Przez tydzień w Tokio mój plan dnia wyznaczał kalendarz Rakuten Fashion Week TOKYO. Raz wyrzucał mnie w Shibuyi, między tłumem, ekranami i kolejnymi pokazami, innym razem prowadził do Harajuku, gdzie między prezentacjami zaglądałem do sklepów z archiwalną modą, albo do spokojniejszej Aoyamy, pełnej ogrodów, butików i muzeów schowanych za prostymi fasadami.

WIDEO…

player placeholder

Pomiędzy jednym pokazem a drugim pojawiały się krótkie okienka: czterdzieści minut na obiad, godzina na sklep, czasem wolne popołudnie na wystawę. W tych przerwach powstała moja prywatna mapa Tokio – nie lista miejsc, które „koniecznie trzeba zaliczyć”, ale adresy, do których chciałbym wrócić.

Gdzie się zatrzymać w Tokio?

Większość tygodnia mody spędzałem po stronie Shibuyi i Omotesando, ale mieszkałem w Jimbocho, kilka stacji metra dalej. Rano bez problemu docierałem na pokazy, wieczorem wracałem do zupełnie innego Tokio: cichszego, studenckiego, pachnącego kawą, papierem i curry.

Zobacz także:

image-20261009095050-1
Antykwariat Yaguchi Shoten, Jimbocho, fot. Arek Zagata

Jimbocho od ponad stu lat żyje z książek. Na kilku przecznicach można przejść od archiwalnych magazynów mody do antykwariatu poświęconego botanice, ptakom i historii naturalnej, a kilka drzwi dalej oglądać stare mapy Japonii, książki z epoki Edo i drzeworyty ukiyo-e. Obok działają sklepy z winylami i jazz kissa – kawiarnie, do których przychodzi się przede wszystkim słuchać jazzu z płyt. Pomiędzy nimi są curry shopy; w słynnym Bondy curry podaje się je z ziemniakami – raczej nie uświadczycie tego w innych częściach Tokio. 

image-20261009095138-2
Antykwariat magnif, fot. mat. prasowe Hotel Niwa

image-20261009095244-3
Antykwariat w Jimbocho, fot. Arek Zagata

W magnif utknąłem przy starych numerach magazynów Men’s Club, Popeye, Ryūkō Tsūshin i Hi Fashion  z lat 70. i 80. Toriumi Shoten specjalizuje się w książkach o botanice, ptakach i historii naturalnej, a w Fuji Record-sha zamiast książek są rzędy używanych winyli i stare gramofony. Jimbocho działa właśnie tak: każda witryna prowadzi do następnej niszowej zajawki. Jakimś cudem uniknąłem opłaty za nadbagaż.

image-20261009095321-4
Zakupy z antykwariatów, fot. Arek Zagata

Hotel Niwa Tokyo

image-20261009095344-5
​​​​​​​Mat. prasowe Niwa Hotel

Hotel Niwa dobrze pasuje do tej spokojniejszej strony miasta. Jego historia zaczęła się w 1935 roku od tradycyjnego zajazdu Moritakan; dziś wnętrza nadal opierają się na drewnie, japońskim papierze, kamieniu i czterech niewielkich ogrodach. Choć byłem w środku Tokio, prawie tego nie czułem. W całodobowym saloniku – trochę bibliotece, trochę miejscu do relaksu z tatami i widokiem na ogród – mogłem w spokoju pisać.

image-20261009095403-6
​​​​​​​Mat. prasowe Niwa Hotel
image-20261009095413-7
​​​​​​​Pokój w Niwa Hotel, fot. Arek Zagata

image-20261009095432-9
​​​​​​​Fot. Arek Zagata

Czułem się tam naprawdę zaopiekowany: obsługa pożyczała mi parasol, zamawiała taksówki i pomagała ogarniać drobiazgi, których w obcym mieście nagle robi się bardzo dużo. Do części pokoi wchodzi się bez butów; są w nich tatami, papierowe ekrany shōji i głębokie wanny z drewna hiba. Na dachu personel uprawia z kolei mały warzywnik w starych walizkach zamiast donic – z pomidorami, truskawkami, ziołami i kawowcami. Część zbiorów trafia później na talerze.

image-20261009095448-10
​​​​​​​Niwa Hotel, fot. Arek Zagata
image-20261009095458-11
​​​​​​​Warzywnik na dachu Niwa Hotel, fot. Arek Zagata

