Są obietnice, które składamy z przekonaniem, że będziemy potrafili ich dotrzymać. „Na dobre i na złe”, „w zdrowiu i w chorobie”, „aż do śmierci”. W dniu ślubu brzmią jak deklaracja miłości, a nie zobowiązanie, którego ciężar poznamy dopiero po latach. Bo łatwo wyobrażać sobie wspólną przyszłość, kiedy oboje jesteśmy młodzi, pełni energii i przekonani, że najlepsze dopiero przed nami. Trudniej zaakceptować, że ta przyszłość przyniesie również zmarszczki, choroby, utratę sił i zmiany, na które nie mamy wpływu.

WIDEO…

player placeholder

W „Czasie, który nie nadszedł” Julia Rogowska bierze tę dobrze znaną obietnicę i umieszcza ją w rzeczywistości, w której starość stała się największym tabu. Jej pełnometrażowy debiut, z Agatą Kuleszą i Dobromirem Dymeckim w rolach głównych, opowiada o świecie, w którym można wybrać wieczną młodość. Tyle że za tym wyborem kryje się cena znacznie wyższa, niż sugerują reklamy nowego, lepszego życia.

Recenzja nie zawiera spoilerów.

Zobacz także:

Siedemdziesiąt lat? Kiedyś pomyślałabym: to wystarczy

Czas który nie nadszedł
mat. prasowe

Sara i Oskar zakochali się w sobie, planując wspólną przyszłość. Chcieli się razem zestarzeć, ale w świecie, który oferuje kurację antygeriatryczną, ich deklaracja zostaje wystawiona na próbę. Oskar decyduje się na zabieg, który zapewnia mu młodość i miejsce w nowym społeczeństwie. Sara odmawia. W konsekwencji trafia do zamkniętego ośrodka izolacji, podczas gdy jej ukochany pozostaje częścią świata, który nie chce dopuścić do siebie myśli o przemijaniu. Po latach ich drogi ponownie się przecinają. Oboje muszą zmierzyć się z decyzjami, których konsekwencje okazały się znacznie poważniejsze niż chwilowy spór o przyszłość.

Oglądając ten film, pomyślałam, jak bardzo zmienia się nasza perspektywa wraz z wiekiem. Gdybym miała osiemnaście lat, być może uznałabym siedemdziesiątkę za całkiem rozsądny moment, by powiedzieć „dość”. Po co czekać na reumatyzm, kolejne choroby, pogarszający się słuch czy demencję? Po co godzić się na ograniczenia, skoro można ich uniknąć? Kuracja wydawałaby się kuszącą obietnicą: zachować sprawność, atrakcyjność i niezależność, nie oglądając się na upływające lata.

Dziś, mając 36 lat i rodziców, którzy skończyli 71, myślę o siedemdziesiątce zupełnie inaczej. To przecież nie koniec opowieści. To wciąż czas na podróże, spotkania, odkrywanie nowych miejsc, nadrabianie zaległości i realizowanie planów odkładanych przez lata. Jest jeszcze tyle do zobaczenia, przeczytania i przeżycia. Nie chciałabym odchodzić tak młodo. I coraz trudniej patrzeć na starość jak na listę strat, skoro może być kolejnym, pełnoprawnym etapem życia.

„Czas, który nie nadszedł” uruchamia podobne pytania, nie sprowadzając ich wyłącznie do lęku przed chorobami. Bo co właściwie wybieramy, decydując się na wieczną młodość? Dłuższe życie czy próbę zatrzymania go w najbardziej atrakcyjnym momencie? I czy za obietnicą zdrowia nie kryje się również presja, by jak najdłużej wyglądać tak, jak wymaga tego świat?

O miłości, która miała przetrwać wszystko

Czas który nie nadszedł
mat. prasowe

Dla mnie najważniejszy w tym filmie jest jednak nie sam wybór między starzeniem się a kuracją. To historia miłości, która nie wytrzymała konfrontacji z przyszłością. Sara i Oskar obiecali sobie wspólne życie, ale kiedy pojawiła się możliwość zachowania młodości, on wybrał inaczej. Wybrał bezpieczeństwo, sprawność i miejsce w świecie, który nagradza tych, którzy nie chcą się zmieniać. Sarę pozostawił po drugiej stronie.

