętam taką jedną bardzo śmieszną sytuację. Kręciliśmy nad Bałtykiem, a ja miałam tylko taką płachtę na sobie, pod spodem właściwie samą bieliznę. Nad polskim morzem w czerwcu było 15 stopni. Obok  mnie szedł Ninni, który był ubrany w garnitur, więc był w zdecydowanie bardziej komfortowej sytuacji. Bruno podchodzi do niego i mówi: „Ninni, zależy mi na tym, żebyś nie szedł w tym garniturze, tylko żebyś trzymał marynarkę na ramieniu”.

I Ninni po prostu walczył z Brunem przez jakieś dziesięć minut, bo było mu tak zimno. W końcu Bruno mówi: „Zobacz, Marieta jest tylko w takiej płachcie, a ty po prostu nie chcesz nieść tej marynarki?”. – „Bruno zlituj się Marieta jest dziewczyną z Polski, a ja jestem chłopakiem z Sycylii!!!”. Ninni to jeden z najlepszych partnerów z jakimi pracowałam, wybitny aktor, cudowny człowiek - mówi Marieta, po czym dorzuca jeszcze jedną historię, tym razem z Neapolu.

– Kręciliśmy jedną ze scen, która później nie weszła do filmu. Padał deszcz, a dla mnie to był taki ciepły deszcz, 14 stopni. A tam cała ekipa mówiła: „Jakie trudne warunki, ten deszcz i zimno, tak strasznie!”. Wtedy zobaczyłam taką najprostszą różnicę pogodową. Bo tak naprawdę ekipy filmowe się nie różnią. Są wspaniałe i w Polsce, i we Włoszech. To są ludzie filmu, którzy są przygotowani na wszystko. Myślę tylko, że gdyby przyszło im pracować w mrozie w Polsce, przy minus dwudziestu, to nie byłoby łatwo  – podsumowuje. 

Taormina, czyli kino bez kalkulacji

Limoni a Varsavia.
mat. prasowe

„Limoni a Varsavia” trafiło do selekcji Taormina Film Fest, gdzie znalazło się wśród zaledwie dziesięciu wybranych filmów. Projekcja w antycznym teatrze na Sycylii była dla Żukowskiej doświadczeniem, które trudno porównać ze zwykłym festiwalowym pokazem.

– Na festiwalach zazwyczaj masz swój film, Q&A, spotkanie z widzami i normalną salę projekcyjną. Tutaj film jest pokazywany w antycznym teatrze. Jest ciepło, mnóstwo turystów, gigantyczny ekran. Ten teatr jest na pięć tysięcy osób. Naprawdę robi to wrażenie – opowiada mi Marieta.

W Taorminie aktorka mijała się za kulisami z Helen Mirren, Russellem Crowe'em czy Jane Campion. Najbardziej uderzyło ją to, jak bardzo festiwal potrafi odczarować wielkie nazwiska.

– Tiziana Rocca, która jest szefową festiwalu, prowadzi z artystami rozmowy. Pyta: „A co w tym filmie? Dlaczego? Powiedz, co…”. To nabiera takiego domowego charakteru. Nagle wielkie gwiazdy mogą być normalnymi ludźmi, którzy wychodzą na scenę, rozmawiają po ludzku, a później idą do knajpy, piją espresso i jedzą coś pysznego.

Ta atmosfera jest dla Żukowskiej zachwycająca. Po projekcji „Limoni a Varsavia” widownia nagrodziła film spontanicznym aplauzem. – Rzadko kiedy widziałam taki entuzjazm – wspomina aktorka. – Wydaje mi się, że wynika to też z tego, że Włosi po prostu potrafią się filmem cieszyć.  To podejście szczególnie mocno kontrastuje z coraz bardziej kalkulowanym światem produkcji filmowych. – Bruna to w ogóle nie interesuje. On po prostu dobiera aktorów, bo idealnie mu pasują, bo kocha z nimi pracować. To jest robienie filmów z potrzeby serca i miłości. Bez kalkulacji.

Żukowska sama coraz mocniej docenia takie podejście. Tym bardziej że Bruno pracuje nad kolejnymi projektami, a aktorka ma pojawić się w jego następnych filmach. – Cieszę się, że dostał dofinansowanie na kolejne dwa filmy. Nie mogę się doczekać znowu pracy z nim, to będzie cudowna przygoda.

„Czasami trzeba wyjechać, żeby chcieć wrócić”

Limoni a Varsavia.
mat. prasowe

„Limoni a Varsavia” jest filmem drogi. Bohaterowie przemieszczają się między Polską a Włochami, próbując uratować restaurację, ale po drodze zmieniają przede wszystkim siebie. Dla Żukowskiej ta podróż ma także bardzo osobisty wymiar. – Myślę, że bardzo często trzeba wyjechać, żeby pewne rzeczy zobaczyć z innej perspektywy i docenić.

Z perspektywy Włoch aktorka zaczęła inaczej patrzeć również na Polskę. Na Warszawę, polskie kino, artystów i ludzi, którzy – jej zdaniem – wciąż nie zawsze potrafią docenić własne osiągnięcia. – Widzę Warszawę teraz w zupełnie innym świetle. Często, jako ludzie i jako naród żyjemy w kompleksie Zachodu. A teraz widzę, jak bardzo liczymy się w Europie. Jako biznesmeni, naukowcy, artyści – podkreśla aktorka.

