Liczby to jednak tylko część tej historii. „Lalka” jest jedną z najdroższych polskich produkcji ostatnich lat i jeszcze przed premierą miała coś do udowodnienia: że klasykę można przenieść na ekran bez muzealnego kurzu, a niemal trzygodzinny film kostiumowy wciąż potrafi wyciągnąć ludzi z domów. Na razie wygląda na to, że ten plan działa.

WIDEO…

player placeholder

Ponad 600 tys. widzów w pięć dni. „Lalka” zaczęła z rozmachem

Film wszedł do kin 30 września, a oficjalne dane przekazane Onetowi przez producenta mówią o 622 tys. widzów w ciągu pierwszych pięciu dni. W obiegu pojawiały się też nieco inne liczby: KinoMetrics wskazywał 540 tys. widzów w weekend, a WP, powołując się na dane tego serwisu, informowała o 560 tys. osób po pięciu dniach. Różnice wynikają m.in. ze sposobu zliczania wyników poszczególnych kin, ale najważniejszy wniosek pozostaje ten sam: „Lalka” wystartowała bardzo mocno.

Do rekordu „Kleru” Wojciecha Smarzowskiego wciąż jest daleko. Film z 2018 roku zgromadził w premierowy weekend 935 357 widzów i pozostaje rekordzistą współczesnego polskiego box office'u. Tyle że „Lalka” gra w nieco inną grę. Trwa 2 godziny i 45 minut, co ogranicza liczbę możliwych seansów w ciągu dnia, a producent świadomie stawia na długą obecność filmu w kinach. Do tego dochodzą pokazy szkolne, które mogą mocno podbić frekwencję w kolejnych tygodniach.

Zobacz także:

Stawka jest wysoka również dlatego, że mamy do czynienia z prawdziwą superprodukcją. Budżet filmu przekroczył 63 mln złotych, co czyni „Lalkę” jedną z najdroższych polskich produkcji po 1989 roku. Skala wydatków dobrze oddaje ambicje twórców – od początku miał to być film zrealizowany z rozmachem, który na dużym ekranie może konkurować o uwagę widza nie tylko historią i gwiazdorską obsadą, ale też widowiskową oprawą.

Nie tylko szkolna lektura. Kawalski znalazł w „Lalce” romans, humor i bardzo współczesne emocje

Sam film nie próbuje przy tym udawać, że Prusa trzeba za wszelką cenę napisać od nowa. Kinowa „Lalka” powstała niemal równolegle z dużo swobodniejszą serialową reinterpretacją Netfliksa, ale Kawalski obrał przeciwny kierunek. Jego wersja pozostaje znacznie bliżej literackiego pierwowzoru, jednocześnie szukając sposobów, żeby XIX-wiecznej historii nadać tempo współczesnego kina. Recenzenci zwracają uwagę m.in. na dynamiczny montaż i sporą dawkę humoru, która sprawia, że kostiumowy świat Prusa nie zamienia się w ilustrowaną pomoc maturalną.

Już otwarcie pokazuje, że twórcy nie zamierzają zaczynać od spokojnego spaceru Krakowskim Przedmieściem. Widz poznaje Wokulskiego podczas wojny rosyjsko-tureckiej, kiedy wraz ze swoimi ludźmi transportuje broń. Dopiero później akcja przenosi się do Warszawy, do której bohater wraca jako człowiek z ogromnym majątkiem, ale nadal bez tego, czego pragnie najbardziej: miejsca w świecie arystokracji i Izabeli Łęckiej. W centrum pozostaje więc dobrze znana historia miłosnej obsesji, ale obok niej wyraźnie obecne są pieniądze, awans społeczny, klasowe podziały i pytanie o cenę, jaką płaci się za próbę wejścia do środowiska, które nawet bogatego kupca wciąż traktuje jak kogoś z zewnątrz.

