Bad Bunny nie przyjechał do Warszawy wyłącznie po to, żeby odegrać serię największych hitów. Przywiózł ze sobą całe Portoryko: jego rytmy, kolory, polityczne napięcia i niepodrabialną energię ulicznej imprezy. Podczas pierwszego koncertu artysty w Polsce stadion PGE Narodowy na kilka godzin zamienił się w roztańczoną dzielnicę San Juan, w której 80 tysięcy osób mówiło jednym językiem - nawet jeśli nie każdy znał hiszpański.
WIDEO…
Atmosfera święta była wyczuwalna na długo przed wejściem Bad Bunny’ego na scenę. W drodze na stadion mijało się słomkowe kapelusze, kwiatowe wzory, falbaniaste sukienki i cekinowe spódnice. Już na miejscu publiczność rozgrzewała portorykańska grupa Chuwi, której obecność nie była przypadkowa. Jej muzyka, podobnie jak najnowsza twórczość Bad Bunny’ego, łączy taneczną energię z opowieścią o tożsamości, migracji i politycznej sytuacji wyspy.
Więcej niż koncert
Show rozpoczęło się od „LA MuDANZA”, a Bad Bunny pojawił się na scenie w eleganckim, jasnym garniturze. Przedstawiał się jako syn, wnuk i chłopak z Portoryko, który osiągnął niewyobrażalny sukces, ale nie zamierza odcinać się od swoich korzeni. To właśnie pamięć była głównym tematem koncertu. Tytuł albumu „Debí Tirar Más Fotos” (Powinienem był zrobić więcej zdjęć”) brzmi właśnie jak nostalgiczne westchnienie. Nie chodzi tylko o fotografie przechowywane w telefonie. Chodzi o miejsca, ludzi i codzienne rytuały, których wartość dostrzegamy często dopiero wtedy, gdy zaczynają znikać. Bad Bunny wielokrotnie podkreślał, że cieszy się z możliwości pokazania swojej kultury polskiej publiczności. Mówił wyłącznie po hiszpańsku i nie próbował dopasowywać się do odbiorców. Nie musiał.

Dużą rolę podczas koncertu odegrała 16-osobowa portorykańska orkiestra Los Sobrinos. Muzycy ubrani w garnitury nie pełnili funkcji efektownej dekoracji. Byli jednym z najważniejszych elementów widowiska, przypominając, że muzyka Bad Bunny’ego nie kończy się na elektronicznym bicie i reggaetonie. Słychać w niej także salsę, plenę, bombę i tradycje wyniesione z rodzinnego domu artysty.
Dom, do którego zaproszono cały stadion
Centralnym elementem scenografii była La Casita Rosa - pełnowymiarowy różowy dom inspirowany tradycyjną portorykańską architekturą. To właśnie tam rozpoczęła się najbardziej imprezowa część koncertu. Artysta zamienił garnitur na luźny sweter i krótkie spodnie, co ciekawe polskiej marki, chwycił kubek i wszedł pomiędzy zaproszonych do domku gości. Zniknął dystans znany z wielkich stadionowych produkcji. Zamiast gwiazdy stojącej wysoko ponad publicznością zobaczyliśmy gospodarz,, który sam najlepiej bawi się przy własnej playliście.
Warszawska publiczność otrzymała również własną piosenkę-niespodziankę - „LA ZONA”. Był to jeden z tych momentów, w których ogromny, powtarzany na wielu stadionach spektakl nagle staje się wydarzeniem jedynym w swoim rodzaju.
Odłożyć telefon i zapamiętać
W finałowej części wybrzmiały między innymi „Ojitos Lindos”, „LA CANCIÓN”, „DÁKITI” i „El Apagón”. Bad Bunny połączył w niej wszystkie twarze swojej twórczości: romantycznego melancholika, rapera, gwiazdę reggaetonu, politycznego komentatora i dumnego ambasadora Portoryko. Najważniejszy moment przyszedł jednak podczas tytułowego „DtMF”. Artysta poprosił publiczność o schowanie telefonów, podniesienie rąk i przeżycie ostatnich minut bez patrzenia w ekran. Na stadionowych ekranach pojawiły się zdjęcia fanów wykonane przed rozpoczęciem wydarzenia. Przesłanie zostało domknięte: zdjęcia są ważne, lecz nie zastąpią pamięci. Po chwili pozornego zakończenia Bad Bunny wrócił jeszcze z „EoO”. Czerwone światła, wielki napis „PERREO” i klubowy rytm pozwoliły zakończyć wieczór nie nostalgicznym wzruszeniem, ale ostatnim wybuchem tańca.
Warszawski koncert potwierdził, dlaczego Bad Bunny wyrósł na jednego z najważniejszych współczesnych artystów. Nie tylko świetnie rozumie mechanikę wielkiego widowiska, lecz także wie, po co właściwie wychodzi na scenę. Jego koncerty nie są serią przebojów przedzielanych zmianami kostiumów. Mają dramaturgię, temat i własny język wizualny.



























