Możemy zmienić miasto, pracę, nazwisko, fryzurę, a nawet sposób, w jaki opowiadamy o sobie innym. Możemy przez lata przekonywać siebie, że pewne wydarzenia już nas nie dotyczą. Że należą do innego życia. Do innego człowieka. A jednak przeszłość ma irytujący zwyczaj wracania dokładnie wtedy, kiedy wydaje nam się, że udało się ją zakopać wystarczająco głęboko.
I właśnie o tym, pod powierzchnią kryminalnej zagadki, opowiada „Zmora” - nowy serial kryminalny od HBO Max. O pamięci, rodzinnych sekretach i konsekwencjach decyzji, które podejmowali inni, zanim jeszcze zdążyliśmy zrozumieć, kim sami jesteśmy. To także opowieść o Polsce, która wciąż ma swoje białe plamy. O PRL-u, latach 90. i czasach transformacji, które dla wielu osób nie są jeszcze odległą historią, ale czymś, o czym nadal mówi się pomijając pewne fakty. I może właśnie dlatego sprawy z tak zwanego Archiwum X wciąż tak mocno nas hipnotyzują. Bo nagle okazuje się, że za jedną pozycją w milicyjnych czy później policyjnych aktach kryje się czyjeś całe życie.
„Zmora” bardzo dobrze wykorzystuje tę fascynację.
Nowy serial „Zmora” na HBO Max. O czym jest?
Kama Kossowska (Magdalena Cielecka) wraca do rodzinnego Torunia na zjazd licealny. Jest dziś znaną i kontrowersyjną dziennikarką, kobietą, która nauczyła się funkcjonować w świecie, gdzie wizerunek potrafi być równie ważny jak prawda. Powrót do rodzinnego miasta szybko okazuje się jednak czymś znacznie więcej niż sentymentalną podróżą. W tym samym czasie komisarz Tomasz Korcz (Piotr Żurawski) ponownie otwiera sprawę zaginięcia Piotrka, przyjaciela Kamy z dzieciństwa. I nagle wszystko, co miało zostać w przeszłości, zaczyna wracać.
Kama otwiera więc nie tyle jedną starą sprawę, ile prawdziwą puszkę Pandory. Każda odpowiedź przynosi kolejne pytania, a kolejne elementy układanki sprawiają, że coraz trudniej oddzielić to, co wydarzyło się naprawdę, od tego, co przez lata funkcjonowało jako wygodna wersja wydarzeń.
To właśnie podoba mi się w „Zmorze” najbardziej. Serial nie traktuje kryminalnej zagadki jak prostego labiryntu, na którego końcu czeka efektowne „kto zabił?”. Tutaj ważniejsze okazuje się pytanie: co przez te wszystkie lata zostało przemilczane i jaki wpływ miało to na ludzi, którzy musieli z tym żyć? Akcja rozgrywa się współcześnie oraz w latach 80. i 90., dzięki czemu przeszłość nie jest jedynie dodatkiem do głównej historii. Stopniowo staje się jej drugim, pełnoprawnym bohaterem.
Magdalena Cielecka i Piotr Żurawski. Ekranowy duet, który działa
Kryminał i Magdalena Cielecka? Trudno o połączenie, które samo w sobie nie budziłoby zainteresowania. Aktorka po raz kolejny dostaje bohaterkę z tajemnicą, ale Kama Kossowska nie jest kolejną wersją dobrze znanej już ekranowej figury „silnej kobiety z przeszłością”.
Cielecka gra osobę, która przez lata zbudowała siebie na nowo. Jest świadoma swojego wizerunku, swoich poglądów i tego, jak łatwo współczesny świat potrafi człowieka zaszufladkować. Wystarczy jedno zdanie, jedna opinia, jeden niewygodny pogląd i nagle ktoś może zostać usunięty z publicznej rozmowy. Jej Kama dobrze wie, jak działa ten mechanizm. Jednocześnie serial przypomina, że nawet osoby, które wydają się odporne na ocenę innych, mają własne miejsca, w które nie bardzo chcą zaglądać. Więcej o samej Kamie i o tym, jak Magda Cielecka patrzy na swoją bohaterkę, znajdziecie zresztą w moim wywiadzie z aktorką - przypiętym na górze strony.
