Są rzeczy, do których nie trzeba mnie długo przekonywać. Mocny silnik, dźwięk, który słyszę, zanim jeszcze spojrzę na obrotomierz, i to przyjemne uczucie, kiedy wciskam gaz, a samochód odpowiada natychmiast. Jestem blacharą i nie zamierzam udawać, że jest inaczej. Na co dzień jeżdżę benzynowym autem z silnikiem 3.0 i mocą 480 KM. Trudno więc oczekiwać, że na widok elektryka zacznę pakować walizki i planować wspólną przyszłość.
WIDEO…
A jednak dostałam kluczyki do odświeżonego Audi Q4 e-tron i ruszyłam w trasę z Warszawy do Wrocławia, i z powrotem. Sama. Po raz pierwszy w życiu prowadząc samochód elektryczny na tak długim dystansie. Czy to był eksperyment, który miał szansę zmienić moje podejście? Owszem. Czy się udał? To już nieco bardziej skomplikowane.
Elektryk? A gdzie dźwięk silnika?
Zanim wyruszyłam, miałam w głowie całą listę argumentów przeciwko elektrykom. Po pierwsze, są za ciche. A ja lubię, kiedy samochód daje znać, że żyje. Po drugie, zasięg i ładowanie. Przy aucie spalinowym nie zastanawiam się, gdzie zatankuję, jeśli nagle zmienię plany. Stacje benzynowe mijam regularnie, a uzupełnienie paliwa nie wymaga ode mnie układania harmonogramu podróży.
Z elektrykiem wyobrażałam sobie zupełnie inny scenariusz: wolniejsza jazda, sprawdzanie aplikacji, poszukiwanie wolnej ładowarki i obowiązkowe pół godziny postoju, kiedy ja najchętniej po prostu dojechałabym na miejsce. Do tego polska infrastruktura, która w moim odczuciu wciąż nie daje takiego komfortu jak sieć stacji benzynowych. Miałam więc sporo wątpliwości, zanim jeszcze nacisnęłam przycisk uruchamiający samochód.
Tyle że Audi Q4 e-tron dość szybko zaczęło rozbrajać część moich uprzedzeń. Wsiadłam do nowego, wygodnego auta, ustawiłam fotel, włączyłam muzykę i ruszyłam. Komfort? Jest. Dobre nagłośnienie? Jest. Przyspieszenie, które potrafi wywołać uśmiech? Również. Brakowało mi tylko pomruku silnika. Ale - ku mojemu zaskoczeniu - dało się z tym żyć.
Audi Q4 e-tron po modernizacji. Światła, dla których można stracić głowę i nie tylko...
Audi Q4 e-tron nie jest nowicjuszem w świecie elektryków. To jeden z najważniejszych modeli elektrycznych marki, a w 2025 roku w Polsce zarejestrowano 1550 egzemplarzy Q4 e-tron w wersjach SUV i Sportback. Model doczekał się teraz szerokiej modernizacji, która objęła nie tylko wygląd, lecz także wnętrze, multimedia i układ napędowy.
I muszę przyznać, że projektanci wiedzieli, gdzie przyciągnąć moją uwagę. Światła! Wiem, że to może nie brzmi jak najbardziej emocjonujący temat dla kogoś, kto właśnie przesiada się do elektryka, ale nowe Audi ma naprawdę efektowne oświetlenie. Z przodu cyfrowe światła do jazdy dziennej pozwalają wybierać sygnatury świetlne, a z tyłu zastosowano cyfrowe lampy OLED drugiej generacji. To detal, który nadaje samochodowi charakter i sprawia, że po zmroku potrafi wyglądać jeszcze ciekawiej. Jako osoba, która lubi, kiedy samochód ma wyrazistą osobowość, jestem na tak.
Zmiany widać też w kabinie. Nowa koncepcja Digital Stage łączy 11,9-calowy zestaw wskaźników przed kierowcą z centralnym ekranem MMI o przekątnej 12,8 cala. Można też zamówić dodatkowy ekran dla pasażera. System multimedialny zyskał integrację z ChatGPT, a wnętrze uzupełniają między innymi chłodzone ładowarki indukcyjne. Całość jest nowoczesna, uporządkowana i zaprojektowana tak, by technologia ułatwiała codzienną jazdę, a nie tylko robiła wrażenie na postoju.
