To koreański krem CC, który łączy efekt lekkiego makijażu z pielęgnacją. Na co dzień nie jestem fanką ciężkich formuł i właściwie niezależnie od pory roku omijam podkłady, które mocno kryją i zostawiają na twarzy wyczuwalną warstwę. Jesienią mam ku temu jeszcze jeden powód: moja skóra łatwiej się czerwieni, zwłaszcza kiedy temperatura zaczyna spadać. Dlatego zamiast dokładać krycia, wolę kosmetyk, który przede wszystkim wyrównuje koloryt i sprawia, że cera wygląda spokojniej.
WIDEO…
Ciężkie podkłady nigdy nie były moją bajką
Nie potrzebuję makijażu, który całkowicie przykrywa skórę. Na co dzień zdecydowanie bardziej podoba mi się efekt, w którym nadal widać jej naturalną strukturę, piegi czy drobne niedoskonałości, ale całość wygląda po prostu bardziej świeżo i jednolicie. Ciężkie podkłady często dają mi dokładnie odwrotne wrażenie – zamiast poprawiać wygląd cery, sprawiają, że zaczynam zwracać uwagę przede wszystkim na sam makijaż.
Jesienią dochodzi do tego jeszcze kwestia zaczerwienień. Chłodny wiatr, niższa temperatura, a chwilę później wejście do mocno ogrzanego pomieszczenia to dla mojej skóry gotowy przepis na czerwone policzki i okolice nosa. I właśnie wtedy zamiast mocniej kryjącego podkładu zdecydowanie bardziej przydaje mi się kosmetyk, który potrafi optycznie wyciszyć te czerwone tony.
Erborian CC Red Correct robi dokładnie to, czego od produktu na co dzień oczekuję. Nie próbuje zmienić skóry w idealnie gładkie płótno. Raczej delikatnie koryguje to, co w danym momencie najbardziej rzuca się w oczy.
Jesienią najbardziej doceniam go za zielony pigment
Na pierwszy rzut oka zielony kolor kremu może zaskakiwać, ale właśnie na nim opiera się jego działanie korygujące. Zielony pigment pomaga neutralizować widoczną czerwień, a podczas rozprowadzania formuła dopasowuje się do kolorytu skóry. Efekt nie przypomina więc zielonego korektora ani klasycznego, mocno kryjącego podkładu.
To szczególnie przydatne jesienią, kiedy rumień potrafi pojawić się właściwie znikąd. Kilkanaście minut na chłodzie, mocniejszy wiatr czy szybka zmiana temperatury wystarczą, żeby policzki zrobiły się wyraźnie czerwone. Zamiast przykrywać je kolejnymi warstwami makijażu, wolę delikatnie skorygować kolor.
W przypadku tego kremu CC wystarcza mi naprawdę niewielka ilość. Nakładam go cienką warstwą palcami, a później delikatnie blenduję pędzlem. Nie chodzi mi o uzyskanie idealnego krycia. Chcę tylko, żeby różnice w kolorycie były mniej widoczne, a twarz wyglądała na bardziej wypoczętą.
Nie chcę idealnej cery. Chcę, żeby wyglądała jak moja, tylko trochę lepiej
To chyba najlepiej opisuje efekt, jaki daje Erborian CC Red Correct. Nadal widać skórę, ale zaczerwienienia są mniej intensywne, koloryt bardziej jednolity, a cała twarz wygląda świeżej. Formuła dodatkowo lekko matuje, jednak bez mocno pudrowego wykończenia.
Dla mnie to ważne, bo nie przepadam za kosmetykami, które od razu zdradzają, że mam na sobie makijaż. Krem CC jest pod tym względem znacznie bardziej dyskretny. Nie daje efektu maski i nie mam poczucia, że przez cały dzień noszę na twarzy ciężką warstwę produktu.
Centella Asiatica, pantenol i SPF 30 to dodatkowy plus
Lubię też to, że Erborian CC Red Correct nie kończy się wyłącznie na efekcie wizualnym. W formule znalazły się Centella Asiatica i pantenol – składniki dobrze znane z kosmetyków przeznaczonych do pielęgnacji skóry wymagającej ukojenia. Jesienią, gdy dochodzą wiatr, suche powietrze i ogrzewanie, taki pielęgnacyjny dodatek zdecydowanie ma dla mnie znaczenie.
Produkt ma również SPF 30. I choć nie traktuję kremu CC jako zamiennika osobnej ochrony przeciwsłonecznej w sytuacjach, gdy wiem, że spędzę dużo czasu na zewnątrz, sam fakt obecności filtra uważam za zaletę. Jesień nie oznacza przecież, że promieniowanie UV nagle przestaje istnieć.
Erborian CC Red Correct nie przekonał mnie więc do rezygnacji z ciężkiego podkładu, bo z niego właściwie nigdy nie musiałam rezygnować. Takich formuł po prostu nie lubię. Przekonał mnie za to, że czasami wystarczy skorygować kolor skóry, zamiast próbować ją całkowicie przykryć.
Jesienią ma to dla mnie szczególny sens. Kiedy policzki czerwienieją od chłodu, a cera reaguje na każdą zmianę temperatury, nie potrzebuję kolejnej grubej warstwy makijażu. Potrzebuję czegoś, co zrobi niewiele, ale dokładnie tam, gdzie trzeba. Wyrówna koloryt, przygasi czerwień i zostawi skórę wyglądającą jak skóra. I właśnie dlatego ten krem CC tak dobrze wpisuje się w mój codzienny makijaż.



























