Reklama

Zabezpieczenie płodności, mrożenie oocytów, in vitro, badanie AMH, rezerwa jajnikowa. Za tymi medycznymi pojęciami stoją bardzo osobiste decyzje: o macierzyństwie, czasie, związkach, zdrowiu i prawie do wyboru.

Zabezpieczenie płodności a in vitro

W Polsce działa program finansowania procedury in vitro dla par spełniających określone kryteria. Zgodnie z informacjami Ministerstwa Zdrowia mogą z niego skorzystać m.in. kobiety do 42. roku życia w przypadku korzystania z własnych komórek jajowych lub dawstwa nasienia, kobiety do 45. roku życia w przypadku korzystania z dawstwa oocytów lub zarodka oraz mężczyźni do 55. roku życia. Program obejmuje także zabezpieczenie materiału rozrodczego pacjentów onkologicznych. To ważna zmiana dla wielu osób mierzących się z niepłodnością. Ale nie wyczerpuje tematu. Bo pytanie o płodność nie zaczyna się dopiero wtedy, gdy para rozpoczyna leczenie. Często pojawia się dużo wcześniej: podczas wizyty u ginekologa, po diagnozie endometriozy, po rozstaniu, po trzydziestce, przed operacją, w trakcie leczenia onkologicznego albo wtedy, gdy kobieta po prostu chce wiedzieć, jakie ma możliwości.

Kiedy dziecko?

„Kiedy dziecko?” to jedno z tych pytań, które potrafią zabrzmieć jak niewinny żart, rodzinny small talk albo troska. Ale dla wielu kobiet jest czymś więcej: presją, oceną, przypomnieniem o biologii, związku, wieku, pieniądzach, zdrowiu i planach, które nie zawsze układają się liniowo. Czasem odpowiedź brzmi: jeszcze nie teraz. Czasem: nie wiem. Czasem: bardzo chcę, ale nie mogę. A czasem: nie chcę wcale. Problem zaczyna się wtedy, gdy społeczna narracja nie zostawia miejsca na żadną z tych odpowiedzi. Zabezpieczenie płodności, w tym mrożenie komórek jajowych, bywa przedstawiane jako sposób na „odłożenie macierzyństwa”. To uproszczenie. Dla jednych kobiet jest szansą na więcej czasu. Dla innych elementem leczenia. Dla kolejnych, próbą odzyskania poczucia sprawczości po diagnozie, rozstaniu albo latach słyszenia, że „zegar tyka”.

Ciąża powinna być wyborem, nie obowiązkiem

Katarzyna ma 40 lat i od dawna mieszka na Cyprze. Pracowała w międzynarodowych korporacjach, podróżuje, była w związku małżeńskim, mówi w kilku językach. Jak opowiada, komentarze dotyczące jej płodności najczęściej słyszała jednak podczas wizyt w Polsce. W gabinecie ginekologicznym usłyszała kiedyś: „Kiedy pani w końcu planuje mieć dzieci?”. Odpowiedziała od razu: „To moja sprawa. Dlaczego panią to interesuje?”. Kilka lat temu, gdy odwiedzała mamę we Wrocławiu, podjęła leczenie endometriozy, choroby, która może powodować silny ból, problemy z miesiączkowaniem, ból podczas seksu, a u części pacjentek także trudności z zajściem w ciążę. Jak mówi Katarzyna, lekarze powtarzali jej, że „zegar tyka”, że „kobiecy ból najlepiej leczy ciąża”, a nawet że „dziecko to dar boży”.

Miałam dwie operacje usuwania ognisk choroby, za które musiałam zapłacić. Odmawiano mi antykoncepcji w trosce o plany prokreacyjne. Słyszałam zalecenia zmiany diety i nasiadówek z kory dębu albo rumianku. Nikt nie powiedział mi, że przy endometriozie warto porozmawiać o zabezpieczeniu płodności.
opowiada.

O możliwości zamrożenia komórek jajowych dowiedziała się dopiero od specjalistki na Cyprze, do której trafiła, gdy bóle wróciły. Lekarka zaproponowała jej wkładkę domaciczną, badanie AMH, czyli ocenę rezerwy jajnikowej, i spokojną rozmowę o opcjach na przyszłość. Najważniejsze dla Katarzyny było nie samo zalecenie medyczne, ale ton rozmowy. Nikt nie traktował jej z litością. Nikt nie zakładał, że 40-letnia kobieta bez dzieci jest „spóźniona”. Nikt nie odbierał jej prawa do niewiedzy. Bo kobieta może nie wiedzieć, czy chce zostać matką. I nadal zasługuje na rzetelną informację.