Bardzo dobrze wypada u jej boku Piotr Żurawski jako Tomasz Korcz. Jego komisarz nie jest wyłącznie narzędziem, które ma doprowadzić nas do rozwiązania zagadki. Ma własny temperament, sposób prowadzenia śledztwa i energię, która dobrze równoważy bardziej zamkniętą w sobie Kamę. Żurawski potrafi zagrać Korcza bez przesadnego „serialowego policjanta” - z pewnością siebie, ale też z odpowiednią dozą nieufności.
Na ekranie pojawia się również Piotr Jankowski jako Robert Nitecki. To jedna z tych ról, które początkowo można potraktować jako element większej układanki, ale z czasem zaczynają nabierać własnego ciężaru. I właśnie takich aktorskich drobiazgów jest w „Zmorze” sporo. Obsada została zbudowana tak, że nawet drugoplanowe postaci nie sprawiają wrażenia przypadkowo dopisanych do historii.
Katarzyna Bujakiewicz pokazuje, jak łatwo pomylić idealne życie z bezpiecznym życiem
Jedną z największych aktorskich niespodzianek jest dla mnie Katarzyna Bujakiewicz jako Aśka Nitecka. Aktorka, którą wielu widzów wciąż pamięta przede wszystkim z roli pielęgniarki Marty w „Na dobre i na złe”, dostaje tutaj postać zbudowaną na bardzo dobrze znanym mechanizmie.
Aśka przez całe życie musiała coś udowadniać. Doszła do wszystkiego sama, wywalczyła sobie pozycję, wykształcenie, pracę, rodzinę. W teorii ma dokładnie to życie, o którym można powiedzieć: „udało się”. Tyle że idealne życie ma jedną wadę. Trzeba bardzo uważać, żeby nie zobaczyć pęknięć.
Mąż ją zdradza, a idealne dziecko zaczyna mówić o swojej tożsamości płciowej (która jest inna niż ta wpisana w akcie urodzenia). Aśka nie chce dopuścić do siebie myśli, że wypracowany przez nią porządek może się rozsypać. Próbuje więc zachować pozory, zamiast naprawdę usłyszeć najbliższych. W tym zachowaniu tkwi siła tej postaci. Nie jest papierowym „złym rodzicem”, tylko kobietą przerażoną utratą kontroli nad życiem, które miało być wreszcie bezpieczne, które zostało wywalczone.
Serial dotyka przy tym tematu transpłciowości bez sprowadzania go wyłącznie do rodzinnego konfliktu. Pokazuje również, jak wiele dodatkowych barier może pojawić się wtedy, gdy człowiek chce po prostu żyć w zgodzie ze swoją tożsamością. Polska nie ma jasno uregulowanej ustawowo procedury prawnego uzgodnienia płci. Osoby chcące zmienić płeć (a właściwie w końcu dopasować ją do właściwej) muszą wkroczyć na drogę sądową i wytoczyć proces, w którym po stronie pozwanej występują ich rodzice.
To ważny kontekst, bo „Zmora” pokazuje, że problem nie kończy się na tym, czy rodzina zaakceptuje człowieka takim, jakim jest. Za prywatnymi emocjami stoją również kwestie społeczne i prawne, które przez lata potrafią zamieniać życie osób transpłciowych w prawdziwy koszmar.
Piotr Głowacki i Łukasz Simlat. Przeszłość ma swoje twarze
Piotr Głowacki pojawia się przede wszystkim w retrospekcjach jako młody Waldemar Kosowski, ojciec Kamy i policjant zajmujący się sprawą zaginięcia. I rzeczywiście można odnieść wrażenie, że aktor gra w innym serialu niż współczesna Kama. Tyle że właśnie na tym polega siła tej konstrukcji. Bo Waldemar należy do przeszłości, ale jego decyzje już nie.
