Nie znam chyba osoby, która nie zna choć jednej piosenki Lady Pank. Sama po sobie wiem doskonale, że utwory takie jak „Mniej niż zero”, „Kryzysowa narzeczona” czy oczywiście klasyk wszystkich gitarzystów – „Zawsze tam, gdzie Ty” – potrafią wyciągnąć na parkiet nawet największych hejterów wesel i imprez rodzinnych.

WIDEO…

player placeholder

C-dur, a-moll, F-dur, G-dur. Cztery podstawowe akordy, dzięki którym można zagrać naprawdę sporo znanych piosenek. I nagle człowiek, który zarzekał się, że nigdy więcej gitary nie weźmie do ręki, po kilku łykach magicznej odwagi sam próbuje sobie przypomnieć, gdzie położył instrument.

Lady Pank to jednak nie tylko muzyka. To także teksty. Teksty, których może nigdy nie uczyliśmy się na pamięć, a jednak znamy je niemal od pierwszej do czwartej zwrotki, czasem z jedną pomyłką. To ikona polskiego rocka. Ikona PRL-u, wolności, marzeń. Gitarowych riffów, które w szarej rzeczywistości pozwalały na chwilę zrobić coś po swojemu. Dźwięków, które miały w sobie kolor, nawet jeśli czasy, w których powstawały, bardzo często tego koloru nie miały.

Zobacz także:

Ale Lady Pank to także mniej chlubna część historii polskiej sceny muzycznej. Alkohol lejący się litrami. Jan Borysewicz i Janusz Panasewicz mający na koncie niejedną burdę. Odwołane koncerty albo takie, które lepiej byłoby chyba odwołać. Polska zwykle dzieliła się w takich sytuacjach na pół. Jedni wybaczali, bo przecież rock’n’roll, wolność, anarchia. Drudzy patrzyli z dezaprobatą na to, co artysta wyprawia na scenie.

Po co ten wstęp?

Ano właśnie po to, że dziś, siadając z poranną kawą, przeczytałam kilka recenzji „Mniej obcego” i kompletnie nie rozumiem części krytyki, jaka wylała się na ten film.

„Mniej obcy” nie próbuje wybielić Jana Borysewicza

Mniej obcy recenzja
mat. prasowe

Padają zarzuty, że to kino familijne. Że Borysewicz został pokazany zbyt standardowo. Że zasłużył na więcej. Że sukces goni sukces, kryzys goni kryzys, a potem przychodzi wielki finał. Że film jest przewidywalny i schematyczny. Tylko czy naprawdę właśnie tego miałam od niego oczekiwać?

Przecież tak w dużej części wygląda historia Lady Pank. Tak wyglądało życie Jana Borysewicza i zresztą nie tylko jego. Tak powstało wiele - zwłaszcza rockowych polskich zespołów. Czasem wszystko zaczyna się układać i nagle los nam sprzyja na każdym kroku. Pojawia się sukces za sukcesem, kolejne drzwi się otwierają, marzenia zaczynają być rzeczywistością. A kiedy przychodzi kryzys – szczególnie jeśli dokładamy do niego alkohol, używki, impulsywność i autodestrukcyjne zachowania – lawina jest właściwie murowana. „Mniej obcy” bardzo dobrze to pokazuje.

Oczywiście, film omija pewne fakty z życia Jana Borysewicza. Oczywiście, momentami prowadzi nas trochę po sznurku. Tylko że mnie to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Dzięki temu film ogląda się bardzo dobrze. Bo czy naprawdę chcemy po raz kolejny wracać do gołej d*** Jana Borysewicza wystawionej na scenie? Jeśli macie ochotę, odpalcie sobie odpowiedni koncert na YouTubie. „Mniej obcy” nie musi być katalogiem wszystkich wybryków muzyka. Znacznie ciekawsze jest pytanie: dlaczego tak się działo?

I właśnie w tym miejscu zaczyna się dla mnie ten film. Pokazuje wczesne lata Jana, jego upór, drogę do marzeń i całą listę trudności, które musiał pokonać, żeby znaleźć się tam, gdzie od zawsze chciał być. Pokazuje człowieka, którego ukształtowały nie tylko muzyka i ambicja, ale również rodzina, straty, relacje i rzeczy, na które nie miał żadnego wpływu. To nie jest historia o grzecznym chłopaku, który miał marzenie, założył zespół i został gwiazdą. I dobrze.

