Mamy mają głos (i własny biznes). Tak łączą macierzyństwo z prowadzeniem marek, które zmieniają polski świat mody, lifestyle'u i beauty
Jak pogodzić rolę mamy z rozwijaniem brandów, które mają styl, charakter i rozpoznawalność? Sześć kobiet z branży mody, urody i lifestyle’u w rozmowie z ELLE mówi o poszukiwaniu balansu i sile życia na własnych zasadach.

Kiedy siadam do tego tekstu – a właściwie: próbuję uporządkować w głowie wątki poruszane przez moje rozmówczynie – mam wrażenie, że patrzę na dwa równoległe światy, które w teorii powinny się wykluczać. A w praktyce? Nieustannie się przenikają. Macierzyństwo i biznes. Obecność przy dziecku i obecność w pracy, często w social mediach. Czułość i strategia. Rutyna i ambicja.
By lepiej zrozumieć ten pozorny paradoks, zaprosiłam do rozmowy kobiety, które nie tylko tworzą marki – modowe, kosmetyczne, lifestylowe – ale też codziennie próbują znaleźć miejsce dla siebie pomiędzy kalendarzem produkcji, spotkań, kampanii i zupełnie innym terminarzem: macierzyństwem, które nie ma deadline’ów, ale ma potrzeby, emocje i zmęczenie, którego nie da się przełożyć.
Intryguje mnie nie tyle „jak to godzą”, ile to, co dzieje się w niuansach, pozornie nieznaczących chwilach między jednym a drugim. W tych momentach, kiedy coś trzeba odpuścić. Kiedy telefon musi zostać wyciszony, a myśl o pracy wraca w środku zabawy z dzieckiem. Albo odwrotnie – kiedy rodzinny „quality time” odbywa się w tle maili, które nie chcą poczekać.
W opowieściach Pauliny, Kamili, Izy, Julii, Natalii czy Karoliny powtarza się coś, co trudno zamknąć w jednym haśle o „work-life balance”. To raczej opowieść o dokonywaniu wyborów. O zmęczeniu, które bywa ceną sprawczości.. Ale i o czułości wobec siebie, która pojawia się z czasem – często dopiero wtedy, gdy macierzyństwo subtelnie zmienia nasze priorytety.
Zależało mi na tym, by ten materiał nie opowiadał tylko o perfekcyjnej harmonii. By był o kobietach, które nauczyły się, że życie nie zawsze da się zamknąć w sztywnych ramach. Że sukces i macierzyństwo nie muszą się wykluczać, ale też nie zawsze idą w parze zupełnie bez wyrzeczeń. I że czasem najważniejszą decyzją nie jest ta o kolejnym kroku w biznesie, tylko ta, gdzie w danym momencie naprawdę chcemy być.
Paulina Pyszkiewicz, LeBrand
Podejście Pauliny Pyszkiewicz idealnie rozwija tę tezę. Choć założycielka LeBrand mówi o macierzyństwie i biznesie bez iluzji równowagi i bez próby wygładzenia napięć, to w jej opowieści nie ma dwóch osobnych światów – prywatnego i zawodowego – jest za to jedno nieustanne pole decyzji, w którym wszystko dzieje się jednocześnie.
„Zarówno bycie mamą, jak i prowadzenie biznesu bywa nieprzewidywalne” – przyznaje. Dla osoby, która lubi mieć plan i kontrolę, ta ciągła zmienność okazała się jednym z trudniejszych doświadczeń. Ale też takim, którego – jak mówi – nie da się ominąć ani oswoić raz na zawsze. „Jestem mamą od 14 lat, więc zaakceptowałam, że nie wszystko mogę kontrolować” – dodaje.