Modernizacja objęła również napęd i ładowanie, choć konkretne osiągi oraz zasięg zależą od wybranej wersji. W najmocniejszej odmianie quattro performance moc sięga 340 KM, a przyspieszenie od 0 do 100 km/h zajmuje 5,4 sekundy. Maksymalna moc ładowania DC w tej wersji wynosi 185 kW. To liczby, które mogą zainteresować nawet kogoś, kto - tak jak ja - nie zamierza jeszcze żegnać się z silnikiem spalinowym.
Pierwsza długa trasa elektrykiem i procenty, które zaczęłam traktować osobiście
Na pierwszym odcinku miałam ułatwione zadanie. Ekipa Audi wskazała mi miejsce postoju i zapewniła, że na miejscu będzie pomoc, więc nie musiałam jeszcze mierzyć się z samodzielnym ładowaniem. Pozostało jechać i oswajać się z samochodem. A właściwie z tym, co w elektryku okazało się dla mnie największą nowością: obserwowaniem poziomu baterii.
Przy samochodzie spalinowym nie śledzę tak uważnie każdej kreski na wskaźniku paliwa. Wiem, że jeśli będzie trzeba, zatankuję po drodze. Tutaj procenty znikały na moich oczach, a ja - jadąc sama, pierwszy raz elektrykiem i, nie ukrywajmy, nie należąc do kierowców o najlżejszej nodze - zaczęłam zastanawiać się, czy wszystko na pewno idzie zgodnie z planem.
Obsługa uspokajała mnie, że nie mam powodów do obaw. Rozum podpowiadał, że wiedzą, co mówią. Emocje miały jednak własne zdanie. Kiedy dojechałam do pierwszego pit stopu, oddałam kluczyki i poszłam po kawę, czekało mnie zaskoczenie. Zanim zdążyłam skorzystać z toalety i zamówić napój, samochód był już naładowany.
Naprawdę? To tyle? W mojej wyobraźni ładowanie elektryka miało być osobnym punktem programu, wymagającym cierpliwości i dobrej organizacji. Tymczasem ledwie zdążyłam zająć się sobą, a auto było gotowe do dalszej drogi. Ruszyłam i spokojnie dojechałam do celu.
Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może nie wszystko w moich wyobrażeniach o elektrykach wygląda tak, jak w rzeczywistości.
10 procent baterii i 15 kilometrów do ładowarki
Prawdziwy test zaczął się jednak w drodze powrotnej. Tym razem jechałam samochodem z mniejszą baterią i to ja odpowiadałam za zaplanowanie postojów. Ominęłam jedną ze stacji ładowania. Niby nic wielkiego - przecież do następnej nie było nieskończenie daleko. Problem w tym, że poziom naładowania zaczął spadać, a ja patrzyłam na ekran z coraz większym niepokojem.
17 procent. Potem 12. 11. 10. Do ładowarki pozostawało jeszcze 15 kilometrów.
Nie będę udawać, że zachowałam olimpijski spokój. Stres był ogromny. (Choć potem dowiedziałam się, że niektórzy na 10% baterii ze spokojem odwożą dzieci do szkoły i jeszcze po drodze zajeżdżają do marketu na zakupy). Dla świeżaka w takich chwilach teoria o zasięgu przestaje być ciekawostką technologiczną, a staje się bardzo osobistym pytaniem: czy na pewno dojadę? I wtedy zrozumiałam coś, co wcześniej irytowało mnie na drodze. Elektryki, które mijałam, jadąc autostradą, czasem poruszały się z prędkością 90-80 km/h, mimo że limit wynosił 120 km/h. Być może ich kierowcy nie chcieli podziwiać krajobrazów. Być może po prostu oszczędzali energię, żeby dojechać do ładowarki.