Najbardziej lubiłem poranki w hotelowej restauracji YUKURI. Wybierałem tradycyjny zestaw: ryż, miso, grillowaną rybę, tamagoyaki – lekko słodki, zwijany omlet, ikurę, czyli ikrę łososia, tofu i nukazuke, warzywa fermentowane w otrębach ryżowych, wszystko podane przy oknie wychodzącym na ogród. Wieczorem YUKURI serwuje kaiseki, czyli wielodaniową kolację opartą na sezonowych składnikach, ryby z regionu Bōsō, tradycyjne odmiany warzyw z Tokio i ręcznie robioną soba. Kryty dachówką pawilon i kamienna ścieżka prowadząca przez ogród sprawiają, że współczesny hotel na chwilę otwiera drzwi do dawnej Japonii.

image-20261009095515-12
​​​​​​​Śniadanie w Niwa Hotel, fot. Arek Zagata

Co zobaczyć w Tokio?

Nezu Museum

image-20261009095556-13
​​​​​​​Nezu Museum, fot. Arek Zagata

Nezu Museum w Minami-Aoyamie zachwyciło mnie najbardziej. Żeby do niego dojść, schodzi się z Omotesando, mijając szklane fasady i butiki luksusowych marek, aż nagle pojawia się bambusowa aleja prowadząca do muzeum zaprojektowanego przez Kengo Kumę. W środku trafiłem na ceramikę z Chin, Japonii i Korei, ale jeszcze większe wrażenie zrobił ogród: staw, kamienne latarnie i pawilony herbaciane, kompletnie odcięte od miasta. W NEZUCAFÉ zamówiłem sernik i iced latte i przez chwilę bardzo poważnie rozważałem odwołanie reszty planu dnia.

image-20261009095606-14
​​​​​​​Nezu Museum, fot. Arek Zagata

The National Museum of Modern Art, Tokyo – MOMAT

image-20261009095633-15
​​​​​​​Muzeum MOMAT, fot. Arek Zagata

W MOMAT trafiłem na retrospektywę Hiroshiego Sugimoto, jednego z najważniejszych współczesnych japońskich fotografów. Morza przecięte idealną linią horyzontu, puste ekrany kin fotografowane przez cały seans, czarno-białe, abstrakcyjne krajobrazy – i chyba najlepsze światło wystawiennicze, jakie widziałem w życiu. Zdjęcia wyłaniały się z ciemności, jakby same świeciły. W MOMAT warto zostać dłużej dla stałej kolekcji japońskiej sztuki nowoczesnej.

image-20261009095643-16
​​​​​​​Muzeum MOMAT, fot. Arek Zagata

Gdzie na zakupy?

Closet Child, Harajuku

Second-hand poświęcony właściwie wyłącznie Vivienne Westwood. Zamiast przypadkowego vintage są tu całe warstwy jej świata: tartany, Love Jackets, drapowane sukienki Squiggle, rzeczy z linii Anglomania i Vivienne Westwood MAN, buty, biżuteria i akcesoria. Bardziej archiwum jednej projektantki niż zwykły vintage shop.

MIDWEST Tokyo, Jinnan

Japońska instytucja działająca od 1976 roku, z bardzo mocnym miksem lokalnej awangardy i zagranicznych projektantów. Obok japońskich marek  doublet, KIDILL, Maison Mihara Yasuhiro, Mame Kurogouchi czy TAAKK wiszą Rick Owens, Simone Rocha, Charles Jeffrey Loverboy i Guidi. MIDWEST od dekad wyłapuje też młodych japońskich projektantów, zanim staną się oczywistymi nazwiskami.

LGL TOKYO, Yūtenji

image-20261009095704-17
​​​​​​​Mat. prasowe LGL Tokyo

Sklep niemal w całości poświęcony archiwalnemu Yohji Yamamoto. Otwarty w sierpniu 2026 roku, kryje za nieoznaczonym wejściem rzeczy z Yohji Yamamoto Pour Homme, Y’s i pobocznych linii, w tym modele z lat 80. i 90. Trafiają się prawdziwe znaleziska: sample, garnitury sprzed czterech dekad czy ubrania z okresu słynnego wspólnego pokazu Yohjiego i Comme des Garçons z 1991 roku. Rzadkie miejsce, w którym archiwum jednego projektanta jest właściwie głównym bohaterem sklepu.

Lemaire Ebisu

image-20261009095736-18
​​​​​​​Mat. prasowe Lemaire

Pierwszy tokijski flagship marki Christophe’a Lemaire’a i Sarah-Linh Tran zajmuje dwupiętrowy dom z lat 60. z własnym ogrodem. W środku są japoński tynk, ekrany shōji, bambusowe rolety sudare, tatami, stare kilimy i replika słynnej kozetki Freuda. Miękkie krawiectwo i oszczędne proporcje Lemaire ogląda się tu bardziej jak w czyimś bardzo dobrze urządzonym domu niż w sklepie.

