Kiedy ostatni raz byłaś blondynką?
AGNIESZKA GROCHOWSKA W filmie „Bez wstydu”. I też dzięki Łukaszowi Pyciorowi, z którym pracowałam teraz podczas sesji do ELLE. Ale wszystko jeszcze przede mną. Kiedy patrzę na te zdjęcia, widzę jakieś niezwykłe potencjały, których być może jeszcze w sobie nie odkryłam.

W blondzie mogłabyś przekroczyć pewne granice?
Tylko! A na serio, interesuje mnie już tylko przekraczanie granic, zmiana, popełnianie błędów, dużo bardziej niż lęk przed nimi. Coraz bardziej lubię konfrontować się z tym, co jest trudne.

To efekt podsumowań z okazji ostatnich, 40. urodzin?
Nie wiem, ale czuję w sobie ciekawą mieszankę doświadczenia, pewności siebie i wciąż ogromnej energii, która sprawia, że cały czas mi się chce. Szkoda już czasu na zastanawianie się, czy coś wypada, czy nie. Zawsze słuchałam intuicji. Teraz robię to jeszcze odważniej. Nie odkładam nic na później. To wielka zmiana. Być może to się stało po wypadku, który miałam rok temu na zdjęciach w Rzymie. Wyszłam z niego cało, choć nie wiem, jak to możliwe. I uwierz mi, że od tamtej chwili mam w sobie dużo mniej lęku. 

Wierzysz, że nic się nie dzieje bez przypadku?
Coraz mocniej. Zawsze działałam na granicy zmysłów. Nawet w pracy najważniejsze było to, by wszystko współgrało na energetycznym poziomie. Jeśli coś mi nie pasowało, potrafiłam rezygnować z projektów, z których pewnie nie było warto odchodzić.

Sława nigdy nie była ważna?
Aktor nie istnieje bez publiczności. Ciągle próbuję ustalić, jaki jest mój stosunek do sławy. Wciąż nie wiem.

Czym w ogóle aktorstwo jest dla Ciebie?
Na pewno nie pracą. Oczywiście żyję z tego, to mój zawód, ale dla mnie aktorstwo to nieustająco dzika przygoda, dlatego nie ma w niej miejsca na kompromisy. Robię różne projekty, mniej lub bardziej komercyjne, ale żeby w czymś w ogóle wziąć udział, muszę się totalnie do tego zapalić. To też rodzaj terapii. Na planie mogę przerobić wiele rzeczy, które ludzie rozpracowują na kozetkach. Mogę sobie pokrzyczeć, popłakać, wypuścić emocje, które czasami długo się we mnie telepią. I jest dużo lżej. Na scenie mogę zrobić wszystko, ale nie muszę epatować sobą. Wejść w stany i sytuacje, których nigdy bym nie przeżyła – to działa jak narkotyk.

Co Cię zapaliło do roli w serialu „Motyw”?
Temat kłamstwa. Zdałam sobie sprawę, że wszyscy notorycznie kłamiemy, choć kiedyś wydawało się mi to niemożliwe. Kłamstwo jest ciekawe, bo nie istnieje bez kontekstu, bez motywu. Okłamujemy siebie i innych z przeróżnych powodów. Chcemy kogoś chronić lub zmanipulować. Poza tym bardzo chciałam pracować z Pawłem Maśloną. Fascynuje mnie jego energia i sposób, w jaki pisze, jak słyszy i widzi aktorów. No i nie ukrywam, że postać, która jest trochę czarnym charakterem, mnie pociągała.

Często sama się okłamujesz?
Kiedyś wydawało mi się, że w ogóle. Dziś wiem, że nie do końca tak się da, bo zbyt wiele rzeczy sobie racjonalizujemy. Każdy chce być fajny. W naturze mamy porównywanie się z innymi, co w dobie social mediów stało się już jakąś sportową dyscypliną. Wszystkim nam się wydaje, że inni mają lepsze życie, ponieważ tak to wygląda na zdjęciach.

Na Twoim koncie na Instagramie nie widzę koloryzowania.
Uwierz mi, że jak mam trzy zdjęcia do wyboru, to zawsze i tak wybiorę to, na którym wydaje mi się, że wyglądam najlepiej. Każdy tak robi.

Chodzi mi o to, że nie masz problemu, by pokazać się bez makijażu i filtrów ukrywających zmarszczki.
Nie umiem być celebrytką. Ta rola naprawdę nie sprawia mi przyjemności. Interesuje mnie bycie sobą, bo kręci mnie doświadczanie. Nawet jeśli idę na pokaz mody i mam przyjemność fajnie się ubrać, to chcę być tym, kim jestem. Sobą. Być może dlatego, że w moim zawodzie dużo czasu poświęcam na bycie kimś innym.

Wyszłaś z naszej sesji, odebrałaś dzieci z przedszkola, wróciłaś na plan. Dużo poświęcasz im czasu?
Staram się. Jeżeli obiecuję, że będę o 16.30 w przedszkolu, to jestem. Dotrzymywanie słowa buduje zaufanie, daje poczucie bezpieczeństwa i tego, że jest się kochanym, a to cholernie ważne w życiu. Jeśli nie mogę ich osobiście odebrać, uprzedzam o tym. Oduczyłam się też mówić, że idę do pracy, za każdym razem, kiedy wychodzę z domu. Chcę, żeby byli świadomi, że dorosły ma też prawo do swojego życia. Do tego, żeby gdzieś wyjechać, spotkać się z kimś, zrobić coś dla siebie. Mówię im otwarcie o swoich potrzebach, żeby w przyszłości oni też umieli to robić.

