Więcej informacji dotyczących przekazania 1% podatku na fundację Rak'n'Roll znajdziecie TUTAJ

Marta: Jak to się zaczęło? Co to zmieniło?

Małgosia: Szczerze? Wyparłam. Nie pamiętam. Nie chce pamiętać. Przeraża mnie tego typu pytanie, bo to znaczy, że jeszcze raz muszę rozgrzebywać to, co już zamknęłam. To co jest przeszłością, do czego nie warto wracać. Trudno mi odtworzyć ten czas. A co się zmieniło? Właśnie to myślenie. Jestem tu i teraz – nie mam wpływu na przeszłość, ale mam wpływ na teraźniejszość. To się kłóci trochę z moim światopoglądem religijnym, bo powinnam pamiętać o życiu wiecznym. Ale wiem, że teraz wiele osób żyje przekonaniem, by smakować życie i doceniać to co mamy.

Marta: Wiem o co Ci chodzi – ja mam podobne poczucie. Nauczyłam się żyć się tu i teraz, nie martwię się tym, co będzie za chwilę.

Małgosia: Chociaż wiemy co będzie dalej (śmiech). To jest niebezpieczne w nas chorych, ciągle mnie wkurza to poczucie, że my zawsze mamy wątpliwości, że będzie gorzej, że będzie źle. A my nie mamy na to wpływu.

Marta: To prawda, tak właśnie jest. Słyszałam, że osobie chorej na raka nigdy nie mówi się, że po leczeniu jest zdrowa. Długo biłam się z tymi myślami. W końcu osobie, która załóżmy przeszła anginę mówią w pewnym momencie, że jest wyleczona, tak? Ale to nie oznacza, że już nigdy w życiu na nią nie zachoruje. Porównując te dwie sytuacje trochę się zbuntowałam. Łatwiej byłoby wyjść z gabinetu i żyć z przekonaniem, że jest się wyleczonym, prawda?

Małgosia: Tak. Z przekonaniem, że to już koniec. To jest właśnie chyba najbardziej wkurzające w nowotworze, że lubi co jakiś czas dawać o sobie znać. Leczymy jedno stadium, a potem okazuje się, że jest drugie. Ale kurczę, tak sobie zawsze myślę – jesteśmy! I to jest to. Jesteśmy i bądźmy jak najdłużej.

Kiedyś kolega powiedział mi coś, co bardzo przemówiło do mnie, ale jak podzieliłam się tą myślą z inną osobą, to jej reakcja była bardzo negatywna. Powiedział tak:

"Wyobraź sobie, że jesteś łódką na wzburzonym morzu, widzisz fale, ogromne, olbrzymie, piętrowe. Co robisz?” No jak to? Walczę! Uruchamiam wiosła, żagle motory, wszystko co się da. A po chwili zastanowienia jednak pomyślałam, że przecież nie mam szans z żywiołem...

„No to co robisz?” – dodał. Odpowiedziałam, że płynę. Mamy świadomość, że kiedy jest dół to jest spokojnie. A potem kiedy jest wznoszenie i jesteśmy na górze, to są emocje i wiemy, że one w końcu opadną. Wiemy, że to chwila, która może być dłuższa, może być krótsza. Ta niepewność i lęk i strach przed kolejnymi badaniami i diagnozami, gdy lekarz otwiera Twoje dokumenty, ale to nadal jest chwila. Potem się zbieramy i płyniemy…

Marta: Myślę, że coś w tym jest. U mnie bardziej był to taki „plaskacz w twarz” od życia. Otrzeźwienie, uderzenie, sygnał. Z tej perspektywy, gdy jestem na końcu leczenia, podczas radioterapii i myślę o tym jak było wcześniej, gdy ciągle dowiadywałam się, że jeszcze kolejny etap, a potem jeszcze kolejny to widzę, że płynę, ale w inną stronę. Widzę inne rzeczy, poświęcam odpowiednio dużo uwagi różnym kwestiom. Dla mnie jest to czas na redefinicję tego, co jest dla mnie ważne i czy moje życie jest z tym zgodne. Nabranie takiego dużego dystansu do siebie. Ja teraz uczę się siebie bardziej. Mogę nawet powiedzieć, że odbywam podróż w głąb siebie. I jest to spoko podróż.