Ta perspektywa prowadzi ją do jeszcze jednej refleksji: może czas przestać koncentrować się wyłącznie na tym, co w Polsce nie działa. – Tyle polskich filmów dostaje nagrody na świecie. Aktorzy, reżyserzy, operatorzy są na najbardziej prestiżowych festiwalach, także pracując przy zagranicznych filmach. Marzyłabym o tym, żeby portale plotkarskie również o tym pisały. Żebyśmy mówili o tym, ile Polaków dostało tyle i tyle nagród na świecie – apeluje Marieta. 

W tym sensie „Limoni a Varsavia” jest dla mojej rozmówczyni czymś więcej niż włoskim filmem z polską aktorką w obsadzie. To także historia o korzeniach. – Gdzie są te nasze korzenie? Czy w marzeniach o luksusowych wakacjach, domu, samochodzie? Czy w tym, że cały świat mówi nam, że żeby mieć wartość, musisz coś osiągnąć? Bruno pokazuje, że korzenie mogą być w smaku cytryny, w gotowaniu, w tym, że popatrzysz z czułością na przyjaciółkę i pomyślisz: „Jak fajnie, że ona tu ze mną siedzi”. To jest mój luksus – podkreśla.

Nieprzypadkowo w ostatniej scenie filmu pojawia się surrealistyczny obraz drzewa cytrynowego rosnącego w śniegu. Cytryny i śnieg, Włochy i Warszawa, południe i północ. Coś, co nie powinno do siebie pasować, a jednak istnieje.

„Jestem dziewczyną z Żywca”

Limoni a Varsavia.
mat. prasowe

Ta historia zatacza jeszcze jedno koło. Zanim pojawiła się Taormina, włoski film i czerwony dywan, była dziewczyną z Żywca, która kupowała w kiosku magazyn ELLE. – Ten pierwszy magazyn był dla mnie takim oknem na świat. W tym pięknym miasteczku, w tym Żywcu, był kiosk, gdzie tym oknem na świat był właśnie ten magazyn. Pokazywał mi zupełnie inną rzeczywistość, do której mogłabym chcieć dążyć.

Dziś Żukowska sama chce być dla innych takim oknem. Jesienią ma pojechać do swojej dawnej podstawówki, żeby spotkać się z uczniami i opowiedzieć im o realizowaniu marzeń. – Pani dyrektor powiedziała mi: „One tak bardzo w siebie nie wierzą”. Pojadę tam z wielką radością i powiem, żeby byli wierni swoim marzeniom, że mogą wszystko – opowiada mi o swoich zamiarach wywołując tym w moim sercu sporo ciepła.

– Czy sama kiedyś miała moment, w którym zastanawiała się, czy jej marzenia są możliwe? – dopytuje podchwytliwie. Dzisiaj odpowiada bez wahania, że ma ich więcej niż kiedykolwiek. – Jestem takim niespokojnym duchem. Jak zamykam oczy, żeby odpocząć, już wymyślam nowy projekt. Mam chyba jeszcze więcej marzeń niż wtedy, kiedy miałam dziesięć lat i kupowałam swój pierwszy magazyn ELLE – podsumowuje Marieta. 

Włoska przygoda jednak się nie kończy. 27 sierpnia „Limoni a Varsavia” zadebiutował we włoskich kinach (na polską premię niestety przyjdzie nam jeszcze chwilę poczekać). Żukowska pracuje już nad kolejnym dużym projektem, a także przygotowuje następne filmy z Brunem. Jednocześnie wraca na ekrany w serialu  „Zdrada” na antenie telewizji Polsat. Jej droga prowadzi dziś w kilka stron jednocześnie – między Polską a Włochami, teatrem, kinem i kolejnymi pomysłami.

Właśnie o tym opowiada „Limoni a Varsavia”: czasami trzeba ruszyć w drogę, żeby zobaczyć, dokąd właściwie chce się wrócić.

Monte Argentario zamiast przewodnika

Limoni a Varsavia.
mat. prasowe

Na koniec pytam Marietę o miejsce we Włoszech, które poleciłaby nie z przewodnika, ale z własnego doświadczenia. Odpowiedź jest natychmiastowa: Monte Argentario.

– To takie miejsce, gdzie Rzymianie mają swoje letnie posiadłości i właściwie nie ma tu kompletnie turystów. Wszystko jest jakby zatrzymane w czasie, pozbawione tego turystycznego blichtru – opowiada Marieta tak, że ja natychmiast mam ochotę kupić bilety lotnicze. Jej pomysł na idealny dzień nie wymaga luksusowego hotelu ani restauracji z gwiazdką Michelin. Wystarczy gommone – niewielka motorówka, którą można wynająć bez patentu – i morze.

– Możecie takim gommone popłynąć wzdłuż wybrzeża Monte Argentario, zatrzymać się na plaży, od strony morza zakotwiczyć, pływać i patrzeć na przepiękne widoki. A wtedy gwarantuję wam, że przypłynie do was stara łódka z przepięknym, uśmiechniętym Włochem i zaoferuje wam lody albo espresso. Możecie zapłacić kartą – zdradza aktorka.

Marieta mówi, że to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie jej się przydarzyły. – Będę ją pamiętała na zawsze.

I może właśnie tak wygląda to słynne la dolce vita. Nie jako wielka obietnica, luksus czy perfekcyjnie zaplanowane wakacje, ale jako moment, w którym zatrzymujesz łódkę na środku morza, pijesz espresso, patrzysz na słońce i przez chwilę naprawdę czujesz, że jesteś dokładnie tam, gdzie powinieneś być.