Macierzyństwo przyszło do Pauliny bardzo wcześnie – w wieku 19 lat. I właśnie ten moment, jak podkreśla, ustawił wiele późniejszych decyzji. „Dało mi ogromną moc i siłę. Nie wiem, czy byłabym dziś tu, gdzie jestem, gdyby nie to, że od zawsze czułam odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale też za mojego synka” – mówi. Nie unika trudniejszej strony tego doświadczenia: świadomości, że w jej życiu nie było długiego, beztroskiego etapu skupienia wyłącznie na sobie.
W przypadku LeBrand i własnego biznesu temat wolności szybko traci romantyczny wydźwięk. „Nie istnieje u mnie podział na życie prywatne i pracę. Wszystko jest jednością” – mówi wprost. A potem dodaje zdanie, które rozbraja popularny mit o przedsiębiorczości: „Prowadzenie własnego biznesu daje mi wolność, ale niech to was nie zmyli – pracuję non-stop. Jeśli ktoś myśli, że pracując dla siebie pracujesz mniej, jest w błędzie”.
W jej narracji wolność nie oznacza więc mniej pracy, ale większą sprawczość w decydowaniu, na co ta praca się przekłada – nawet jeśli oznacza to brak wyraźnych granic. To właśnie w tym miejscu pojawia się trafna diagnoza: „Wszystko jest kosztem czegoś. Nie da się wkładać tej samej ilości energii w każdy obszar życia. Mamy ograniczoną ilość czasu”. Dziś jej wybór jest jasny – biznes i macierzyństwo. „Nie mam teraz przestrzeni na związek – tak wybrałam” – mówi bez prób łagodzenia tej deklaracji.
W tle tych decyzji wybrzmiewa także współczesna narracja o „having it all”, która – jak sugeruje moja rozmówczyni – często bardziej obiecuje niż opisuje rzeczywistość. W jej ujęciu nie chodzi o osiągnięcie pełni we wszystkich obszarach jednocześnie, ale o świadome ustawienie priorytetów. Nie jako ideał, a jako konieczność.
W jednym z wywiadów dla ELLE Paulina Pyszkiewicz wróciła do obrazu, który dziś brzmi jak klasyczna historia start-upowa, ale wtedy był po prostu codziennością: „Samochód miałam, ale pożyczony, mieszkanie wynajęte, małe dziecko. Nie było kolorowo”. Wtedy nie było jeszcze pewności, że to się uda. Była raczej determinacja, która – jak sama dzisiaj sugeruje – nie pozostawiała wielu alternatyw.
Dlatego dziś, kiedy mówi do kobiet, które myślą o własnej marce, nie buduje narracji o łatwym starcie ani o „odwadze jako stanie emocjonalnym”. Zamiast tego motywuje do wytrwałości. „Będzie ciężko, ale tylko konsekwencja przyniesie efekty. Trzeba być silną, nawet jeśli bywa trudno” – mówi. A na końcu Paulina domyka swoją perspektywę w sposób nieoczywisty, ale najcenniejszy: „Masz już najwięcej szczęścia – masz swoje dziecko, czyli miłość bezgraniczną”.

Natalia Uliasz, Switcha
Podobne spełnienie bije z oczu Natalii Uliasz: podczas rozmowy ze współzałożycielką marki Switcha, przedsiębiorczynią, modelką i mamą rocznego synka, miałam nieodparte wrażenie, że… jej codzienność mogłaby spokojnie posłużyć za scenariusz kilku równoległych żyć. Natalia funkcjonuje między Warszawą a Bali i łączy rozwój biznesu z macierzyństwem, które – jak sama mówi – nie odebrało jej dawnej siebie, ale pozwoliło spojrzeć na nią inaczej. „Nie straciłam siebie sprzed ciąży; mam poczucie, że coś się we mnie na nowo otworzyło – energia, inspiracja i chęć realizowania rzeczy, które wcześniej odkładałam” – przyznaje. Nowy etap opisuje nie jako rewolucję, a raczej subtelną zmianę priorytetów.