To doświadczenie nie sprawiło, że nagle przestałam widzieć problem zasięgu. Wręcz przeciwnie - pokazało mi, jak bardzo komfort podróży elektrykiem zależy od planowania, warunków na trasie i tego, ile zapasu zostawimy sobie na nieprzewidziane sytuacje. A ja lubię mieć poczucie, że mogę zmienić plany bez konieczności sprawdzania, czy samochód mi na to pozwoli.
Ładowanie, słońce i nieoczekiwany plus przerwy
Na szczęście, kiedy dotarłam do ładowarki, okazało się, że sama obsługa całego procesu nie jest skomplikowana. Dla osoby, która robi to pierwszy raz, to ważne: nie potrzebowałam specjalnego szkolenia ani całej ekipy ratunkowej. Podłączyłam samochód i miałam chwilę dla siebie.
Tym razem chciałam jednak naładować baterię do około 87 procent. Potrzebowałam zapasu, a wraz z nim poczucia bezpieczeństwa, że dojadę bez kolejnej przygody z gwałtownie spadającymi procentami. Zajęło to więcej czasu, więc usiadłam na ławeczce, wystawiłam twarz do słońca i po prostu odpoczęłam.
I tu pojawiło się kolejne zaskoczenie. Taka przerwa naprawdę dobrze robi na koncentrację. Nie wiem, czy to zasługa samochodu elektrycznego, czy może wieku i coraz większego szacunku do własnych sił, ale coś w tym jest. Czasem warto na chwilę zwolnić, zamiast traktować każdą minutę poza celem podróży jak straconą.
Do Warszawy dotarłam z 37 procentami baterii. Bez lawety, bez dramatycznego finału i bez konieczności szukania ładowarki na ostatnich kilometrach. Udało się.
Czy Audi Q4 e-tron zmieniło moje zdanie na temat elektryków?
Nie. Wciąż kocham benzyniaki. Nadal lubię dźwięk silnika, natychmiastową reakcję na dodanie gazu i swobodę, jaką daje mi możliwość szybkiego tankowania praktycznie w każdym miejscu po drodze. Wciąż mam też poczucie, że polska infrastruktura ładowania nie jest jeszcze na takim poziomie, bym mogła zupełnie zapomnieć o planowaniu dłuższej podróży.
To dla mnie nie jest wyłącznie kwestia przyzwyczajenia. Rodziców mam około 350 kilometrów od Warszawy, babcię - niemal 500. Potrzebuję samochodu, do którego mogę wsiąść, zatankować i ruszyć, kiedy nagle trzeba szybko dotrzeć na miejsce. Nie zawsze mam przestrzeń na planowanie trasy z wyprzedzeniem, a czasem po prostu nie mam dodatkowych 30 minut na postój. Wiem, że wiele zależy od konkretnego auta, baterii, warunków i dostępnych ładowarek. Mimo to na ten moment komfort psychiczny, który daje mi samochód spalinowy, pozostaje dla mnie ważny.
Ale czy to znaczy, że elektryk nie ma sensu? Absolutnie nie. Na co dzień, w mieście, przy spokojniejszym rytmie i możliwości ładowania samochodu w dogodnym miejscu, widzę w nim sporo zalet. Audi Q4 e-tron jest wygodne, dobrze wyposażone i przyjemne w prowadzeniu. Potrafi przyspieszyć, zapewnia komfort i dużo frajdy w trasie, a ładowanie okazało się znacznie mniej uciążliwe, niż zakładałam.
Nie wróciłam więc z Wrocławia jako ambasadorka elektromobilności. Wróciłam za to z mniejszą liczbą uprzedzeń i z przekonaniem, że warto sprawdzić coś samodzielnie, zanim wyda się ostateczny werdykt. Audi Q4 e-tron trochę mnie skusiło - nie na tyle, żebym już jutro wymieniła swojego benzyniaka, ale wystarczająco, bym przestała mówić o elektrykach wyłącznie z pozycji sceptyczki.
Na przesiadkę jeszcze chwilę poczekam. Na razie niech mruczy silnik. Ale przyznaję: po tej podróży wiem już, że cisza też potrafi mieć swoje zalety.