Zdrowy styl życia w XXI wieku coraz rzadziej sprowadza się do liczenia kroków, kalorii i godzin spędzonych na siłowni. Dziś ważniejsze stają się jakość codziennych wyborów, dobre samopoczucie i świadomość tego, co rzeczywiście nam służy. Pomału zmienia się także kultura spotkań i sposób, w jaki myślimy o alkoholu. Dla coraz większej grupy osób dobra zabawa nie musi już oznaczać kolejnego drinka, a rezygnacja z procentów przestaje być deklaracją, którą trzeba komukolwiek tłumaczyć.
WIDEO…
Właśnie w tę zmianę wpisuje się Good Spirits – polska marka, która powstała nie z chłodnej kalkulacji biznesowej, lecz z osobistej potrzeby znalezienia alternatywy. O tym, dlaczego wciąż trudno uwolnić się od estetyki szklanego kieliszka i czego naprawdę wymaga budowanie marki od zera, rozmawiamy z jej założycielką – Joanną Banaszewską.
Gabriela Celińska: Chciałabym zacząć od samego początku, czyli od pomysłu. No bo zanim powstał produkt, musiała pojawić się u ciebie jakaś obserwacja, może potrzeba. Co takiego zobaczyłaś, że pomyślałaś: „Tutaj jest miejsce na nową markę”?
Joanna Banaszewska: Tak jak mówisz, to w ogóle nie zaczęło się od biznesu czy od marki, tylko przyszło bardzo naturalnie. W moim życiu był taki okres, kiedy, będąc w dwóch ciążach, które miałam jedną po drugiej, przez ponad trzy lata w ogóle nie piłam alkoholu. A gdy w końcu nastał moment, w którym mogłam ponownie sięgnąć po przysłowiowego drinka, okazało się, że wcale za nim nie tęskniłam. Jednak w tamtym czasie doświadczyłam takiego naturalnego, społecznego wykluczenia. Zauważyłam, że kiedy nagle podczas spotkań towarzyskich przestałam pić coś, co jest podane w ładnym kieliszku, przestano się interesować moją szklanką. Nie było tego słynnego: „O, to może ci doleję?”, „Czego byś się teraz napiła?”, „Może masz na coś ochotę?”.
Na podstawie tych doświadczeń zaczęłam sama dla siebie szukać produktów bezalkoholowych. Wtedy kosztowały naprawdę krocie, ponieważ były ściągane ze Stanów i niestety okazywały się niesamowicie rozczarowujące. Dawały bardzo dużą obietnicę, a pozostawiały wiele do życzenia, jeżeli chodzi o smak i przede wszystkim o skład. Jednocześnie powoli obserwowałam, jak ten trend pojawiał się na Zachodzie. Pamiętam nagłówek o otwierającym się w Los Angeles pierwszym sklepie sprzedającym tylko i wyłącznie produkty „zero” i „noalko”. Wtedy też zrozumiałam, że na polskim rynku nie ma produktu, który by mnie satysfakcjonował i który z czystym sumieniem mogłabym zarekomendować komuś innemu. Postanowiłam sprawdzić w Google, jak się robi własny gin, a potem co zrobić, żeby był bezalkoholowy. Później wystarczyło znaleźć osoby, które uwierzyłyby w ten pomysł tak samo mocno jak ja. Od razu zadzwoniłam do mojego wspólnika – Daniela Duniaka i tak to się zaczęło. Razem stworzyliśmy naprawdę silny brand i świetny zespół. Dodatkowo, w tym roku połączyliśmy siły z Jakubem Nowakiem i razem jesteśmy nie do zatrzymania.
Wspomniałaś o trendzie, który zaobserwowałaś w Stanach Zjednoczonych. Myślę, że naturalnie przeniknął on do Polski. Jeszcze kilka lat temu kultura imprezowa była mocno związana z przesadą: „im więcej, tym lepiej”, powrotami nad ranem, historiami opowiadanymi następnego dnia. Dzisiaj coraz częściej mówi się o świadomym piciu, ograniczaniu alkoholu, „sober curiosity”. Jak ty widzisz tę zmianę?