Gdzie jeść?

image-20261009095753-19
​​​​​​​Fot. Arek Zagata

Między pokazami ratowały mnie konbini: onigiri, kanapki z jajkiem i ciepłe przekąski potrafiły zastąpić lunch. Gdy czasu było trochę więcej, zaczynały się naprawdę dobre rzeczy.

Tonkatsu Kagurazaka Sakura, Shibuya

image-20261009095817-20
​​​​​​​Fot. Arek Zagata

Gruby, soczysty kotlet wieprzowy w lekkim, chrupiącym panko, do tego góra drobno poszatkowanej kapusty, biały ryż, miso i pikle. Prosty, porządny obiad i z powrotem do pracy.

Shinbashi New Tomochin Ramen, Jimbocho

image-20261009095841-21
​​​​​​​Fot. Arek Zagata

Chan-kei to młodszy tokijski styl ramenu: klarowny, mocno sojowy bulion na wieprzowinie, płaskie kluski i dużo cienko krojonego chashu. W New Tomochin miskę dostaje się niemal po brzegi wypełnioną bulionem i mięsem, a obok porcję białego ryżu. Je się na stojąco przy ladzie.

Sumiyaki Robata Marui, Udagawacho

image-20261009095902-22
​​​​​​​Fot. Arek Zagata

Robata oznacza grillowanie ryb, mięsa i warzyw nad węglem, niemal na oczach gości. Przy szerokim kontuarze otaczającym palenisko stół szybko zapełnił się grillowaną rybą, kalmarem, piklami i kani miso – intensywną, kremową pastą z wnętrzności kraba zapiekaną w skorupie. Słone, dymne, brudzące palce i idealne do lodowatego piwa.

Kyoto Hyoto Shibuya

image-20261009095912-23
​​​​​​​Fot. Arek Zagata

image-20261009095934-24
​​​​​​​Fot. Arek Zagata

Po hałasie Shibuyi: jasne drewno, przesuwne przepierzenia i prywatne pokoje z horigotatsu, niskimi stołami z zagłębieniem na nogi. Specjalnością jest dashi-shabu: cieniutkie plastry wieprzowiny zanurza się na kilka sekund w gorącym garnku razem z warzywami, grzybami i tofu, a potem macza w aromatycznym dashi. Wszystko powoli, po jednym plasterku i jednej miseczce.

Honoji Aoyama

image-20261009100205-25
​​​​​​​Fot. archiwum prywatne

Z Aoyama-dori schodzi się po schodach do piwnicy; za drzwiami czekają otwarta kuchnia, drewniane stoły i ściana zaklejona wąskimi kartkami z ręcznie wypisanym menu. Karta jest długa: sashimi, yakitori, smażone warzywa, menchi-katsu, sake i shōchū. U nas pojawiały się kolejne szaszłyki, warzywa i małe talerze do dzielenia, popijane piwem. Jedliśmy długo, trudno było przestać domawiać.

Na coś słodkiego

Sasama, Jimbocho

image-20261009100239-26
​​​​​​​Fot. Arek Zagata

Tradycyjna cukiernia specjalizująca się w wagashi – japońskich słodyczach z pasty z fasoli azuki lub białej fasoli, mąki ryżowej i agaru. W gablocie wyglądają jak małe rzeźby: kwiaty, liście i geometryczne formy zmieniają się wraz z porami roku. Sasama słynie też z Matsuba Monaka– kruchej waflowej skorupki wypełnionej słodką pastą z czerwonej fasoli.

Okame Kojimachi

image-20261009100259-27
​​​​​​​Fot. Arek Zagata

Okame to kanmidokoro, czyli kawiarnia z tradycyjnymi japońskimi słodyczami. Nie przychodzi się tu po croissanta i cappuccino, tylko na anmitsu, ohagi, kakigori i herbatę. Kakigori to niemal puszysty strugany lód z matchą i anko, pastą z czerwonej fasoli; anmitsu łączy galaretkę z agaru, owoce, anko i ciemny syrop kuromitsu, a ohagi robi się z kleistego ryżu oblepionego pastą fasolową, sezamem albo kinako. Jeszcze nigdy nie zjadłem naraz tyle fasoli – i to na deser.

Fashion Week był powodem, dla którego przyleciałem do Tokio. Ale miasto zapamiętałem z tego, co było się pomiędzy pokazami: śniadania w ogrodzie, ciężkiej torby ze starymi magazynami, dymu z robaty i ciszy w Nezu. Po tygodniu nie polecam tego, co „trzeba zaliczyć”. To adresy, do których chcę wrócić.