"Nie chcieliśmy bazować na Woodstocku. Nasz festiwal miał się opierać na pięknych kalifornijskich festiwalach lat 60. i 70.", mówi Paul Tollett, współzałożyciel i pomysłodawca Coachelli. Kalifornijskie Monterey Pop Festival czy festiwal w Newport – to o nich właśnie myślał. Choć przecież współczesnym mitem stał się Woodstock z 1969 roku. Najspokojniejszy festiwal mimo panującego głodu, pragnienia, braku toalet, ulewnego deszczu i nieprzystosowania do przyjęcia na legendarnej farmie Maxa Yasgura pół miliona, zamiast 185 tysięcy fanów muzyki, którzy wdarli się na teren wydarzenia po to, żeby… być razem. „Święto miłości i wspólnotowe objawienie”, tak nazywa Woodstock 1969 roku prof. Jerzy Jarniewicz w książce „All you need is love. Sceny z życia kontrkultury”.

Koniec niewinności, również festiwali muzycznych

Woodstock 69., którego właściwie każdy koncert stał się mitycznym show, był jednocześnie ostatnim tchnieniem epoki dzieci kwiatów. Nie pomógł nawet hymn Lennona „Give Peace a Chance” wspinający się w tym czasie na szczyty list przebojów. Tuż przed festiwalem banda Mansona dokonała makabrycznego morderstwa, a że na ranczo przestępcy mieszkali hipisi, antyhipisowskie nastroje tylko się nasilały. Było źle, a miało być jeszcze gorzej. I to w Kalifornii. Na słynnym festiwalu Altamont, który odbył się kilka miesięcy po Woodstocku. Niepokojąca była już sama decyzja, żeby ochroną festiwalu zajął się gang Hells Angels. Obawy przerodziły się w rozpacz bardzo szybko. Podczas koncertu The Rolling Stones, przy dźwiękach „Under My Thumb”, członkowie gangu zasztyletowali czarnoskórego 18-letniego Mereditha Huntera. Kalifornia w 1969 roku doświadczyła zbyt wiele… 

Woodstock, 1969 rok.

Ale nie do Altamont odnosił się Paul Tollett. Nie mówił też o Woodstocku z 69 roku. Chodziło o coś zupełnie innego. Gdy pierwsza Coachella startowała w 1999 roku, poprzedzał ją lipcowy Woodstock, zorganizowany hucznie, by uczcić 30-lecie oryginalnego wydarzenia. Odpowiedzialny był za niego Michael Lang, tak w 69 roku, jak i teraz. Bo komu miałaby się udać reaktywacja, jeśli nie jemu? Wiedza, doświadczenie, znajomości pielęgnowane od lat 60. Lang miał przecież wszystko. Jednak nie przewidział, że Woodstock 99. zamieni się w piekło, podczas którego dojdzie do gwałtów, rozbojów, pobić, potężnych zniszczeń i podpaleń. Apokalipsy, z której kolejno uciekały wszystkie stacje telewizyjne, dziennikarze, muzycy. Jaki było więc sens organizować w tym czasie festiwal na podobnie wielką skalę, skoro społeczne nastroje znów stawały się nieprzychylne, zupełnie jak 30 lat wcześniej? Tollett stał przed trudnym wyzwaniem, bo trzy miesiące po nieszczęsnym Woodstocku miał otworzyć bramy pierwszego w historii festiwalu Coachella, w październikowy weekend 9 i 10 dnia miesiąca. Coachella miała być czymś wyjątkowym – miksem rocka, elektroniki, hip hopu. I tak się stało. Na pola Empire Polo Club w Indio w Kalifornii na scenę wyszli Morrissey, Beck, Perry Farrell, Tool, Moby, Gus Gus, DJ Shadow. Program był wypełniony nie tylko wielkimi nazwiskami, ale i nowymi talentami. To siła Coachelli. Ale skąd w ogóle powstał na nią pomysł?