Niepłodność zaczyna się od rozmowy, której często brakuje

Decyzja o posiadaniu albo nieposiadaniu dzieci rzadko jest zero-jedynkowa. Za każdą historią stoją zdrowie, relacje, pieniądze, praca, lęki, doświadczenia z domu rodzinnego, edukacja seksualna albo jej brak. Anna Wietrzykowska, psycholożka znana jako Psycholog Niepłodności i autorka książki „Niewidzialni rodzice. Jak rozmawiać o niepłodności”, zwraca uwagę, że w Polsce o płodności przez lata mówiło się przede wszystkim w kontekście strachu przed ciążą.

W szkole rzadko pojawiało się słowo „niepłodność”. Częściej słyszeliśmy, jak łatwo zajść w ciążę i że seks niemal automatycznie do niej prowadzi. Wokół poczęcia było dużo lęku i wstydu. Ile osób przed wyjściem na imprezę słyszało: „Nie zrób niczego głupiego”? Dziś ci sami rodzice, którzy straszyli wpadką, zaczynają pytać, czy zostaną dziadkami.
mówi psychoterapeutka.

Podobnie było u Katarzyny. Od młodości słyszała, że mama „jeszcze” nie chce zostać babcią. To „jeszcze” zakładało jednak, że kiedyś babcią zostanie. Tyle że życie nie zawsze idzie według rodzinnego scenariusza. Pierwsze małżeństwo, późniejsze związki, praca, podróże, choroba. Katarzyna nie chce przepraszać za swoje życie. Chciałaby tylko mieć wybór.

Nie rozumiem, dlaczego zamiast stworzyć kobietom dobre warunki do świadomej decyzji o ciąży, rzuca się im kłody pod nogi. Współczesna medycyna daje możliwości, ale dostęp do nich wciąż zależy od miejsca, lekarza, pieniędzy i interpretacji prawa.
mówi.

Mrożenie jajeczek, czyli co właściwie można zabezpieczyć?

Mrożenie oocytów polega na pobraniu komórek jajowych po wcześniejszej stymulacji hormonalnej i przechowywaniu ich w bardzo niskiej temperaturze. Dzięki temu komórki mogą zostać wykorzystane w przyszłości w procedurze wspomaganego rozrodu. W polskim prawie temat zabezpieczenia płodności jest związany przede wszystkim z sytuacjami, w których istnieje ryzyko utraty albo znacznego upośledzenia zdolności płodzenia, na przykład z powodu choroby, urazu albo leczenia. Ustawa o leczeniu niepłodności reguluje zasady medycznie wspomaganej prokreacji, ale praktyka dostępu do procedur, zwłaszcza w przypadku zdrowych singielek, pozostaje złożona i zależna od interpretacji przepisów oraz polityki konkretnych ośrodków.

Najczęściej mówi się dziś o zabezpieczeniu płodności pacjentów onkologicznych. To obszar, w którym świadomość rośnie, m.in. dzięki kampaniom społecznym i działaniom organizacji pacjenckich. Chemioterapia, radioterapia i niektóre terapie systemowe mogą wpływać na płodność, dlatego rozmowa o zabezpieczeniu komórek rozrodczych powinna odbyć się jak najwcześniej, najlepiej przed rozpoczęciem leczenia. Ale jest też druga grupa: zdrowe kobiety, które nie są w trakcie terapii onkologicznej, lecz chcą zwiększyć swoje szanse na przyszłość. Są po rozstaniu, nie mają partnera, leczą endometriozę, wiedzą o obciążeniach rodzinnych albo po prostu czują, że potrzebują więcej czasu. To właśnie one najczęściej zderzają się z pytaniem: czy ich powód jest „wystarczająco medyczny”?

Zdrowa singielka bez jasnej ścieżki

Ewa ma 36 lat. Na początku roku przeszła procedurę mrożenia komórek jajowych, ale woli pozostać anonimowa. Pomysł dojrzewał w niej od dawna.

– Nie działałam pod wpływem emocji. Już kilka lat temu, między kolejnymi związkami, rozmawiałam o tym z ginekologiem. Usłyszałam wtedy, że jako singielka nie mam w Polsce szans na taki zabieg – wspomina.

Rozważała wyjazd za granicę, m.in. do Niemiec albo Czech, ale koszty były zbyt wysokie. Po czasie temat wrócił. Skorzystała z poleconej kliniki i rozpoczęła przygotowania do punkcji jajników.

– Rozumowo wiedziałam, że robię coś dobrego dla siebie, ale emocje były ogromne. Ekscytacja, niepokój, stres o reakcję organizmu i o to, czy uda się dopasować kalendarz zawodowy do biologicznego cyklu. Miałam poczucie, że zabezpieczając płodność, podejmuję jedną z najbardziej dorosłych decyzji w życiu – mówi.

Procedura wymagała badań, leków, zastrzyków podawanych o konkretnych godzinach i częstych wizyt lekarskich. Przez kilka tygodni życie Ewy krążyło wokół hormonów, wyników, kontroli i terminu punkcji.