Myślę, że jeśli chodzi o samą kulturę niepicia, to w przypadku pokolenia milenialsów przyjęliśmy pewną kalkę. My dorastaliśmy w bardzo silnie alkoholowym świecie i, wchodząc w dorosłość, po prostu zaczęliśmy robić to samo, bez zastanowienia, bo wydawało nam się, że właśnie z tym wiąże się dojrzałość. Jednocześnie bardzo wiele osób z tego pokolenia doszło do takiego wniosku: „Słuchajcie, zaraz, zaraz. Mamy dzisiaj 30–35 lat, niektórzy prawie 40, i nie do końca mamy czas, siłę, energię oraz chęć na picie, na kaca, a przede wszystkim na marnowanie swojego zdrowia”. I nagle wchodzi pokolenie Z, które jeszcze mocniej mówi o jakości, doświadczeniu, kontroli i o tym, że chce się bawić inaczej. Ten ruch to połączenie tych dwóch światów, które wpisuje się w globalny trend well-beingu. Nam wszystkim po prostu zależy na zdrowiu i dobrym samopoczuciu, w którym nie ma miejsca na alkohol. Dzisiaj to, jak się czujemy oraz jak sprawni jesteśmy, jest symbolem prawdziwego luksusu.
Jednak jest to zmiana, na którą wciąż wiele osób nie jest gotowych.
Tak. Wiesz, czasem dostaję pytania, na przykład o to, dlaczego, skoro jako marka chcemy być dalecy od alkoholu, cały czas do niego nawiązujemy. Przyznam ci się, że miałam taki pomysł, żeby w ogóle stworzyć trzecią drogę. Jednak po pierwsze moje doświadczenia, o których wspominałam, a po drugie znacznie szerszy problem, który wciąż jest w Polsce widoczny, odciągnęły mnie od tej myśli. Niestety alkohol jest wszędzie, nie tylko jeśli chodzi o kulturę, ale również o przestrzeń reklamową. Dlatego nazywamy się alternatywą dla alkoholu i dlatego bardzo często mówię wręcz masło maślane, czyli „moktajle 0%”. Mimo że z samej definicji moktajl jest bezalkoholowy, dobrze wiem, że to wciąż nie jest popularne słowo. Świadome osoby, kiedy mnie słuchają, myślą sobie: „Nie no, ta dziewczyna oszalała. Czy ona na pewno wie, o czym mówi? Przecież w kółko powtarza to samo”. Niestety, jeżeli chce się dokonać prawdziwej zmiany, czasem trzeba działać jak zacięta płyta.
Żyjemy trochę mimo wszystko w takiej bańce i estetyce szklanego kielisza – to, co ładnie podane, automatycznie staje się atrakcyjniejsze. Marki alkoholowe przez lata sprzedawały nam przede wszystkim określony obraz imprezy. Dziś, kiedy konsument jest bardziej świadomy i sceptyczny wobec tego obrazu, pojawiło się pole do wprowadzenia nowej narracji. Jak chciałabyś, żeby twoi klienci postrzegali dobrą zabawę? Bo to z myślą o nich powstało Good Spirits.
Bardzo ważne jest to, żebyśmy zrozumieli, że to wcale nie alkohol nas rozluźnia. Na ten temat zostały nawet przeprowadzone badania. Mało tego, zanim do nich dotarłam, odkryłam to zupełnie przypadkiem sama.
