Aleksandra Michalik ELLE.pl: W tym roku wychodzą dwie produkcje z twoim udziałem. Czy miejsce, w którym jesteś dzisiaj zawodowo, jest tym, o którym myślałaś kilka lat temu? Czy twoja droga potoczyła się inaczej?

WIDEO…

player placeholder

Paulina Gałązka: Na pewno chciałam, żeby tak było i żebym grała w takich produkcjach jak „Pionek” i „Szwagier”. „Pionek” to bardzo dobry serial kryminalny oparty na książkach Kuźmińskich, które sama wcześniej czytałam. „Szwagier” jest z kolei filmem niezależnym, bardzo ważnym dla nas wszystkich. Kilka dni temu dostał nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Niezależnych w w Anglii w Luytham, więc zdobywa także międzynarodowe uznanie. To bardzo miłe, ponieważ podejmuje trudny temat przemocy domowej. Reżyser przyjął również wymagające rozwiązanie formalne: wiele scen zrealizowano w około dziesięciominutowych mastershotach. Tym większą satysfakcję daje nam jego odbiór na świecie.

Łatwiej przychodzi ci dziś mówienie „tak” odważnym propozycjom, czy „nie” tym, które nie idą w interesującym cię kierunku i nie dają szansy na stworzenie postaci, jaką chciałabyś zagrać?

Zobacz także:

Kiedyś miałam w sobie bardzo dużo odwagi do mówienia „tak”. Być może dlatego, że nigdy nie dostawałam ról podobnych do mnie. Jestem przyzwyczajona do tworzenia postaci zupełnie innych niż ja. Powiedziałam „tak” po wygranych castingach do „Dziewczyn z Dubaju” oraz roli Mimi w „Furiozie”, a później czułam, że muszę niektórym udowadniać, iż prywatnie nie jestem taka jak te bohaterki. Przez to straciłam część tej odwagi.

Czy żałujesz tych ról? Czy one cię w jakiś sposób zdefiniowały?

Poradziłam sobie z tym, żeby nie dać się zaszufladkować, ale czułam pewien mur i opór, więc było co pokonywać. Na pewno nie żałuję tych ról. To było dla mnie ciekawe doświadczenie, bo nigdy nie pomyślałabym, że ktoś może mnie w ten sposób postrzegać. Dla mnie były to kreacje niemające nic wspólnego ze mną. Tak samo odbierali je ludzie, którzy mnie znają.

W poprzednich wywiadach mówiłaś, że świadomie rezygnujesz z ról opartych głównie na atrakcyjności fizycznej, ponieważ mogą cię łatwo zaszufladkować. Jakiej Pauliny Gałązki kino jeszcze nie zdążyło poznać? Jaka jest twoja wymarzona rola?

Chyba nie zdarzy się rola naprawdę podobna do mnie, bo świat nie jest gotowy na opowieściami o rozmyślających, czytających książki dziewczynach i kobietach. Takie postacie pojawiają się bardzo rzadko. Mam jednak wiele aktorskich marzeń i ogromny głód grania. Czuję, że wciąż mogę pokazać wiele obszarów: postacie o bardzo złożonej psychologii, które ukrywają wiele warstw siebie. Właśnie takie role chciałabym grać.

Rola w „Pionku” nie jest już początkiem takiego kierunku?

Tak i to nie tylko w „Pionku”. Karolina Engel żyje z traumą, którą, jej zdaniem, ma pod kontrolą. Funkcjonuje w dusznej, małej społeczności, gdzie wszyscy się znają, i walczy o to, żeby nie być postrzeganą wyłącznie jako samotna matka i córka kobiety zabitej przez seryjnego mordercę dwadzieścia lat wcześniej. Próbuje stworzyć jak najlepsze życie dla siebie i swojej córki. Jest wojowniczką, a grana przez Maćka Musiała postać stopniowo odkrywa kolejne warstwy jej historii.

pionek
mat. prasowe / Kadr z serialu

Kryminały często opierają się głównie na rolach męskich, a kobiety sprowadzają do pozycji ofiary albo podejrzanej. Czy „Pionek” próbuje wyjść poza ten schemat?