Nie obawiałaś się, że dzieci Cię ograniczą? Sprawią, że coś przegapisz zawodowo?
Nie, były moim świadomym wyborem. Pierwszego syna urodziłam po trzydziestce. Dużo się wtedy działo w moim życiu zawodowym. Kręciliśmy „Wałęsę”, pojawiły się też filmy i seriale za granicą. Śmieję się, że rolę w „Systemie”, w którym grałam z Tomem Hardym, dostałam dlatego, że Władzik miał trzy miesiące. Byłam tak potwornie przemęczona, że nikt inny nie miał szans wygrać castingu na rolę zrozpaczonej matki. Przez ostatnie lata zabierałam chłopców tam, gdzie miałam zdjęcia, do Berlina, Gdańska, Londynu, Pobierowa albo Zurychu. Wczesne dzieciństwo i etap nasycenia się bezpieczeństwem i bliskością matki jest niezwykle istotny. I nie da się go potem nadrobić. Dzieci nie ograniczały nigdy moich marzeń. Pamiętam, jak na pewnej plaży z malutkim Henrykiem na rękach głośno powiedziałam, że chciałabym zrobić coś w Londynie. I pięć miesięcy później byłam tam na planie „Teen Spirit”.

Zawsze głośno marzysz?
Teraz tak. To zupełnie coś innego, niż kiedy kombinujesz w myślach. Czasem warto usłyszeć samą siebie. Głośno wypowiedziane słowa oznaczają, że nie boisz się już mówić o swoich pragnieniach, a także że jesteś na nie gotowa. Z czym będziesz musiała się skonfrontować, kiedy już się spełnią, to zupełnie inna historia.

Czego się boisz w życiu?
Wielu rzeczy. Boję się pojechać na wakacje sama, na które ruszam w najbliższą sobotę na Sri Lankę. Boję się, że nie będzie ze mną dzieci przez pierwsze dwa tygodnie. Potem dojadą z Darkiem. Z tego strachu aż boli mnie całe ciało. To instynkt, który się we mnie odzywa. Zdaję sobie sprawę, że przyjdzie w życiu moment, kiedy dzieci pójdą w świat, ale na razie ciężko mi się z nimi rozstawać. Przed wyjazdem muszę im jeszcze przygotować kolorowanki.

Kolorowanki?
Tak, gdy wyjeżdżam na tydzień lub dwa do pracy, robię im specjalne koperty, które mogą codziennie otwierać. W środku są kolorowanki, czasem naklejki, cukierek. Dzięki temu wiedzą, ile dni zostało do mojego powrotu. Oni mają zabawę, a ja sposób, żeby łatwiej poradzić sobie z rozłąką.

Co będziesz robić na Sri Lance?
Nie wiem. Wysiądę i zobaczę. Zawsze tak podróżowałam, jeszcze zanim pojawiły się dzieci. Wybieraliśmy z mężem kierunek, pakowaliśmy plecaki, kupowaliśmy przewodnik i na miejscu zastanawialiśmy się, co dalej. Nie da się wszystkiego zaplanować.

Co Ci dają podróże?
Poczucie wolności. Sprawiają, że się mniej boję i mam mniej uprzedzeń. Myślę, że gdyby ludzie więcej podróżowali, sytuacja na świecie może wyglądałaby inaczej. Może bylibyśmy bardziej otwarci na inność. Podróże uświadamiają mi, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Lubię spotkania z ludźmi. Są zawsze ciekawą wymianą, coś otwierają. I chyba właśnie takie spotkania są esencją życia.

Zgadzam się, choć z takim nastawieniem trudno się żyje w świecie fake newsów, social mediów i w środowisku, w którym wszyscy chcą dalej, lepiej, mocniej.
Konto na Instagramie otworzyłam tylko dlatego, że ktoś założył moje fake’owe konto i udawał mnie. Uważałam, że social media nie są mi w życiu do niczego potrzebne. Lubię życie analogowe. W torebce noszę aparat Leica. Wolę mieć kilka wywołanych zdjęć, które mają dla mnie znaczenie, niż setki w telefonie, o których nie pamiętam. Ale kiedy zorientowałam się, że ktoś w puchatych kapciach, ale z ukrytą twarzą życzy wszystkim miłego dnia jako Agnieszka Grochowska, to się wściekłam i założyłam własny profil. Z czasem zauważyłam, że ma on też swoje dobre strony. I czasami poprawia humor, gdy np. okazuje się, że zaczyna mnie obserwować Paolo Sorrentino.

A on obserwuje tylko 298 osób, a jego ponad 65 tysięcy.
TAK. I jest to ciekawa sytuacja…

Oprócz tego, że obserwuje Cię Sorrentino i być może podgląda wielu innych reżyserów, dało Ci to coś zawodowo?
Trudno powiedzieć, bo wiele rzeczy się dzieje równolegle. Zrobiłam kampanię ze świetną marką Dall’Acqua. Jakiś czas temu  w Rzymie wróżka powiedziała mi o trzeciej nad ranem: „Bardzo słabo pani się promuje. Musi pani od stycznia nad tym popracować”. Śmiałam się, a 5 stycznia zadzwoniły Gabrysia Piekarniak  i Karolina Zawalska, z którymi od tej pory pracuje PR-owo. Może faktycznie nic się nie dzieje bez przyczyny.