Małgosia: Kogo teraz w sobie zobaczyłaś?

Marta: Gdy zadałaś to pytanie, to przypomniało mi się jak zgoliłam włosy i bardzo bałam się spoglądać w lustro. Bałam się kogo w nim zobaczę. Na początku trochę wypierałam to i nie patrzyłam w ogóle. Po czasie, po kilku miesiącach już patrzę i widzę siebie. Teraz patrzę i zaczynam akceptować wszystko, to co kiedyś ukrywałam, to czego się kiedyś wstydziłam.

Wcześniej bardzo porównywałam się do innych i zazdrościłam. Do teraz czasem zazdroszczę. Mam 30 lat, nie mam partnera, męża, nikogo bliskiego. Nie mam dzieci. Ja wiem, że na to jest czas i nie wszyscy muszą mieć rodzinę w określonym momencie… Ale ja zawsze tego tak bardzo chciałam.

Właśnie uczę się tego, że nie wszyscy muszą mieć to wszystko w tym samym czasie... A może, że to nie jest mi pisane? A może, że właśnie jest? Zobaczymy. Wiem, że jeszcze mam jakąś szansę. Mam takie chwile, że wiem, że muszę płynąć po tym co jest mi dane. Nie mogę za dużo zdziałać „za wszelką cenę”.

Małgosia: Trochę czułaś w sobie potrzebę spełniania oczekiwań innych, bycia taka jak inni, a w tym spełniać swoje oczekiwania odnośnie siebie. I to jest to. To nas gubi. Miałam podobnie. Ciągle czułam, że muszę spełniać oczekiwania, a to mojej szefowej, uczniów – a w tym wszystkim nie było mnie. Odniosę się jeszcze do tego, co powiedziałaś – czy według Ciebie ta choroba ogranicza marzenia? Odbiera realizowanie pragnień, celów?

Marta: Myślę, że w stu procentach nie, ale chwilowo tak. Czas leczenia jest dla mnie zbyt trudnym momentem, żeby dodatkowo skupiać się też na innej osobie. W obecnej chwili nie miałabym siły, żeby kogoś poznać. Nawet gdybym była w stanie to zrobić, to pewnie odsłoniłabym przed nim siebie nie do końca prawdziwą. Wiem, że teraz bardziej narzekam, ale nauczyłam się mówić o swoich potrzebach. Już się nie dostosowuje. Oduczyłam się tego, gdy byłam zbyt zmęczona, zbyt zła, chciałam łapać oddech. Myślę więc, że choroba ogranicza jedynie te krótkodystansowe plany, tych większych, ważniejszych nie. Wydaje mi się, że po tym wszystkim będę lepszą sobą.

Małgosia: Potwierdzam. Nie chciałabym, żeby to zabrzmiało jak licytowanie się, bo tu i tak nie ma punktów odniesienia. Ja stwierdzam, że jeszcze nie zmieniło mnie to na tyle ile bym chciała, ale w jakimś stopniu mnie to poprawiło. A czy myślisz, że ta choroba w jakimś stopniu uczy nas egoizmu? Czy my skupiamy na sobie za dużo uwagi w czasie leczenia?

Marta: Myślę, że w tej sytuacji trzeba być trochę egoistą. Ja zazwyczaj byłam aż zbyt empatyczna. Wydaje mi się, że trzeba to trochę porzucić. Ja o swojej chorobie starałam się nie mówić. Ograniczałam to do niezbędnych informacji. Wszystkim bliskim odpowiadałam zdawkowo i przez to zauważyłam rozluźnienie relacji. A oni jednak są po to, żeby mówić sobie o wszystkim, nawet o najgorszym.

Małgosia: Jak zareagowali Twoi znajomi, gdy dowiedzieli się, że jesteś chora?