Tak. Jest w nim bardzo dużo ról kobiecych. Oficer prowadząca sprawę jest policjantką, a główna bohaterka także jest kobietą, dlatego proporcje wydają się dość wyrównane. Kiedy jednak patrzy się na prawdziwe zbrodnie, a bardzo lubię oglądać seriale true crime, rzeczywiście w większości przypadków ofiarami są kobiety.

Akcja serialu rozgrywa się na Śląsku, który ma bardzo wyrazistą tożsamość. Czy to miejsce wpłynęło na sposób, w jaki budowałaś swoją bohaterkę? Karolina mówi po śląsku, więc praca z językiem musiała być dodatkowym wyzwaniem.

To było nie lada wyzwanie. Wcześniej grałam już Ślązaczkę w filmie „Diabeł”, ale tam moja postać nie mówiła po śląsku, więc miałam łatwiej. Tutaj trzeba było włożyć w wymowę bardzo dużo pracy. Na szczęście już kilka miesięcy przed rozpoczęciem zdjęć dostaliśmy nagrania od konsultantów językowych i mogliśmy kontaktować się z nimi w sprawie ćwiczeń. Konsultanci byli obecni również na planie. Najczęściej byli to aktorzy, więc doskonale wiedzieli, jak nam pomóc. To było trudne, ale bardzo pozytywne doświadczenie.

„Pionek” rozwija świat znany ze „Ślebody”. Czy wejście do istniejącej historii dawało ci poczucie bezpieczeństwa, czy wymagało mocniejszej walki o własne miejsce?

Bardzo lubię książki Kuźmińskich, więc już wcześniej miałam własne wyobrażenie o Karolinie. Wejście w ten świat było dla mnie przede wszystkim frajdą. Oczywiście książki zostały zaadaptowane - scenarzysta wybrał niektóre postacie, a część wątków zmieniono, ale moim zdaniem zrobiono to bardzo sprawnie. Czytałam książkę i scenariusz, a mimo to podczas oglądania dwóch pierwszych odcinków bardzo się emocjonowałam. Reżyserzy wykonali świetną pracę. Zdjęcia realizowano zimą, co okazało się bardzo dobrym wyborem, ponieważ dzięki temu atmosfera jest naprawdę wciągająca. Nie brałam udziału w pięknych ujęciach krajobrazów, dlatego zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Twórcom udało się pokazać Śląsk nie tylko jako przestrzeń industrialną i mieszkalną, lecz także przez jego przyrodę.

Czy wraz z doświadczeniem i kolejnymi latami w branży łatwiej jest ci ufać własnej intuicji oraz wybierać role, które naprawdę cię interesują?

Na pewno. Lata pracy pozwalają trochę więcej wybierać, bo na początku drogi aktorskiej jest naprawdę ciężko. Nie sądzę, żeby wiele młodych osób mogło sobie na to pozwolić. Być może jedna osoba na wszystkich absolwentów szkół aktorskich znajduje się w takiej sytuacji. To bardzo trudny zawód pod względem ciągłości zatrudnienia, dlatego możliwość odmówienia czegokolwiek jest pewnego rodzaju luksusem.

Czy po zakończeniu zdjęć potrafisz od razu pożegnać się ze swoją bohaterką, czy grane postacie zostają w tobie na dłużej?

W wymiarze mentalnym żegnam się z nimi bardzo łatwo. Stosuję metodę opartą bardziej na Carlu Gustawie Jungu niż na tym, co znamy z metody Stanisławskiego. Nigdy nie czuję się graną postacią. Nie działa na mnie myślenie o czymś smutnym po to, żeby się wzruszyć. Muszę myśleć psychologią roli, jej wspomnieniami, sposobem odczuwania. Moje bohaterki są dla mnie odrębnymi osobami, dlatego nie mam problemu z wychodzeniem z roli.

Jednocześnie bardzo za nimi tęsknię. Lubię je i światy, w których żyją. Zostają w mojej pamięci oraz w żartach między mną a przyjaciółmi, którzy oglądają produkcje z moim udziałem. Głęboko wchodzę w opowiadane historie. Kiedy dostaję scenariusz, zawsze czytam go od deski do deski, bo interesują mnie losy wszystkich bohaterów. Jestem totalnym nerdem, jeśli chodzi o opowiadanie historii i życie wymyślonymi światami. Mam tak od dziecka, bo od zawsze wymyślałam sobie historie.

Dzięki temu łatwiej było ci wejść w świat aktorstwa?