Mikołaj Bukrewicz. Nieopierzenie, które działa

Mniej obcy recenzja
mat. prasowe

Największym zaskoczeniem jest dla mnie Mikołaj Bukrewicz. To jego aktorski debiut. I nie taki debiut, który można przeoczyć. Bukrewicz od razu dostał główną rolę w pełnometrażowym filmie, który trafił do Konkursu Głównego 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Co więcej, podczas festiwalu otrzymał Nagrodę GQ Poland dla Filmowego Wizjonera.

I wiecie co? Dla mnie ten wybór jest strzałem w dziesiątkę. Jego nieopierzenie na planie, naturalność, momentami zagubienie idealnie pasują do tej roli. Bukrewicz nie wygląda jak aktor, który przyszedł odegrać Jana Borysewicza. Wygląda jak chłopak, który próbuje zrozumieć człowieka, w którego skórę właśnie wszedł.

Ma też atut, który dało mu życie – niesamowity głos, który po prostu zrobi wam dobrze w głowie. Muzyczna przeszłość nie jest tu dodatkiem do biografii aktora, tylko czymś, co słychać i widać w tej roli. Bukrewicz jest muzykiem i kompozytorem, a do castingu trafił bez wcześniejszego doświadczenia aktorskiego. Podczas przesłuchania sięgnął po gitarę i zagrał „Wciąż bardziej obcy”.

Momentami, w tej lekkiej arogancji i bucie, bardzo przypomina mi Jana Borysewicza. Człowieka, który nigdy szczególnie nie chciał dopasowywać się do świata. Raczej świat miał dopasować się do niego. A jeśli nie – to won. I paradoksalnie właśnie ta surowość sprawia, że wierzę mu bardziej niż gdybyśmy dostali perfekcyjnie przygotowaną imitację rockowej legendy.

Kinga Preis, Ireneusz Czop i rodzina, która zostaje z człowiekiem na całe życie

Mniej obcy recenzja
mat. prasowe

Mogłabym tu peany pisać na temat Kingi Preis, która gra matkę Jana, oraz Ireneusza Czopa wcielającego się w jego ojca. To jest ten rodzaj rodziny, który wiele osób może znać z własnego domu albo z domów swoich rodziców, wujków czy dziadków. Typowy facet z PRL-u. Wódka na stole. „Dzieci i ryby głosu nie mają”. Przekonanie, że ojciec wie najlepiej, a jeśli dziecko wybiera inną drogę, trzeba je z niej zawrócić.

Tyle że pod tą nieudolną próbą ochronienia własnego dziecka przed losem, jaki samemu przyszło mu wybrać, kryje się coś bardziej skomplikowanego. Jest lęk. Jest bezradność. Jest przekonanie, że zakaz, krzyk i przemoc są czasem jedynymi narzędziami wychowawczymi, jakie zna człowiek. Zamiast rozmowy – zakaz. Zamiast próby zrozumienia – krzyk. I takie rzeczy zostają w człowieku na długo.

Dlatego tak ważne w tym filmie są rodzinne relacje. Jan Borysewicz nie pojawia się tutaj znikąd. Zanim stał się Janem Borysewiczem, którego zna cała Polska, był chłopakiem z własną historią, własnymi ranami i własnym sposobem radzenia sobie z tym, czego nie potrafił naprawić. Dobrze, że film nie ogranicza się wyłącznie do Lady Pank.

W obsadzie pojawia się również Patryk Pietrzak jako Andrzej Mogielnicki – współzałożyciel zespołu i autor tekstów, którego znaczenie dla historii Lady Pank trudno przecenić. W muzyków zespołu wcielają się także Hubert Miłkowski, Krzysztof Oleksyn, Mikołaj Matczak i Marcel Barra jako Janusz Panasewicz.

Na dwie godziny naprawdę przenosimy się do tamtych lat

Mniej obcy recenzja
mat. prasowe

Jest jeszcze coś, co bardzo lubię w „Mniej obcym”: scenografia, kostiumy i cały sposób, w jaki film przenosi nas w czasie. Nie tylko pokazuje PRL. On pozwala na chwilę w nim pobyć. Na koncertach zamiast telefonów są zapalniczki. Są kolorowe stroje. Inaczej wyglądają ulice, mieszkania, kluby. Czas płynie trochę inaczej.