Marta: Różnie. To były bardzo różne reakcje. Ja w sumie też nie wiedziałam czego oczekiwać, bo w moim środowisku nie miałam do czynienia z osobą chorą. Były łzy, było „będzie dobrze” i „jesteśmy z Tobą”. Było także poluzowanie relacji, bo niektórzy po prostu nie potrafili zareagować. Sama się temu nie dziwię, wtedy też na ich miejscu nie potrafiłabym się w tym odnaleźć. Tydzień po tym, jak się dowiedziałam, wyjechałam z moimi znajomymi do Portugalii na surfing i postanowiłam, że nikomu nie powiem. Nie chciałam psuć nastroju, ale pękłam gdzieś 3-4 dnia. Polało się trochę wina, trochę łez. Były to zwykłe ludzkie reakcje – przytulenie, pocieszanie. Nie mogłam już tego dusić w sobie. Za wszelką cenę chciałam, żeby ludzie nadal traktowali mnie tak samo, nadal byłam przecież tą samą osobą. Wyłapywałam wtedy wszelkie niuanse. Bardzo nie chciałam litości czy współczucia. Chciałam być tą samą osobą.

Małgosia: To, czego też ja nie oczekuję od ludzi to litość. Na taką postawę ludzi też na pewno wpływa demonizowanie nowotworu w Polsce.

Bo w naszym społeczeństwie wciąż istnieje przekonanie, że nowotwór to koniec, że już trzeba przygotowywać czarną sukienkę…

Marta: Mimo tego, że moja mama wyzdrowiała 15 lat temu i do teraz jest z nią wszystko dobrze, to w momencie, w którym ja się dowiedziałam o sobie, to widziałam koniec. Myślałam, że będzie trzeba szukać sukienki do trumny. A mój przypadek to rak piersi, choroba przewlekła. Przyszły do głowy te wszystkie tragiczne filmy, pokazujące historię osób, które zmagały się z nowotworami. Bardzo mało jest takich filmów, które kończą się happy endem.

Małgosia: Zastanawia mnie fakt, dlaczego nie pokazują tego jak bohaterka jest zła. Bo zupa jest za słona, bo waciki jej się skończyły – nie ukazują nas w takiej prozie życia. Tylko – i tu jest kolejny temat, w którym pięknie działa Fundacja Rak’n’roll – my nie walczymy z nowotworem, bo to tak, jakbyśmy walczyły z samą sobą. Tu w pewnym stopniu trzeba zaakceptować to, co się dzieje na etapie biologii, tego w filmach nie pokazują. 

Jestem po nawrocie choroby. Gdy rozpoczęłam leczenie tego drugiego rzutu to jednocześnie jako nauczycielka rozpoczęłam pracę w innej szkole, z dziećmi które mają niebywałą wrażliwość. Omawialiśmy „Oskara i Panią Różę”. Wiedziałam, że nie mogę się zdradzić, bo te dzieciaki będą to bardzo przeżywać. Muszę pokazać siebie, jako fajną polonistkę tak, żeby zobaczyli, że ta choroba ma też inne oblicze. Oblicze osób, które świetnie funkcjonują, tylko niestety muszą się wspomagać farmakologią. Chwilę potem miałam miesiąc zwolnienia, ze względu na zabieg, a dzieci zastanawiając się co się dzieje, szybko uruchomiły poszukiwania i znalazły mnie jako jedną z podopiecznych Fundacji Rak’n’Roll, dzięki której funkcjonuje i żyję, bo fundacja dzięki składkom kochanych ludzi zagwarantowała mi leczenie. Wiem, że dzieciaki to bardzo przeżywały. Ale potem, gdy już wróciłam wytłumaczyłam im – my nie walczymy, my żyjemy i leczymy raka. Odchodząc trochę od wątku chciałabym zapytać Cię o to, co według Ciebie w całym procesie leczenia najbardziej nas spala?

