Reklama

Są filmy, które ogląda się raz i natychmiast o nich zapomina. I są też takie, do których wraca się po ciężkim tygodniu, w deszczowy wieczór albo wtedy, gdy świat wydaje się trochę zbyt głośny. Właśnie dlatego stare romanse wciąż mają w sobie coś kojącego - przypominają, że wielkie emocje nie zawsze potrzebują spektakularnych zwrotów akcji. Czasem wystarczy dobra rozmowa, kilka przypadkowych spotkań i bohaterowie, którym naprawdę kibicujemy.

„Czas na miłość”, który powstał w 2013 roku należy właśnie do tej drugiej kategorii. To jeden z tych filmów, które z wiekiem smakują nawet lepiej, bo pod warstwą lekkiej komedii romantycznej ukrywają historię o przemijaniu, rodzinie i docenianiu codzienności. Jeśli w planach jest wieczór z filmem, który potrafi być jednocześnie czuły i bezlitośnie szczery, ten tytuł jest idealnym wyborem.

Elle newsletter
elle.pl

Jedna decyzja, tysiąc konsekwencji: o czym naprawdę jest „Czas na miłość”

Czas na miłość
mat. prasowe

Tim Lake odkrywa, że w jego rodzinie istnieje sekret przekazywany z ojca na syna: mężczyźni potrafią cofać się w czasie. Brzmi jak fantazja o naprawianiu życia w stylu „jeszcze raz, ale lepiej” - jednak film szybko przestawia akcenty. Dar nie jest tu błyszczącym gadżetem, tylko intymnym narzędziem, które odsłania prawdę o relacjach: nawet gdy można powtórzyć pierwsze spotkanie, nie da się w nieskończoność omijać ceny za wybory.

Tim próbuje odmienić codzienność i w pewnym momencie poznaje Mary. Zakochanie ma w sobie lekkość klasycznej komedii romantycznej, ale podróże w czasie wprowadzają pęknięcia, niepewność i ryzyko, że jedno „poprawione” zdanie rozmontuje cały misterny układ. Film nie obiecuje bajki. Raczej stawia pytanie bliskie każdej z nas: czy gdyby dało się cofnąć czas, naprawdę chciałybyśmy wymazać potknięcia, które nas ukształtowały?

Obsada, która gra szeptem, a trafia w punkt

Czas na miłość
mat. prasowe

Na ekranie spotykają się aktorzy, którzy potrafią opowiadać emocje bez nadmiaru gestów. Domhnall Gleeson prowadzi Tima miękko, z uważnością, dzięki czemu jego bohater nie staje się „panem od cudów”, tylko człowiekiem, który uczy się odpowiedzialności. Rachel McAdams jako Mary wnosi naturalność i ciepło, a Bill Nighy dodaje historii elegancji i wzruszającej powagi.

W obsadzie są także: Lindsay Duncan, Tom Hollander, Margot Robbie, Lydia Wilson, Tom Hughes i Vanessa Kirby. Ten zestaw nazwisk działa jak dobrze dobrana garderoba kapsułowa: różne temperamenty, ale razem tworzą spójną całość, która ani na chwilę nie brzmi fałszywie.

Za film odpowiada Universal Pictures, a reżyserem i scenarzystą jest Richard Curtis — nazwisko szczególnie ważne dla miłośniczek komedii romantycznych, które wciąż chcą wierzyć w siłę dialogu, a nie w efekty specjalne. Curtis ma na koncie również nominację do Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny za „Cztery wesela i pogrzeb” (1995) i jest kojarzony z kultowymi tytułami tego gatunku.

Muzyka, która robi to, czego nie potrafią słowa

Czas na miłość
mat. prasowe

W „Czasie na miłość” ścieżka dźwiękowa nie jest tłem. To drugi narrator — dyskretny, ale bezbłędnie trafiający w moment, gdy w gardle rośnie wzruszenie. Film przypomina, że czasem jedna piosenka działa jak zapach perfum: przywołuje dawne miłości, nastroje i miejsca, o których myślało się, że zostały zamknięte w szufladzie.

To właśnie muzyka wzmacnia kontrast między romantyczną obietnicą „naprawię wszystko” a spokojniejszą, dojrzalszą prawdą o bliskości. Bo ten tytuł nie uwodzi rozmachem. Uwodzi detalem: pauzą w rozmowie, spojrzeniem, zwyczajnym porankiem, który okazuje się cenniejszy niż wielka deklaracja.

Romans wszechczasów dostępny na Prime Video

Czas na miłość
mat. prasowe

Dla tych, którzy chcą przejść od nastroju do seansu bez zbędnych poszukiwań, odpowiedź jest jasna: „Czas na miłość” jest dostępny online na Prime Video. Do wyboru są dwie opcje: wypożyczenie za 9,99 zł na 24 godziny albo zakup za 34,99 zł.

W praktyce to film, który równie dobrze sprawdzi się jako samotny seans na wyciszenie po długim dniu, jak i jako wspólny wieczór, kiedy ma się ochotę na historię romantyczną, ale nie cukierkową. I choć opowiada o podróżach w czasie, zostawia z myślą zaskakująco teraźniejszą: najważniejsze sceny życia często dzieją się nie wtedy, gdy wszystko jest idealne, tylko wtedy, gdy jesteśmy naprawdę obecni.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...