To jedna z najciekawszych rzeczy, jakie „Zmora” mówi o rodzinie. Dzieci dziedziczą po rodzicach nie tylko geny czy nazwisko. Dziedziczą także lęki, przemilczenia, sposoby reagowania i konsekwencje decyzji, o których często nawet nie wiedzą. Możemy dorosnąć, wyjechać i zbudować zupełnie inne życie, ale nie zawsze jesteśmy w stanie odciąć się od historii, która nas ukształtowała.
A jeśli chodzi o Łukasza Simlata - jego obecność to jeden z tych powodów, dla których chciałoby się dostać jeszcze więcej czasu ekranowego dla niektórych bohaterów. Aktor jako Michał Bąk ma w sobie coś niepokojącego, a jednocześnie bardzo ludzkiego. Jego postać jest jednym z elementów historii, które sprawiają, że zaginięcie Piotrka przestaje być wydarzeniem zamkniętym w starych aktach.
W obsadzie „Zmory” znaleźli się także m.in. Maria Pakulnis, Aleksander Krupa, Robert Gulaczyk, Dorota Kolak, Anna Mrozowska, Monika Pikuła, Anouk Matejka, Waldemar Kownacki i Sławomira Łozińska, a na ekranie zobaczymy również młode pokolenie aktorów, w tym Oliwię Gołębiowską, Eryka Wróbla i Olgierda Blecharza.
Nowy serial „Zmora” opowiada o nas
Nie chcę zdradzać kolejnych elementów układanki, bo „Zmora” jest serialem, który najlepiej oglądać uważnie. Twórcy zostawiają tropy, powracają do pozornie drobnych szczegółów i pozwalają przeszłości stopniowo wchodzić w teraźniejszość. To adaptacja powieści Roberta Małeckiego, za którą odpowiadają scenarzyści Kacper Wysocki i Adam Guziński, reżyser Łukasz Jaworski oraz autor zdjęć Maciej Sobieraj.
Ale nawet gdyby odjąć całą kryminalną warstwę, zostaje tu coś, co sprawiło, że „Zmora” tak mocno ze mną została. To przekonanie, że przeszłość nigdy nie jest tylko przeszłością. Że czasami próbujemy zapomnieć o rzeczach, o których ktoś inny pamięta za nas. Że rodzinne sekrety potrafią przejść z jednego pokolenia na drugie. Że człowiek może przez lata budować siebie na nowo, a potem wrócić w jedno miejsce i odkryć, że pod tą nową wersją nadal znajduje się ktoś, kim był kiedyś.
I chyba właśnie dlatego tak bardzo lubimy historie o nierozwiązanych sprawach. Bo kiedy po latach otwierają się akta, nie chodzi wyłącznie o zagadkę. Chodzi o człowieka, którego życie zostało kiedyś sprowadzone do numeru sprawy, nazwiska i kilku zdań w dokumentach. „Zmora” przypomina, że za każdą taką historią ktoś był. Miał rodzinę, przyjaciół, plany i własną wersję przyszłości. A prawda? Czasami potrzebuje kilku dekad, żeby wreszcie przestać być tajemnicą.
„Zmora” jest dla mnie jednym z tych polskich seriali kryminalnych, które naprawdę mają coś do powiedzenia. Jest mroczna, gęsta, bardzo dobrze obsadzona i przede wszystkim opowiada o czymś znacznie większym niż samo zaginięcie sprzed lat. Opowiada o nas - i o tym, że od własnej historii nie zawsze można uciec.
Serial „Zmora” dostępny jest na platformie HBO Max od 2 października 2026 roku. Będzie liczył 6 odcinków, publikowanych co piątek.