Choć internet uwielbia narrację o kobietach, które „mają wszystko”, Natalia patrzy na nią realistycznie. „Można mieć wszystko, ale…. inaczej” – mówi, wspominając szybki powrót do pracy po porodzie, który dziś ocenia z większą czułością wobec siebie. Sezonowość biznesu nie pozwoliła jej zatrzymać się na długo: „Był to naprawdę szalony czas” – śmieje się. Przyznaje, że choć przez pierwsze miesiące życia synka zbudowała z nim relację spokojną i uważną, dziś dałaby sobie jeszcze więcej przestrzeni na spokojniejsze wejście w rolę mamy.
Macierzyństwo nie odebrało Natalii zawodowej ambicji – przeciwnie, nauczyło ją ustalania priorytetów, świadomego stawiania granic i większego zaufania do intuicji. „Kiedy kończy się czas pracy i wracam do synka, staram się naprawdę być z nim. Telefon odkładam. Dzieci od razu wyczuwają naszą uwagę albo jej brak” – tłumaczy. Sama mówi też o większym luzie wobec opinii innych i odejściu od robienia rzeczy „tak, jak powinno się je robić”. „Lepiej popełnić błąd, niż robić coś, czego się po prostu nie czuje czy na siłę słuchać rad” – zauważa.

W świecie pełnym oczekiwań wobec kobiet coraz częściej wracamy do tematu presji – tej codziennej, często niewidzialnej, ale wyjątkowo obciążającej. To właśnie wokół niej Natalia Uliasz buduje nowy well-being’owy projekt skierowany do kobiet. „Mamy wrażenie, że trzeba robić wszystko: pracować, ćwiczyć, gotować zdrowo, wyglądać świetnie i jeszcze być spokojną. A może lepiej robić mniej, ale rzeczy, które naprawdę nam służą?” – pyta. Moja rozmówczyni mówi wprost, że… nie interesuje jej kolejna instrukcja perfekcyjności: raczej przestrzeń na większą autentyczność i oddech.
W codziennym biegu pomaga jej medytacja i praktykowanie spokoju – nie jako trendu, ale narzędzia. „Gdy zaczynam się spieszyć, od razu czuję napięcie. Medytacja pomaga mi wrócić do siebie” – mówi, wspominając, że praktykowała ją nawet z synkiem, obserwując, jak dzieci naturalnie reagują na emocje rodziców. To właśnie Bali nauczyło ją też odpuszczania i pożegnania z FOMO. „Dziś czasem mam przyjemność z tego, że gdzieś nie pójdę” – śmieje się. Zamiast perfekcyjnej recepty na balans Natalia proponuje sobie samej, innym mamom i wszystkim kobietom coś mniej spektakularnego, ale… być może bardziej potrzebnego: więcej zgody na własne tempo, intuicję i życie po swojemu.

Iza Zielińska, Undress Code
Do tego zestawu priorytetów Iza Zielińska, założycielka Undress Code zdecydowanie dopisałaby naukę odpuszczania. Przyznaje, że macierzyństwo jest dla niej pod tym względem cenną lekcją. Zanim została mamą, najlepiej czuła się wtedy, gdy miała wszystko pod kontrolą: dziś widzi, że ta potrzeba dawała jej pozorne bezpieczeństwo, ale generowała napięcie. „Posiadanie dziecka uczy tego, że są rzeczy, które są poza twoją kontrolą i że nie wszystko dzieje się dokładnie tak, jak chciałaś” – mówi.
Ta zmiana wpłynęła także na jej pracę. Iza łatwiej przyjmuje dziś sytuacje, które potoczyły się inaczej, niż zakładała. W kulturze, która często powtarza kobietom, że mogą „mieć wszystko”, ona wybiera bardziej realistyczne podejście. Bliski jest jej cytat: „You can have it all, but not at the same time”. „Jest czas na wszystko, ale trzeba wybierać, na czym w danym momencie się skupiamy” – podkreśla.