Nie chodzi o to, by potępiać każdą osobę, która chciałaby uniknąć chorób i fizycznego cierpienia. Strach przed starością jest ludzki. Film pyta jednak, co dzieje się z miłością, kiedy przestajemy traktować wspólną przyszłość jako całość, a zaczynamy wybierać z niej tylko wygodne fragmenty. Czy można obiecać komuś, że spędzi się z nim życie, jeśli nie akceptuje się tego, jak to życie będzie wyglądało?

W tej opowieści starość nie jest wyłącznie zmianą wyglądu czy sprawności. Staje się sprawdzianem wierności własnym deklaracjom. Oskar zawodzi Sarę, bo wybiera przyszłość, w której nie ma miejsca na to, co wcześniej miało być ich wspólnym doświadczeniem. A przecież miłość to nie tylko zachwyt nad drugą osobą w jej najlepszym momencie. To również gotowość, by zobaczyć ją wtedy, gdy czas odciśnie na niej swoje ślady.

Śmierć, której nie ma. I żałoba, której nikt nie przeżywa

Czas który nie nadszedł
mat. prasowe

Reżyserka Julia Rogowska ciekawie pokazuje też świat, który właściwie nie potrafi już mierzyć się ze śmiercią. W filmie człowiek po osiągnięciu terminu przydatności dosłownie znika z porządku codzienności, a jego ciało zostaje potraktowane jak problem do usunięcia. Pojawiają się maszyny, które sprzątają pozostałości, po czym życie wraca do zwykłego rytmu. Jakby nic się nie wydarzyło.

Ten obraz jest jednym z najbardziej niepokojących elementów filmu. Śmierć przestaje być doświadczeniem, wobec którego trzeba się zatrzymać, a staje się techniczną czynnością. Nie ma czasu na pożegnanie, na rozpacz, na próbę zrozumienia straty. Nie ma nawet miejsca na chwilę, w której świat uznaje, że ktoś był, a teraz go nie ma.

A przecież żałoba jest częścią miłości. Nie da się przeżyć z kimś życia, nie godząc się z tym, że kiedyś może go zabraknąć. Nie da się też ominąć bólu, nie tracąc czegoś ważnego po drodze. W wizji Rogowskiej eliminacja starości nie przynosi więc prawdziwego zwycięstwa nad przemijaniem. Raczej odbiera ludziom język, którym mogliby o nim rozmawiać, i przestrzeń, w której mogliby przeżywać stratę.

W tym sensie „Czas, który nie nadszedł” można czytać jako ostrzeżenie przed światem, który za wszelką cenę chce utrzymać tempo. Przed rzeczywistością, w której nie ma miejsca na słabość, niedoskonałość, zatrzymanie się. Także na smutek, który nie znika tylko dlatego, że system uznał go za niepraktyczny.

Agata Kulesza i reszta obsady. Mocny punkt debiutu Julii Rogowskiej

Czas który nie nadszedł
mat. prasowe

„Czas, który nie nadszedł” to pełnometrażowy debiut fabularny Julii Rogowskiej, która nad pomysłem na film pracowała przez dziesięć lat. Produkcja znalazła się w Konkursie Głównym 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie zdobyła Złotego Klakiera Radia Gdańsk za najdłużej oklaskiwany film festiwalu. Oklaski trwały osiem minut i 36 sekund. To imponujące przyjęcie dla debiutu, którego punkt wyjścia jest jednocześnie futurystyczny i bardzo bliski naszym codziennym lękom.

Największą siłą filmu pozostaje obsada. Agata Kulesza jest znakomita jako Sara - nie robi z niej pomnika cierpienia ani bohaterki, która przez cały czas musi wygłaszać ważne prawdy. Jej postać ma w sobie upór, wrażliwość i zwyczajną ludzką niezgodę na to, co ją spotkało. Kulesza potrafi pomieścić w jednej roli bunt, zmęczenie, radość i nadzieję, nie popadając w przesadę. To kreacja, która nadaje tej futurystycznej koncepcji konkretny, emocjonalny wymiar.