– Zastrzyk trzeba było zrobić wtedy, kiedy wypadała godzina. Nieważne, czy byłam na randce, w pracy, czy na kolacji. Wiedziałam, że im więcej pęcherzyków uda się uzyskać, tym większa szansa na pobranie komórek jajowych – opowiada.

Sam zabieg trwał krótko i odbył się w znieczuleniu. Lekarz, pod kontrolą USG, pobrał płyn z pęcherzyków jajnikowych, a embriolog ocenił, ile komórek nadaje się do zamrożenia. U Ewy było ich siedem.

– Moja szczęśliwa siódemka – mówi.

Czy zrobiłaby to jeszcze raz? Bez wahania.

To nie jest zabieg, którym od razu człowiek chwali się na Instagramie. Na początku było to dla mnie bardzo intymne doświadczenie. Wiedziała o nim garstka osób. Ale im częściej o tym mówiłam, tym częściej okazywało się, że wiele kobiet myśli o tym samym. Tylko nie wiedzą, od czego zacząć.
mówi nasza bohaterka.

Zamrożenie jajeczek to szansa, nie gwarancja

Mrożenie komórek jajowych może dać poczucie sprawczości, ale nie jest polisą ubezpieczeniową. To jedna z najważniejszych rzeczy, które trzeba powiedzieć głośno. Zamrożone oocyty mogą w przyszłości dać zarodki, ale nie muszą. Zarodki mogą doprowadzić do ciąży, ale nie muszą. Ciąża może przebiegać prawidłowo, ale nie zawsze tak się dzieje. Wiek nadal ma znaczenie, także dla zdrowia kobiety i przebiegu ciąży. Dlatego eksperci podkreślają, że zabezpieczenie płodności nie powinno być sprzedawane jako obietnica macierzyństwa „na później”. Powinno być przedstawiane uczciwie: jako możliwość zwiększenia szans, nie jako gwarancja.

Marta Górna ze Stowarzyszenia na rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian” od lat zwraca uwagę, że w rozmowie o płodności potrzebne są nie tylko procedury, lecz także edukacja, wsparcie psychologiczne i zmiany prawne. Wskazuje też na sytuacje, o których rzadko mówi się publicznie. Kobieta może planować ciążę, ale rozstać się z partnerem. Może potrzebować czasu, by dojść do siebie, zbudować nową relację albo zdecydować, czy w ogóle chce macierzyństwa. Z biologicznego punktu widzenia ten czas ma znaczenie.

„Chciałam mieć wybór”

Aneta zdecydowała się na zamrożenie jajeczek dziewięć lat temu. Wtedy nie przypuszczała, że kiedykolwiek będzie musiała walczyć o prawo do decydowania o swojej dzietności i mierzyć się ze stygmatyzacją in vitro. Miała 27 lat, studiowała w Porto i nie planowała macierzyństwa. Po diagnozie niedrożności jajowodów lekarz postawił sprawę jasno: jeśli chce w przyszłości mieć szansę na dziecko, powinna rozważyć stymulację i zabezpieczenie komórek. Zdecydowała się. Kilka lat później wróciła do Polski, poznała męża i została mamą dzięki in vitro.

– Zostały mi jeszcze trzy zamrożone jajeczka. Zastanawiamy się, czy raz jeszcze nie skorzystać z procedury. Jestem jednak przed czterdziestką i boję się, że mogą pojawić się problemy – mówi.

Jej historia pokazuje dwie rzeczy jednocześnie. Po pierwsze, zabezpieczenie płodności może realnie pomóc. Po drugie, nie usuwa niepewności.

Dlaczego tak trudno rozmawiać o kobiecej płodności?

Bo płodność wciąż zbyt często traktuje się jak temat publiczny, choć dotyczy najbardziej prywatnych decyzji. Kobiety słyszą, że powinny się spieszyć, ale jednocześnie nie dostają pełnej edukacji. Słyszą, że medycyna daje ogromne możliwości, ale często nie wiedzą, komu wolno z nich skorzystać. Słyszą, że macierzyństwo to wybór, ale bywają oceniane zarówno wtedy, gdy dziecka nie mają, jak i wtedy, gdy bardzo go chcą.

Katarzyna wciąż nie wie, czy zostanie mamą. Ewa nie wie, czy wykorzysta zamrożone komórki. Aneta wie, że bez tamtej decyzji jej życie mogło wyglądać inaczej. Każda z nich mówi o czymś podobnym: nie o obowiązku macierzyństwa, lecz o prawie do możliwości.

Mrożenie jajeczek nie zatrzymuje czasu. Nie daje pewności. Nie rozwiązuje wszystkich problemów prawnych, zdrowotnych ani emocjonalnych. Ale dla części kobiet może być sposobem, by zyskać trochę przestrzeni. A czasem właśnie ta przestrzeń zmienia wszystko.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...