Miałam wtedy już wyprodukowaną pierwszą partię mojej Jenny i woziłam ją w bagażniku. Nigdy nie wiadomo, kiedy kogoś spotkasz, a to był wśród moich znajomych okres trzydziestek, więc dobry czas na pierwszą próbę. Pamiętam, że siedziałam na działce u moich przyjaciół. Słońce, piątkowe popołudnie, ja popijam mój moktajl. Nagle wstaję od stołu i natychmiast czuję, że potrzebuję się czegoś złapać, jakbym była pijana. Wspólna atmosfera tak na mnie zadziałała, że całe moje ciało doznało rozluźnienia, którego dawno nie czuło, do tego stopnia, że zanim wsiadłam za kierownicę, musiałam odczekać dobrą chwilę. Zaczęłam o tym czytać i faktycznie okazało się, że to zbadano i nazwano zjawiskiem balanced placebo. Dlatego ważne jest, żeby uświadomić sobie, że to w ogóle nie jest o alkoholu. Piątkowy wieczór, myśl o tym, że jutro nie musimy się nigdzie spieszyć ani biec do maili, oraz fakt, że w danym momencie jesteśmy wśród ludzi, których lubimy – już samo to jest wystarczająco rozluźniające. Nie potrzeba do tego etanolu. Myślę jednak, że wciąż jest tutaj dużo pracy do wykonania, żeby obalić mity wpajane nam przez dekady, ale ja podejmuję tę rękawicę.
Po twojej stronie internetowej oraz mediach społecznościowych widać, że Good Spirits to nie tylko gotowy produkt. Wokół marki jest coś znacznie więcej – narracja, styl życia, idea. Możesz o tym opowiedzieć?
Ja znam dobrze statystyki, bardzo dobrze się przygotowałam, wchodząc na ten rynek. Dobrze wiem, ile złego robi alkohol. A przynajmniej w moim życiu nigdy nie przyniósł nic dobrego. Świadomość tego, że każdy sprzedany przeze mnie produkt oznacza o jeden produkt alkoholowy mniej spożyty przez kogoś, sprawia, że czuję się jak superbohaterka. I to jest właśnie to, co mnie prowadzi i co prowadziło mnie wtedy, kiedy przez ponad trzy lata pakowałam w to wszystkie oszczędności, każde zarobione pieniądze, bez żadnej gwarancji, że kiedykolwiek mi się to zwróci. To jest naprawdę moja ogromna misja.
Wspomniałaś o tym, że kiedy zaczynałaś, napoje bezalkoholowe dopiero raczkowały. Teraz konkurencja w tej branży jest znacznie większa.
Tak, ale powiem ci zupełnie szczerze: jak ktoś pyta mnie o konkurencję, to ja mam w głowie tylko jedno – super. Pierwsze lata spędziłam bardzo samotnie, przecierając szlak wiodący przez gęstą dżunglę, mając w ręku jedynie scyzoryk. Co zabawne, mam nawet notatkę w telefonie z 2022 roku, w której wymyślałam sobie to wszystko krok po kroku. Ogromnie się cieszę, że ta kategoria się powiększa, bo to oznacza, że zwiększa się ogólna świadomość społeczna. Coraz więcej osób sięga po produkty „0%”, dlatego wszyscy wiedzą, że to przyszłość. Ja jednak wierzę, że moja historia jest właśnie tą niepowtarzalną, wyciągniętą z szuflady. Chociaż w tym konkretnym przypadku raczej z notatnika w telefonie.
Internet lubi narrację „zbudowałam własną markę”, ale dużo rzadziej pokazuje miesiące pracy od kuchni. Ty otwarcie pokazujesz, że nie zawsze jest tak pięknie, jak mogłoby się wydawać. Co było takim zderzeniem romantycznej wizji własnej marki z rzeczywistością przy wprowadzaniu Good Spirits na rynek?