Dobromir Dymecki dobrze ją dopełnia. Jego Oskar nie jest jedynie czarnym charakterem, który podejmuje złą decyzję. To człowiek, który wybiera rozwiązanie kuszące i zrozumiałe, a dopiero później musi zmierzyć się z jego konsekwencjami. Film jest ciekawszy, gdy pozwala zobaczyć ten wybór jako ludzką słabość, a nie prosty podział na dobrych i złych.

Ważny oddech przynosi również Bartosz Bielenia. W scenie z Agatą Kuleszą, w której pojawia się „Bubbletea” Quebonafide i Darii Zawiałow, film na moment przypomina, czym była młodość, zanim stała się obowiązkiem. Jest w tej sekwencji lekkość, spontaniczność i energia, których nie da się zaprogramować ani zakonserwować. To także przypomnienie, że młodość nie jest wyłącznie stanem ciała. To sposób przeżywania świata, który nie musi kończyć się wraz z kolejnymi urodzinami.

Ważną częścią aktorskiego zespołu są również Michalina Łabacz jako Layla, Anna Bieżyńska jako młoda Sara i Weronika Humaj w roli dyrektorki Ostoi. Vanessa Aleksander i Maciej Musiał wcielają się w rodziców Layli, a Tomira Kowalik gra Lolę. Każda z tych postaci poszerza obraz społeczeństwa, które nauczyło się traktować starość jak coś, co należy wyeliminować. Obsada nie sprowadza się więc do centralnego duetu Kulesza–Dymecki: to spotkania różnych osobowości pomagają zbudować rzeczywistość, w której młodość staje się społecznym przywilejem, a starzenie się - powodem wykluczenia.

„Czas, który nie nadszedł” czy to science fiction? Nie do końca

Czas który nie nadszedł
mat. prasowe

„Czas, który nie nadszedł” korzysta z elementów science fiction i dystopii, ale nie nazwałabym go klasyczną opowieścią z gatunku. Nie chodzi tu przede wszystkim o rozbudowanie futurystycznego świata ani o pokazanie technologii, która zmieniła wszystkie zasady życia. To raczej historia obyczajowa i melodramat, które za pomocą fantastycznego pomysłu przyglądają się bardzo współczesnym lękom.

Nie wszystko w tej wizji jest równie przekonujące. Świat przedstawiony mógłby zostać rozwinięty mocniej, bo jego społeczne reguły bywają jedynie zarysowane. Rozumiem ten niedosyt, który pojawia się w komentarzach widzów, którzy zdążyli już zobaczyć film. Sama również4 nie oczekiwałam wyłącznie efektownego konceptu. Ale nie uważam, by musiał on rozstrzygać wszystkie pytania o funkcjonowanie przyszłego społeczeństwa, żeby poruszyć coś istotnego. Najmocniej działa wtedy, gdy wraca do Sary, Oskara i konsekwencji ich wyborów.

Dystopia kojarzy mi się ze światem, w którym nadzieja została już odebrana. Tutaj wciąż jest na nią miejsce. Nie tyle na wynalezienie kolejnej technologii, która rozwiąże wszystkie problemy, ile na możliwość pozostania sobą. Na odmowę uczestnictwa w wyścigu, w którym stawką jest wieczna młodość. Na zgodę, że nasze ciała będą się zmieniać, a życie nie musi przez to tracić wartości.

Bo być może największą pułapką nie jest samo starzenie się, lecz przekonanie, że trzeba za wszelką cenę przed nim uciekać. Że każda zmarszczka jest porażką, każda słabość powodem do wstydu, a każda chwila, w której zwalniamy, oznacza, że zostajemy w tyle.

„Czas, który nie nadszedł” nie daje prostych odpowiedzi, ale zostawia z pytaniem, które trudno zbyć wzruszeniem ramion: jeśli decydujemy się spędzić z kimś życie, czy nie wybieramy tym samym również starości u jego boku? Nie tej wyretuszowanej, bezpiecznej i pozbawionej niedogodności. Prawdziwej - z jej niepewnością, zmianami i czasem, którego nie da się zatrzymać.

I może to właśnie jest najważniejsza obietnica, jaką możemy sobie złożyć. Nie że nigdy się nie zmienimy, ale że nie przestaniemy być dla siebie ważni, kiedy zmieni się wszystko inne.

„Czas, który nie nadszedł” od dziś 16 października 2026 w kinach w całej Polsce. Za dystrybucję odpowiada Next Film.