Marta: Mnie szpitale i procedury. Na początku chciałam podejść do tego ambitnie i sama wybrać miejsce, gdzie będę leczona. Nakierowała mnie na to super osoba. W ogóle w całym tym procesie, całkowicie przez przypadek, trafiam na bardzo dobrych, pozytywnych ludzi. Gdy dowiedziałam się jaki jest wynik moich badań, nie wiedziałam co zrobić. To chyba normalne, że się tego nie wie. Pani, która mi go podała powiedziała, że jak już ochłonę, to żebym do niej zadzwoniła, że ze wszystkim mi pomoże. Zadzwoniłam. Powiedziała mi, żebym zwróciła uwagę na to, czy lekarz traktuje mnie jak Martę, czy jak kolejny numerek. Na początku najbardziej spalałam się właśnie tym, że nie wiedziałam gdzie mam iść, do kogo... Nie dość, że jest się totalnie skołowanym emocjonalnie, to jeszcze to, że się nie wie w którym kierunku iść. Jak już się odnalazłam i wybrałam swojego lekarza, to mogłam spokojnie płynąć. A co Ciebie najbardziej spalało?

Małgosia: Ja mam identyczne wrażenia. Po pierwsze zagubienie. Najważniejsze jest, żeby słuchać swojego serca i wybrać lekarza, który daje Ci poczucie bezpieczeństwa. No i oczywiście moment, w którym dostajesz się do tej maszyny. Odsiedzisz w niej 6 godzin pełna pokory, bo wiesz, że ratują Ci życie i dają możliwość kolosalnie drogiego leczenia, to już płyniesz. A już gdy płyniesz, to naprawdę spotykasz fantastycznych ludzi, którzy okazują Ci pełne wsparcie. Czasami czuję się wręcz przygnębiona, że nie będę mogła im tej serdeczności oddać. Jeżeli chodzi o spalanie, to staram się już o tym nie pamiętać.

Marta: To co Cię wkurzało?

Małgosia: Przypominam sobie teraz dwie sytuacje. Jedna wydarzyła się po tym, gdy dowiedziałam się, że choroba nawróciła. Jest powiązana z moją pracą. Koledzy wymieniali się tą informacją, jednak starali się to przede mną ukryć. Gdy byliśmy wszyscy w naszym małym pokoju nauczycielskim, zapadała całkowita cisza. Nie tylko cisza dźwięku, ale cisza emocji. Nie było kogoś, kto spróbowałby o tym porozmawiać. Na szczęście była ze mną moja przyjaciółka, która powiedziała głośno: „Tak, Gosia ma nawrót choroby. I co teraz robimy? Bierzemy się wszyscy do pracy. Zachowujemy optymizm i jedziemy dalej”.

Poczułam wtedy totalną ulgę. Poczułam, że nic się w tym świecie nie zmienia. Ich reakcja była niezwykła, ratowali mnie przed mrokiem, który czułam, że mnie otacza.

Szczególnie zaskoczyli mnie mężczyźni, którzy w końcu odważyli się podejść do mnie i powiedzieć właśnie to „jedziemy dalej”. Dziewczyny są absolutnie empatyczne, ale także bezpośrednie, co już w ogóle jest fantastyczne. Po mojej mastektomii umówiły się, że przyjadą mnie odwiedzić. Moja przyjaciółka Ola zszokowała mnie wtedy pytaniem, czy może zobaczyć miejsce po operacji. Zapytałam czy naprawdę chce oglądać mnie okaleczoną, ze szwami… Bo ja sama dopiero po długim czasie od zabiegu dałam radę spojrzeć na to w lustrze. Ona odpowiedziała, że tak. Zobaczyła i powiedziała „E, spoko! Dobrze jest”.

Marta: Moja przyjaciółka, gdy przyjechała do mnie po zabiegu też powiedziała „Pokazuj”. I taka sama sytuacja miała miejsce – powiedziała, że wygląda to dobrze.

Małgosia: To jest dla nas kobiet, dla naszej kobiecości naprawdę ważne. Akceptacja jest bardzo istotna. Reakcji nieprzyjemnych zawsze doświadczałam ze strony osób obcych. Niektórzy bywają agresywni, wytykają mi na ulicy to, jak wyglądam. Tego nie jestem w stanie zrozumieć. Spośród osób, które znam nigdy nie spotkałam się z negatywną reakcją. Zupełnie inaczej podchodzą też do tego osoby starsze i młodsze – starsze widzą koniec, młodsze racjonalizują.