To jest w ogóle ciekawe, bo przecież to nie była ani pierwsza marka, ani pierwszy biznes, który budowałam, więc cóż jeszcze mogłoby mnie zaskoczyć? Ale zaskoczyło mnie wszystko. Wielokrotnie powtarzam, że gdybym wiedziała, że to będzie tak wyglądało, to nie zrobiłabym tego. I podtrzymuję te słowa, chociaż teraz już nie ma odwrotu. Nikt mi nie zwróci tych lat stresu i nerwów. Musiałam od podstaw nauczyć się, jak wprowadzić produkt żywnościowy, a to okazało się czymś zupełnie innym niż to, z czym do tej pory miałam do czynienia. Staram się o tym mówić, ponieważ mam w sobie bardzo duże poczucie odpowiedzialności za to, co robię. Moja sytuacja, w której mogę mówić do 100 tysięcy ludzi każdego dnia, jest z jednej strony ogromnym przywilejem i daje bardzo duże możliwości, ale z drugiej niesie ze sobą wiele konsekwencji. Dlatego nigdy nie powiem w internecie do kobiet, które mnie słuchają: „Słuchajcie, róbcie, otwierajcie, pakujcie oszczędności życia, bo mnie się udało”. Mam świadomość, jaki odsetek biznesów pada przez niedoszacowanie, niedobór odpowiednich narzędzi, brak wiedzy i doświadczenia lub po prostu przez ograniczenia. Same pieniądze oraz wiara we własny produkt niestety we współczesnym świecie nie wystarczają. Dlatego uważam, że muszę mówić nie tylko o tym, co piękne, ale również o trudnościach. Czasem po prostu potrzebne jest szczęście. Ja miałam go bardzo dużo, zwłaszcza do ludzi, których spotkałam na mojej drodze. To im – Danielowi, Kubie i całemu niezastąpionemu teamowi Good Spirits zawdzięczam naprawdę wiele.
Wchodząc do branży, w której od dekad dominują globalne koncerny z ogromnymi budżetami marketingowymi i rozbudowaną dystrybucją, wiedziałaś, że nie będziesz konkurować z nimi skalą. Na czym twoim zdaniem polega przewaga małej polskiej marki?
Myślę, że siła tkwi w prawdzie. My pokazujemy tę historię naturalnie, od początku do końca, i nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. I to sprawia mi frajdę. Zakładając Good Spirits, wyszłam od potrzeb konsumenta. Można powiedzieć, że trochę stworzyliśmy tę markę pode mnie. Zależało mi nie tylko na braku alkoholu, ale również na braku cukru, ponieważ sama byłam wtedy w takim momencie, że szukałam podobnych rozwiązań. Dziś nikogo to nie dziwi, ale wtedy wszyscy się ze mnie śmiali. A ja po prostu wiedziałam, jakie są potrzeby nas, kobiet, bo wiedziałam, ile wysiłku kosztowało mnie utrzymanie sylwetki. Dlatego właśnie stworzyliśmy produkt, który ze mną rezonuje. Wielkie koncerny idą za tym, bo pokazały im to liczby i dane. Mi pokazało to życie. Moim zdaniem ludzie to czują i to jest też naszą przewagą.
Głośno podkreślasz, że dla ciebie liczy się przede wszystkim jakość i to do niej przykładasz największą wagę. Co ona w praktyce dla ciebie oznacza?
Ja myślę, że ona odnosi się nie tylko do biznesu, ale i do życia. To wszystko jest o małych, codziennych wyborach. Nie tylko o tym, co pijemy i co jemy, ale też o tym, z jakim nastawieniem podchodzimy do każdej sfery życia. Dla mnie, osoby prowadzącej własną markę, tą jakością jest niezmiennie spełnienie obietnicy, że jako cały team robimy coś dobrego. Każdy może na koniec dnia zrobić taki produkt jak nasz. Zresztą wielu próbuje. Ale nasza jakość wynika z całej filozofii, z tego, jak prowadzimy markę oraz w jaki sposób komunikujemy się z naszymi odbiorcami. I to wraca w wiadomościach prywatnych. Ludzie piszą do mnie, że nasz produkt zmienia ich nawyki, bo na przykład został wprowadzony jako zamiennik tradycyjnego alkoholu. Dla mnie to jest fundament nie do skopiowania czy podrobienia. I to właśnie jest jakość.