Po urodzeniu synka nie wyłączyła się całkowicie z pracy. Przez pierwsze miesiące działała mniej więcej na pół etatu, co pomogło jej nie zatracić dawnej tożsamości. „Praca była powrotem do tego, kim byłam wcześniej” – mówi. Jednocześnie narodziny dziecka opisuje jako mentalną rewolucję, moment, w którym wszystkie rutyny trzeba wymyślić od nowa.
Dużo mówi też o wsparciu. Jej zdaniem macierzyństwo, choć piękne, nie powinno być samotną wyprawą. „Kiedy zostajesz z tym sama, może stać się na maksa przytłaczające” – przyznaje. Dlatego warto prosić o pomoc partnera, rodzinę i bliskich, nie po to, by uciekać od macierzyństwa, ale po to, by móc przeżywać je pełniej.
Własny biznes daje jej elastyczność, ale też nie pozwala całkowicie się wyłączyć. „Jak masz swój biznes, nie jesteś w stanie tego w ogóle zrobić” – mówi o dłuższej zawodowej przerwie. Z drugiej strony dzięki dobremu zespołowi mogła wrócić do pracy na własnych zasadach i w takim wymiarze, jaki był dla niej możliwy.
Macierzyństwo nie zmieniło radykalnie jej stylu zarządzania, bo Undress Code od początku opierało się na zaufaniu i dużej samodzielności zespołu.. Podobnie patrzy dziś na wychowanie synka: chce, żeby był odważny, samodzielny i ciekawy świata.
Mamom, które chciałyby założyć własną markę, doradziłaby spokojniejsze tempo niż to, które sama narzuciła sobie na początku. Przez pierwsze lata Undress Code pracowała niemal bez przerwy. Dziś wie, że taki model może prowadzić do wypalenia. „Może fajnie jest rozłożyć cele na trochę dłużej i cieszyć się wolniejszymi etapami, ale jednocześnie mieć życie i cieszyć się czasem ze swoim dzieckiem” – mówi. Bo tego czasu, jak podkreśla, nie da się odzyskać. I warto być na niego uważnym.

Karolina Kuklińska-Kosowicz, YOPE
O uważności: tej skierowanej na siebie, własne wybory i na innych opowiedziała mi też Karolina Kuklińska-Kosowicz, która wspólnie z mężem założyła markę kosmetyczną YOPE. Zanim zdecydowała się na własny biznes, przez 15 lat pracowała jako stylistka.To był świat sesji zdjęciowych, pokazów, magazynów i twórczych spotkań, który mocno ją ukształtował. Pierwszą córkę, Frankę, urodziła jeszcze w czasie pracy w magazynie modowym. Do redakcji wróciła szybko, bo po pół roku. Dwa i pół roku później urodziła Klarę i tym razem została na rocznym urlopie macierzyńskim. To wtedy zaczęła uważniej przyglądać się swojemu życiu zawodowemu.
„Zaczęłam analizować, jak wygląda moje życie jako stylistki .Często pracowałam po godzinach. nie mogłam wziąć urlopu i spędzić czasu z dziećmi wtedy, kiedy naprawdę chciałam i kiedy mnie potrzebowały” – wspomina.
Macierzyństwo zmieniło jej perspektywę. Obok kreatywności i ambicji pojawiła się odpowiedzialność. Karolina zaczęła myśleć nie tylko o własnym rozwoju, ale też o przyszłości córek i o tym, jaką mamą chce być. Właśnie wtedy coraz mocniej dojrzewała w niej potrzeba zbudowania czegoś własnego.
YOPE nie oznaczało jednak mniej pracy. Przeciwnie, własna marka bardzo szybko zaczęła pochłaniać równie mocno, a czasem nawet mocniej niż wcześniejszy zawód. „Myślałam, że zyskam coś dzięki tej zmianie, między innymi czas. Ale czy w stu procentach zyskałam ten czas dla dzieci? Niekoniecznie. Kiedy pracujesz dla siebie, nie możesz tak łatwo odpuścić, ale możesz też wybierać, co ważne – przyznaje.