Myślę, że tak. Ciągłe życie w sferze marzeń i wyobraźni sprawia, że kocha się to, co się robi. Nigdy nie doświadczyłam wypalenia zawodowego, choć pracowałam bardzo dużo. Bywały okresy, kiedy przez dwa lata nie byłam na wakacjach, ale naprawdę kocham ten zawód. Kiedy mam wolny czas, także oglądam, słucham i czytam historie. Wyobraźnia zdecydowanie mi pomaga.

Paulina Gałązka
Fot. Mateusz Motyczyński

Czy jest postać, którą już zagrałaś i którą chciałabyś rozwinąć w kolejnej części filmu lub serialu?

Myślę, że taką postacią jest Ola Majdzik z „Klangora”, choć niestety została zabita. To uzależniona od mefedronu dziewczyna, której chłopak siedział w więzieniu i która zarabiała na sekskamerkach. Była bardzo skomplikowana psychologicznie i miała szczególny stosunek do narkotyku, od którego była uzależniona. Przygotowując rolę, próbowałam odpowiedzieć sobie na pytanie, czym był dla niej mefedron. Widziałam go jako dotknięcie ekstazy, ale też śmierci: miejsce, w którym czuje spokój i całkowite bezpieczeństwo. Jej życie zawsze było niebezpieczne, dlatego dopiero balansowanie na granicy życia i śmierci dawało jej poczucie bezpieczeństwa. To osoba ze skłonnością do zachowań autodestrukcyjnych, złamana i bardzo złożona. Jej historia trwała zaledwie kilka odcinków w sześcioodcinkowym serialu, dlatego zdecydowanie chciałabym ją rozwinąć.

Jednocześnie Ola wyglądała tak, że łatwo można było przykleić jej etykietę „lambadziary”: futerko w panterkę, krótka spódnica, mocny makijaż i wyzywający wizerunek. Takie postacie rzadko dostają główny plan poza komedią. Nie widzę wielu opowieści, w których otrzymują własny, pełnoprawny punkt widzenia.

Wróćmy do „Szwagra”. To wymagający film i wymagająca rola, ponieważ opowiada o przemocy oraz gniewie. Czy trudno było ci wejść w tę postać, czy potraktowałaś ją jako szansę na pokazanie kolejnej aktorskiej twarzy?

Na pewno mogę w niej pokazać kolejną twarz. Moja bohaterka, Ewa, doświadcza przemocy, ale jest też uwikłana w relację z rodziną, która teoretycznie ratuje ją z przemocowego związku. Z jakiegoś powodu sama jednak w ten związek weszła. Film pokazuje więc sztafetę przemocy przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Cieszę się z tej roli, ponieważ widzimy Ewę zarówno jako beztroską, zakochaną kobietę, jak i osobę stopniowo doświadczającą kolejnych etapów przemocy domowej: wypierającą problem, zabiegającą o uczucia partnera i ukrywającą sytuację przed wszystkimi. Wychowałam się na warszawskiej Pradze i pamiętam z osiedla kobiety, które ukrywały, że doświadczały przemocy. Cieszę się, że mogłam wziąć udział w tym filmie i opowiedzieć o takim doświadczeniu.

szwagie
mat. prasowe / Kadr z filmu

Starałaś się usprawiedliwiać swoją bohaterkę, czy jednak jej nie oceniać?

Absolutnie stoję za nią murem. Zawsze staram się przyjmować punkt widzenia postaci i znajdować psychologiczne powody jej działań. Tutaj również próbowałam zrozumieć Ewę przez doświadczenia rodzinne, które miała wcześniej. Wychowała ją bardzo silna i kontrolująca matka, grana przez Olę Konieczną. Uwielbiam z nią pracować. Spotkałyśmy się po raz drugi jako matka i córka, a wspólne tworzenie daje ogromną przyjemność i ciekawość, jak zabawa w piaskownicy. Dominująca matka pozwala też lepiej zrozumieć, dlaczego Ewa później wpada w podobny schemat relacji.

Z jakim pytaniem chciałabyś zostawić widzów po seansie?

Czy nie wiemy, czy nie chcemy wiedzieć?

Kiedy będzie można Cię oglądać na dużym ekranie w „Szwagrze”?

Nie ma jeszcze oficjalnej daty. Prawdopodobnie będzie to październik - na pewno w tym roku!