Oczywiście PRL był szarym momentem polskiej rzeczywistości. Bieda, strach, brak wielu rzeczy, które dzisiaj wydają się oczywiste. Ale był też czasem, w którym dzięki takim zespołom jak Budka Suflera, Perfect, Lady Pank czy Republika, a także artystkom takim jak Izabela Trojanowska czy Mira Kubasińska, potrafiliśmy tę rzeczywistość sobie pokolorować.

Kolorami, jakimi chcieliśmy. A muzyka miała wtedy znaczenie większe niż tylko rozrywkowe.

„Mniej obcy”, czyli film, po którym inaczej słucham Lady Pank

Mniej obcy recenzja
mat. prasowe

Muzycznie ten film jest genialny. Oczywiście ogromna w tym zasługa Lady Pank, ale także decyzji produkcji o tym, kiedy i który utwór wybrzmiewa. Bo można mieć w filmie największe przeboje zespołu i po prostu zrobić z nich świetną ścieżkę dźwiękową. Można też sprawić, że widz wróci do tych piosenek po seansie.

Ja po „Mniej obcym” zrobiłam to drugie. Znałam te utwory. Słyszałam je dziesiątki, jeśli nie setki razy. Śpiewałam je. Znałam melodie. Wydawało mi się, że znam również teksty. A potem po filmie zaczęłam czytać je jeszcze raz.

I nagle „Wciąż bardziej obcy” przestało być dla mnie tylko kolejną piosenką Lady Pank. Zaczęłam słuchać jej przez pryzmat życia Janka. Przez moment, w którym powstała. Przez człowieka, który ją śpiewał i który przez lata próbował znaleźć swoje miejsce między muzyką, sukcesem, rodziną, autodestrukcją i potrzebą wolności.

Nagle słowa, które znałam na pamięć, zaczęły znaczyć coś trochę innego. Po to powinny powstawać muzyczne biografie. Nie tylko, żeby opowiedzieć nam, kto z kim grał, kiedy powstał zespół i który koncert zakończył się skandalem. Dobra muzyczna biografia powinna sprawić, że po napisach końcowych chcemy ponownie włączyć muzykę artysty. Posłuchać uważniej. Przeczytać tekst. Zastanowić się, co za nim stało.

„Mniej obcy” zrobił ze mną dokładnie to. Jan Borysewicz po tym filmie stał się dla mnie mniej obcy. Bardziej zrozumiały. Spojrzałam na artystę inaczej. Czy mniej krytycznie za jego wybryki i uzależnienie? Nic z tych rzeczy. Ale inaczej spojrzałam na jego twórczość. Na jej sens. Na jej moc. Na to, dlaczego te piosenki przez dekady zostały z nami.

Nie walczcie ze swoim wewnętrznym muzykiem

Mniej obcy recenzja
mat. prasowe

„Mniej obcy” od dziś jest już dostępny dla wszystkich na Netflixie. Ja po raz pierwszy widziałam go dwa dni temu. Od tamtego momentu chodzę i śpiewam „Marchewkowe pole”. Moja playlista na Spotify? Oczywiście „The Best of Lady Pank”. Nie ma szans, żeby to się wam nie zadziało.

Dlatego chyba nie potrafię przyłączyć się do części zarzutów, że film jest zbyt przewidywalny, zbyt prosty czy zbyt bezpieczny. Dla mnie jego największą siłą nie jest to, że opowiada historię, której wcześniej nie znaliśmy. Największą siłą jest to, co robi z historią, którą wydawało nam się, że znamy.

Nie wybiela Borysewicza. Nie każe nam zapomnieć o jego błędach. Nie mówi, że rock’n’roll usprawiedliwia wszystko. Zamiast tego pozwala przez chwilę zobaczyć człowieka stojącego za legendą. A potem robi coś jeszcze lepszego. Oddaje go muzyce.

Więc nie walczcie po filmie ze swoim wewnętrznym muzykiem. Ściągnijcie gitarę z szafy. Zetrzyjcie z niej dziesięcioletni kurz. Nastrójcie ją. Wrzućcie C-dur, a-moll, F-dur, G-dur. I pozwólcie się przenieść w czasie. I znowu trochę pomarzyć.

„Mniej obcy” jest od 7 października dostępny na Netflixie.