Największą wartością, którą dało jej prowadzenie własnej marki, nie był spokój ani przewidywalność, ale możliwość decydowania o sobie. „Jestem panią swojego życia. Sama mogę je układać. Wiem, kiedy pojadę na urlop, kiedy nie mogę wyjechać, kiedy idę do pracy, co muszę ogarnąć, kiedy mogę pójść na siłownię. Mam realny wpływ na swoje życie i to jest dla mnie niesamowicie ważne” – mówi.
Ta wolność jest dziś szczególnie cenna, bo jej córki są starsze i potrzebują innego rodzaju obecności. „Moje córki wchodzą w życie, relacje, uczucia, różne swoje sprawy. I trzeba wybierać. Ja zdecydowanie wybieram rodzinę. Robię to chyba intuicyjnie” – podkreśla. Czasem oznacza to rezygnację z zawodowych okazji, wyjazdów czy wydarzeń. „ Mogę zdecydować, że zostaję z córką. I to jest dla mnie ogromna wolność”.
W rozmowie o macierzyństwie i ambicji szybko pojawia się hasło „you can have it all”. Karolina nie odrzuca go całkowicie, ale dziś patrzy na nie z większym spokojem. „Ja już nie czuję tej presji. Może to przyszło z dojrzałością. Dzisiaj wiem, że nie trzeba gonić za wszystkim. Trzeba słuchać siebie i czuć, w jakim momencie życia się jest” – mówi.
Kobietom, które są mamami i stoją dziś na zawodowym rozdrożu, między pozornym bezpieczeństwem a własnym pomysłem, powiedziałaby jedno: „Jeśli w środku masz power, idź za tym powerem. Nie idź tylko za samym bezpieczeństwem. Jeśli masz w sobie siłę, zrobisz kolejne kroki. Nie bój się. Wierz w siebie i tę siłę”.
Karolina podkreśla, że śledzi trendy, obserwuje inne marki i wie, w jakim biznesie działa. Ale najważniejsza zawsze pozostaje pasja. „To nie jest dla mnie tylko praca. Ja żyję modą, designem, sztuką, kosmetykami i pielęgnacją. To jest mój świat. I ja to wszystko ze sobą łączę” – podsumowuje.

Kamila Piwowarska, NAREE
Ogromną pasję widać też w rozmowie z Kamilą Piwowarską. Założycielka marki NAREE i mama nastoletniej Niny opowiada mi o codzienności, w której biznes i macierzyństwo mocno się przenikają, choć każde z nich wymaga innego rodzaju obecności.
Największym wyzwaniem dla Kamili jest… czas. „Każda osoba rozwijająca biznes wie, jak wiele czasu trzeba poświęcić na obecność w firmie” – przyznaje. Zauważa, że macierzyństwo działa bardzo podobnie: wymaga uważności, dostępności i bycia „tu i teraz”. Najtrudniejsze dla niej jest więc nie tyle godzenie ról, co brak możliwości pełnego skupienia się na obu naraz.
W jej codzienności widać też konkretne wybory. „Zrezygnowałam z życia towarzyskiego, z wyjść ze znajomymi” – mówi, podkreślając, że to była świadoma cena, którą płaci za budowanie firmy. Dziś jej życie koncentruje się wokół pracy, rodziny i pomagania zwierzętom, a spotkania z przyjaciółmi stały się rzadkością.
Jednocześnie macierzyństwo daje Kamili dużo siły i przekłada się na sposób, w jaki prowadzi firmę. „Macierzyństwo ma wiele wspólnego z prowadzeniem marki odzieżowej – jedno i drugie wymaga intuicji, elastyczności i cierpliwości” – podkreśla. Dużą rolę odgrywa też zaufanie do siebie: „Ufaj sobie… i dokładnie tak samo jest w biznesie”.