Marta: Również nie spotkałam się z reakcjami, które mnie wyprowadziły z równowagi, ale obawiałam się bardzo litości. Będąc w biurze w niektórych sytuacjach musiałam o tym powiedzieć. Bałam się, że na open space zaraz wszyscy będą to wiedzieć i powstanie napięcie miedzy ludźmi, którzy nie będą wiedzieli jak się zachować. Bałam się gorszych chwil w pracy. Dopiero gdy wracałam do pustego mieszkania mogłam sobie na nie pozwolić. To były najgorsze momenty. Reakcje ludzi nigdy nie są tak złe, jak sobie wyobrażamy, że będą.

Muszę Ci przyznać, że z całej choroby najbardziej zabolała mnie utrata włosów, a Ciebie?

Małgosia: Najbardziej. Z całej choroby, to nawet nie utrata cycka, tylko włosy. To mnie też dotknęło najbardziej. Nie wiem jak to działa i już staram się o tym nie myśleć. Mówiąc o cyckach, zrobiłam sobie tuż przed operacją zdjęcie biustu z narysowanym uśmiechem. I to była ładna, kształtna pierś. Ale miałam wtedy długie włosy. Potem zaczęłam je powoli ścinać coraz krócej.

Gdy były już w miarę krótkie, pewno dnia obudziłam się i poduszka była cała w tych krótkich włosach. Jedno z moich dzieci przyniosło mi wtedy tę poduszkę w rączkach i powiedziało „Mamo popatrz! Jak po kotku liniejesz”. To był sygnał, żeby je ściąć, ale ja nie byłam na to przygotowana.

To co mnie denerwuje w tym braku włosów to to, że my generalnie jesteśmy poddane totalnej depilacji i nasze twarze są takie bez wyrazu, bez brwi, rzęs…

Marta: Ja całe szczęście przed chemią zrobiłam sobie makijaż permanentny brwi, co uratowało moją twarz. Był to ogromny komfort. Dość długo myślałam, że te włosy jednak nie wypadną. Stosowałam taki czepek, który mrozi głowę i bardzo chciałam wierzyć w to, że on u mnie zadziała, chociaż to był chyba najgorszy element chemii. Chłodził głowę do temperatury -15 stopni, a ja musiałam siedzieć w nim pół godziny przed wlewem i półtorej godziny po. Na początku byłam pewna, że to wytrzymam, bo tak bardzo chciałam te włosy. Po półgodzinie było mi totalnie zimno, bolała mnie głowa, zatoki, zęby… Wytrzymałam tak dwie chemie, potem i tak zaczęły wypadać. Umówiłam się z moją przyjaciółką, że jak już ten moment nadejdzie, to przyjeżdża z maszynką i goli mnie na zero. I tak zrobiła. Było to dziwne uczucie, ciężko było na siebie patrzeć. To był pierwszy, namacalny skutek uboczny tego wszystkiego. Tego już nie można ukryć. Mam dwie peruki, chociaż jak je zakładam, to nie czuje się sobą. Wolę nosić czapki. Mam wrażenie, że peruka to oszustwo.

Małgosia: Ja kupiłam bardzo kolorowe apaszki i wiązałam turbany z wielkimi kokardami. Myślałam wtedy „Niech widzą!”. To było trochę jak zakładanie zbroi. Teraz, po 7 latach, mam wciąż krótkie włosy i jakoś nie chcę tego zmieniać.

Marta: Ja zawsze miałam długie. W 2015 roku pamiętam, że oddałam część na Fundację Rak’n’Roll, żeby zrobić peruki. I co? Trochę chichot losu, bo po kilku latach sama od fundacji taką perukę odbierałam.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Fundacja Rak'n'Roll (@fundacjaraknroll) Mar 23, 2020 o 10:47 PDT

Małgosia: A jak wspominasz pierwsze spotkanie z Rak’n’Roll?

Marta: To było naprawdę super. Najpierw trafiłam do Małgosi, która jest psychoonkologiem. Rozmawiałam z nią przed operacją. To było mi bardzo potrzebne. Ona wtedy powiedziała: „Słuchaj, jak będziesz potrzebowała kasy na badania, to po prostu napisz i zostań podopieczną fundacji”.