I właśnie tutaj „Lalka” okazuje się zaskakująco aktualna. Wokulski jest człowiekiem, który potrafi zrobić majątek i przechytrzyć system, ale nie potrafi kupić sobie przynależności. Izabela funkcjonuje z kolei w świecie nazwisk, konwenansów i finansowych problemów skrzętnie ukrywanych pod elegancką fasadą. Pod kostiumami, salonami i powozami kryje się więc historia o statusie, aspiracjach, pieniądzach i uczuciu do osoby, którą być może bardziej sobie wymyśliliśmy, niż naprawdę poznaliśmy. To akurat brzmi znacznie mniej XIX-wiecznie, niż mogłoby się wydawać.

1330036_1
Serwis prasowy

Dorociński jako Wokulski i powrót Marka Kondrata

Największym nazwiskiem na afiszu jest Marcin Dorociński, który gra Stanisława Wokulskiego. Jego bohater nie jest jedynie nieszczęśliwie zakochanym kupcem: film mocno podkreśla jego ambicję, społeczną wrażliwość, przedsiębiorczość, ale również obsesję na punkcie Izabeli. Kamilę Urzędowską oglądamy jako Łęcką – młodą arystokratkę żyjącą w świecie, którego finansowe fundamenty zaczynają się chwiać, choć jego mieszkańcy bardzo nie chcą tego zauważyć.

Prawdziwą siłą „Lalki” jest jednak obsada drugiego planu. Agata Kulesza jako pani Meliton wnosi do filmu sporo humoru i energii, Andrzej Seweryn gra Tomasza Łęckiego, a wśród kolejnych nazwisk są Maria Dębska, Krystyna Janda, Borys Szyc, Maja Ostaszewska, Maja Komorowska i Jan Englert. Szczególne zainteresowanie wzbudza Marek Kondrat jako Ignacy Rzecki. To jego powrót przed kamerę po wieloletniej przerwie, a więc casting, który sam w sobie stał się jednym z wydarzeń towarzyszących premierze.

Marek Kondrat jako Ignacy Rzecki w filmie
Serwis prasowy

Kawalski nie rezygnuje przy tym z tego, czego od takiej produkcji oczekuje się wizualnie. Kostiumy, scenografia, zdjęcia i muzyka Łukasza Targosza mają budować świat, który rzeczywiście warto oglądać na dużym ekranie. Producent od początku mówił o filmie dla bardzo szerokiej publiczności – takim, na który razem mogą pójść uczniowie, rodzice i dziadkowie. I paradoksalnie właśnie ta dość klasyczna ambicja może być jednym z powodów sukcesu. „Lalka” nie próbuje wstydzić się tego, że jest wielkim, eleganckim kinem kostiumowym.

„Lalka” ma zostać w kinach na dłużej

Twórcy nie zamierzają też po kilku tygodniach przenosić filmu do streamingu Radosław Drabik, producent filmu i szef stojącego za nim Gigant Films, w rozmowie z Onetem podkreślił, że od początku zależało mu na stworzeniu produkcji, która będzie przede wszystkim doświadczeniem kinowym. Dlatego film ma dostać czas na wykorzystanie swojego potencjału na dużym ekranie.

Na korzyść filmu działa również coś, czego nie da się wyczytać wyłącznie z tabel box office'u. Producent mówi o wiadomościach od osób, dla których „Lalka” była pierwszym polskim filmem obejrzanym w kinie od pandemii, a niektórzy deklarowali nawet powrót po dziesięcioletniej przerwie. Dobre wyniki mają notować także mniejsze kina, nie tylko multipleksy w największych miastach. Film zaczyna więc realizować ambicję, z którą został pomyślany: nie tyle przekonać widzów, że Prus nadal jest ważny – o tym od dekad przypomina szkoła – ile że jego historia nadal może być atrakcyjnym pretekstem, żeby wyjść z domu i spędzić prawie trzy godziny przed dużym ekranem.

I chyba właśnie dlatego wynik pierwszych pięciu dni jest ciekawszy niż samo 622 tys. sprzedanych biletów. „Lalka” miała wszystko, żeby stać się projektem zbyt dużym, zbyt drogim i zbyt „szkolnym”, by naprawdę porwać masową publiczność. Na razie dzieje się coś dokładnie odwrotnego. Wokulski znowu próbuje zdobyć Łęcką, Polska znowu dyskutuje o „Lalce”, a kina – przynajmniej przez chwilę – mają powód, żeby otwierać szampana.