Prowadzenie własnej marki daje Kamili elastyczność, ale też intensywne momenty, kiedy to praca dominuje nad wszystkim. „Bywa tak, że czuję się więźniem własnego biznesu” – przyznaje, nawiązując do napięcia między rozwojem firmy a życiem rodzinnym.
Założycielka NAREE zwraca też uwagę na presję, z jaką mierzą się kobiety, zwłaszcza, gdy skupiają się na rozwoju własnego biznesu, a przy tym łączeniu wielu ról.. „Żyjemy w społeczeństwie, które uznaje, że kobieta nigdy nie jest wystarczająca” – mówi, dodając, że każda rola niesie swoją cenę, nawet jeśli nie zawsze od razu ją widać.
Zasada, która porządkuje jej codzienność? „Zawsze odbieraj telefon od bliskich. Nawet na najważniejszym biznesowym spotkaniu”. I może dlatego łączenie macierzyństwa z rozwojem NAREE i tworzenie autentycznej marki osobistej przychodzi jej tak naturalnie i wiarygodnie.

Julia Dyzio, La Bomba Skincare
Podobną szczerość wobec napięcia między życiem prywatnym a zawodowym odnalazłam też w opowieści Julii Dyzio, współzałożycielki La Bomba Skincare oraz mamy Juliana i Stefy. W jej narracji biznes i macierzyństwo również nie funkcjonują jako dwa odrębne światy, które można od siebie wyraźnie oddzielić. „Ta praca nigdy się nie kończy” – przyznaje, mówiąc o odpowiedzialności i stresie, które zostają w głowie niezależnie od miejsca czy momentu – nawet wtedy, gdy życie prywatne wymaga pełnej obecności. Prowadzenie własnej marki daje jej z jednej strony elastyczność i możliwość bycia przy dzieciach wtedy, kiedy naprawdę jej potrzebują, z drugiej jednak sprawia, że granica między pracą a codziennością niemal się zaciera. „Uwielbiam loty bez Wi-Fi” – śmieje się, wskazując na ten osobliwy luksus współczesnej przedsiębiorczyni: chwilę całkowitego wylogowania i bycia poza zasięgiem.
Patrząc dziś na pierwsze miesiące po narodzinach Juliana, Julia widzi przede wszystkim ogromną presję, którą sama na siebie nałożyła. Szybki powrót do pracy, spotkania z niemowlakiem u boku, próba sprostania zawodowym ambicjom i wyobrażeniu o kobiecie, która „radzi sobie ze wszystkim” – ten etap wspomina jako nieustanne udowadnianie sobie, że można mieć wszystko jednocześnie. Tymczasem z perspektywy czasu bliższa jest jej większa łagodność wobec siebie i zgoda na odpuszczanie. Kiedy wraz z partnerem oczekiwali pierwszego dziecka, oboje byli przekonani, że nie chcą zgubić własnej tożsamości – pracy, pasji, dotychczasowego rytmu życia. Dziś przyznaje, że być może więcej spokoju i przestrzeni na nowy etap byłoby wtedy cenniejsze niż próba zachowania wszystkiego bez zmian. Macierzyństwo nauczyło ją za to czegoś innego: uważności, pokory... i lepszego zarządzania energią – zarówno jako kobiety, jak i liderki. A co poradziłaby kobietom, które chcą pogodzić rodzinę i własny biznes? By nie bały się ufać ludziom, którzy chcą pomóc, prosić o wsparcie i – co równie ważne – nie zapominać o marzeniach: „Zaufajcie ludziom, którzy naprawdę chcą Wam pomóc, i nie bójcie się prosić o wsparcie. I przede wszystkim - nie traćcie z oczu tego, o czym same marzycie. Bardzo łatwo w tym wszystkim zacząć spełniać oczekiwania innych, a warto pamiętać też o sobie” – przekonuje Julia.