I to był kolejny fuks. Dostałam taką furtkę, byłam podopieczną, byłam przygotowana. Wiedziałam, że wtedy już kwestia pieniędzy nie będzie takim zmartwieniem. Badanie, którego potrzebowałam było nierefundowane. Moment, w którym odpalałam zbiórkę na moje leczenie był jednym z tych najbardziej wzruszających. Wtedy powiedziałam publicznie, że jestem chora.

Stresowałam się też bardzo tym, czy to się uda. Potrzebowałam tych pieniędzy maksymalnie w przeciągu pięciu dni. Udało się to zebrać w trzy i pół godziny. I to dało mi siłę. Na samą myśl się wzruszam. Ten moment dał mi poczucie, że nie jestem w tym sama.

Małgosia: To jest dla nas bardzo istotne. To, że możemy liczyć na innych, że inni mówią: „Jak fajnie, że jesteś”. W życiu codziennym, gdy wszystko jest dobrze, normalnie rzadko wymieniamy się takimi ciepłymi gestami.

Marta: Wcześniej miałam poczucie, że jestem nieśmiertelna. Bycie fit, wyjazdy, bieg, zdrowe jedzenie… No i co? Przyszło. Skąd to się wzięło? Nie wiadomo. W tym wszystkim odnowiłam też dużo kontaktów. W takich najgorszych momentach, u mnie one zdarzały się przed każdą chemią, nawet samo wysłanie emoji serduszka lub zwykłe „Trzymaj się” dawało mi siłę.

Małgosia: Myślę, że tu warto zaznaczyć jedno – nie krępujcie się do nas odzywać!

Marta: Dużo ludzi mówiło mi „Chciałabym się odezwać, ale nie wiem co napisać”. W tej sytuacji nawet głupie gify są okay – cokolwiek, co wysłałbyś normalnie.

Małgosia: Ale wydaje mi się też, że ludziom trzeba pozwolić mówić o ich lękach. To może wydawać się irracjonalne, bo lęk przed tą chorobą jest jednak silniejszy, ale w jakiś sposób rozmowa pozwala ją ujarzmić. Tak jak powiedziałaś – my do końca nie wiemy, dlaczego ta choroba nas dotyka, ale wiemy na pewno, że ta choroba bardzo układa w głowie. Ma się przekonanie, że nie ma już problemów w życiu. Cokolwiek się nie stanie – trudno. Jest epidemia? Uważam i nie narażam moich najbliższych. Pokonamy ją.

Marta: Miałam tak samo. Na początku, gdy to wszystko buzowało, gdy ktoś nazywał coś błahego problemem, to czułam się wkurzona. Chciałam wrzeszczeć na ludzi, którzy tak mówią, ale oczywiście tego nie robiłam, bo kilka miesięcy temu byłam w tym samym punkcie. To bardzo otwiera oczy. Jestem teraz spokojniejsza, mniej rzeczy mnie denerwuje, wyprowadza z równowagi. Jedyne co mnie wciąż stresuje to igły. Na pewno przez chorobę łapie się większy dystans do siebie.

Małgosia: Ja myślę też, że na zmianę myślenia i patrzenia na tę chorobę ogromny wpływ ma Rak’n’Roll jako fundacja. Jestem za każdym razem zaskoczona ich bezpośredniością podchodzenia do mnie i do moich problemów. Serdeczność, otwartość i taki fun, który mają. Myślę, że trzeba przestać traktować tę chorobę jako takie namaszczenie, z którym trzeba się obnosić, pochylać przed ołtarzami. Ale wiem, że pewnie wiele osób się sprzeciwi takiemu myśleniu, mi ono odpowiada.

"NIOSĄ NAS WASZE KAERESY"

To co jeszcze jest w fundacji nie do przecenienia, to też podejście do mojej córki Tosi. Wiedziałam, że ta współpraca może być dłuższa i wiedziałam, że nie będę mogła ukrywać tego przed dziećmi. Wtedy zaproponowałam, żeby Tosia wybrała się ze mną do fundacji na takie pierwsze spotkanie z Agnieszką, która wykonała wtedy kawał ogromnej, takiej terapeutycznej pracy. Moja córka identyfikuje to jako naprawdę fajne miejsce. A trafiłam tam przypadkiem. Czasami trzeba po prostu racjonalne myślenie wyłączyć i pokierować się intuicją. Wtedy wszystko się układa.

Marta: Gdyby nie fundacja, to możliwe, że zakończyłabym moje leczenie na mastektomii. Wszyscy lekarze mówili, że to wystarczy. Ale ja nie byłam tego pewna. Mój onkolog powiedział, że dobrze zrobić dodatkowe badanie. Ono kosztowało wtedy 15 tysięcy złotych, a na zebranie miałam kilka dni. Gdyby nie wsparcie fundacji możliwe, że zakończyłabym moje leczenie na operacji. Teraz jestem już po chemii i radioterapii. Wiem, że fundacja robi co może, żeby dokładnie zadbać o moje leczenie.

Małgosia:Dlatego wszyscy Ci, którzy wpłacacie 1% popatrzcie – to my. Wasz jeden procent. Wasza inwestycja (śmiech). A tak na serio, naprawdę jestem wdzięczna tym, którzy zdecydowali się swój 1% przekazać właśnie fundacji, a tym samym mnie. To jest coś niebywałego. Pewnie irytujące jest to, że służba zdrowia nie jest w stanie zapewnić nam całkowitego leczenia. I tu też czuje lekkie poczucie dyskomfortu, że mi dano szansę, bo mogę się leczyć nierefundowanym lekiem. Chciałabym, żeby wszyscy chorujący ją mieli.

Małgosia: To właśnie irytuje. Chęci nie wystarczą, musi być czynnik materialny. Ja sobie założyłam, że nie będziemy brać kredytu na moje leczenie, jeżeli będzie bardzo drogie. Bo według mnie, życia nie można poświęcić na takie kurczowe trzymanie się tego, żeby tę chorobę pokonać. Wtedy tracimy esencję. Tracimy to, co jest tu i teraz. I wiem, że dużo osób się z tym nie zgodzi, bo ma podejście, że wszystko za wszelką cenę.

Marta: Czy robiłaś coś, czego przed chorobą byś nie zrobiła?

Małgosia: O tak! Dużo rzeczy! Ale lepiej nie pytaj o szczegóły, potem pewnie będę się tego wstydziła.

Marta: Ja na przykład wystąpiłam w kampanii, zresztą razem z Tobą. Z tym wszystkim osobiście poczułam się lepiej, gdy dostrzegłam sens. A sens jest taki, żeby pokazać młodym ludziom, że wcale nie są nieśmiertelni. Gdy to zrozumiałam, to opcje takie jak promowanie fundacji, zbieranie tego 1% jest dla mnie super i jest wypełnianiem tego mojego sensu. A druga kwestia – przez całe życie chciałam mieć psa. Nigdy nie było na to dobrego momentu. Mieszkam sama, więc logistycznie nie jest to łatwe. Postanowiłam sobie, że gdy dowiem się, że będę miała chemię, to jadę po psa. To będzie taki dobry moment, bo będę długo na zwolnieniu. Ja mu poświęcę czas, on będzie dla mnie wsparciem. Pojechałam z przyjaciółką po psa - po Fuksa. Dzięki niemu nie mogłam skupić się za bardzo na sobie, bo wiadomo, pies jest absorbujący. To mnie postawiło na nogi.

Marta i Małgosia w kampanii "NIOSĄ NAS WASZE KARESY"

Małgosia: Tak jak wspomniałaś o tym zbieraniu się w sobie. Ja nie skończyłam całej chemii, skończyło się po czterech, bo okazało się, że jestem fizycznie za słaba. Pierwsze trzy miały dość dotkliwe efekty uboczne jak stałe wymioty, przez co nie byłam w stanie niczego robić. Siedziałam i odliczałam, bo po 70 godzinach będzie lepiej. Gdy ta chemia już się wyciszała zawsze przychodziła do mnie teściowa z kubkiem pomidorowej. Mówiła: „Wstań, wypij zupę, weź prysznic”. I to tak bardzo pomagało. To są te rzeczy mobilizujące. Bardzo jestem jej za to wdzięczna.

Marta: Ja jestem bardzo wdzięczna mojej mamie, która przyjeżdżała się mną opiekować. Po każdej chemii miałam podobnie. Po ostatniej leżałam nawet tydzień. Porównywałam to do takiego super mocnego odczuwania kaca – gdy drażnią Cię zapachy, dźwięki, chcesz jeść, ale jest Ci niedobrze. Tak też tłumaczyłam to moim znajomym.

Ciężkie do zaakceptowania było to, że nie mogę wstać sobie pobiegać. Bo spacer z psem i wchodzenie na drugie piętro do mieszkania było już dla mnie bardzo wyczerpujące. I wtedy czułam się jak więzień w klatce swojego ciała. Zrozumiałam, że muszę skupiać się jednak na tym co jest w środku, we mnie.

Małgosia: Teraz przyszła mi do głowy jedna rzecz, którą zrobiłam po chorobie, a nie zrobiłabym jej wcześniej, którą chcę się podzielić. Pojechałam na wyjazdowy mecz do Łodzi z Polonią. Chodziłam na mecze, zaczęłam jeździć na rolkach, zwiedzam polskie miasta i tropię street art. Stwierdziłam też, że 40 lat mogę opić tylko w 40 lokalach. Zmieniłam też pracę. Bo kiedy ma się dziać, jeśli nie teraz?

Marta: Też mam poczucie, że lepiej zrobić wszystko wcześniej niż później, bo nie wiadomo czy to później będzie. Wszyscy powinniśmy tak myśleć. Teraz, gdyby nie epidemia, na pewno byłabym w podróży. Ale w pewnym stopniu jest to dla mnie dobre. Gdy na początku kwarantanny pytałam moich znajomych co robią w domu, to wszyscy mieli bardzo ambitne plany. W pewnym momencie jednak doszli do wniosku, że trzeba być dla siebie dobrym i nie można się zmuszać. Ta sytuacja jest bardzo przytłaczająca, więc tutaj czuje dla siebie lekkie usprawiedliwienie. Ja przez czas mojego zwolnienia nie zrobiłam za dużo.

Małgosia: Nie oczekujemy więcej, niż możemy zrobić. Mnie jest dobrze w tym stanie, w którym jestem. Bez przesady, nie musimy robić nic spektakularnego – dajmy sobie luz. Jest dobrze, jesteśmy bezpieczni. Chwilo trwaj…

Marta: Na pewno uczymy się w ten sposób dawać sobie więcej luzu.

Małgosia: I pokory. Zaczynamy rozumieć, że jeżeli ciało Cię ogranicza, to nic z tym nie zrobisz. Nie przeskoczysz tego. Najważniejsze, żeby nie walczyć, tylko płynąć…

Marta: A jesteś z siebie dumna?

Małgosia: Jestem totalnie z siebie dumna. Jestem mega dumna z tego, jak przeszłam tę chorobę. Z tego, że po chwilach zwątpienia, łez i bezsilności zbieram się w sobie i normalnie funkcjonuję. Piję rano kawę, kłócę się z mężem, próbuję zapanować nad czternastolatkiem, który ciągle gra na komputerze, planuję babski wyjazd z moją Tosią.

Kurczę, jestem dumna z tego, że jestem. Chociaż to jest idiotyczne stwierdzenie, prawda?

Marta: Nie! Teraz nie. Chociaż wydaje mi się, że kiedyś by było.

Małgosia: A Ty?

Marta: Jestem z siebie dumna. Dumna, że to wszystko przeszłam. Co z perspektywy początku wydawało mi się koszmarem. Jestem dumna, że potrafiłam się śmiać się z siebie i znalazłam w tym wszystkim ukryte dno. Jestem teraz sobą bardziej, niż byłam wcześniej

Małgorzata Posel, podopieczna Fundacji Rak'n'Roll

Marta Franciszczak, podopieczna Fundacji Rak'n'Roll