Coachella: najbardziej instafestiwal w epoce... przedinstagramowej

Dokument „Coachella: 20 lat na pustyni”, który od godziny 21:00 10 kwietnia dostępny będzie na platformie YouTube, w sposób szczególnie ciekawy maluje 20-letnią historię tego muzycznego zdarzenia kulturowego. Setki godzin rozmów z organizatorami i najważniejszymi artystami, a także archiwalne nagrania sprawiają, że jest gęsty i ciekawy, bo zostawia furtkę oceny dla widzów – zagorzałych fanów, ale też oponentów. A tych „za” i „przeciw” jest cała masa. Rzadko które wydarzenie wzbudza aż takie emocje. Data premiery dokumentu nie jest przypadkowa – 10 kwietnia miał być pierwszym dniem Coachelli 2020. Pandemia, która zatrzymała świat, zmusiła organizatorów do przeniesienia imprezy. Warto więc wykorzystać ten czas, żeby przed kolejną odsłoną poznać jej historię.

A zaczęło się w 1993 roku od koncertu Pearl Jam. Zagrali dla niemal 25 tysięcy fanów właśnie w Empire Polo Club. Dlaczego tam? Bo w wyniku kłótni z Ticketmaster muzycy odmówili występu w Los Angeles. A agencja Tolletta – Goldenvoice zabookowała klub polo, oddalony o 2 godziny drogi od Miasta Aniołów. Klub okazał się miejscem idealnym na dużą imprezę muzyczną. Skoro wtedy się sprawdził, dlaczego nie miałby się sprawdzić przy większej ilości widzów i gwiazd? Ta myśl kiełkowała w głowach właścicieli Goldenvoice przez kolejne lata. Tym bardziej, że zespoły, z którymi współpracowali rosły w globalną siłę, a organizację ich koncertów przejmowały inne firmy, większe, silniejsze i bogatsze. Firma Tolletta i Ricka Van Santena mierzyła się przez to z coraz większymi kłopotami finansowymi. Przyszedł więc czas, żeby postawić wszystko na jedną kartę. W 1997 roku Tollett pojechał na Glastonbury, brodząc w błocie i deszczu, zaczął namawiać managerów gwiazd na festiwal, któremu – w przeciwieństwie do Europy – nie zagrozi zła pogoda. W Kalifornii przecież „zawsze świeci słońce”.

Björk na festiwalu Coachella, 2002 rok.

Plan był taki: 1999 rok – pierwszy Coachella Valley Music and Arts Festival. Line-up ogłoszono kilka dni po zamknięciu pechowego Woodstocka. Wbrew kreowaniu czarnych scenariuszy, nie zniechęciło to wielbicieli muzyki. Bilety się rozeszły, choć nie tak licznie, jak się spodziewano. Na dodatek koszty wzrosły – choćby ubezpieczenia. Nikt nie chciał ryzykować drugiego Woodstocku. Ale Woodstock się nie powtórzył. Udało się, choć organizatorów słono to kosztowało… Do tego stopnia, że w kolejnym roku sprzedali swoją firmę grupie AEG, pod warunkiem, że Tollett nadal będzie odpowiadał za festiwal. 2001 rok nie był łatwy, ciężko było zabookować artystów, a Coachellę skrócono do jednego dnia. Rok 2002 dawał już jednak nadzieję na duży sukces. Na scenie pojawili się Björk, Oasis, Queens of the Stone Age… Publiczność dopisała. Kolejne lata to kolejni znakomici artyści: Red Hot Chili Peppers, Beastie Boys, Iggy Pop i The Stooges. A reszta to już legenda…

Jest dobrze, czyli wielki sukces Coachelli

Magazyn „Rolling Stone” nazwał Coachellę „najlepszym amerykańskim festiwalem muzycznym”. Wydarzenie zaczęło gromadzić coraz większe tłumy, nie tylko zainteresowanych muzyką, ale również muzykami i modą. Coachella to przecież też rzesze modelek, modeli, aktorek, celebrytów, gwiazd. Wkrótce, wraz z rozwojem mediów społecznościowych Coachella wystrzeliła. Influencerzy, tzw. insta-modelki, gwiazdy z pierwszych stron gazet – wszyscy musieli tam być nie tylko po to, żeby oglądać i słuchać Paula McCartneya, The Cure, Amy Winehouse, The Killers, Yeah Yeah Yeahs, Billie Eilish, Muse, The Strokes, Beyoncé (och, co to był za koncert!), Kanye’go Westa, a nawet 2Paca… Tak, nieżyjący raper jako hologram „wystąpił” na festiwalu w 2012 roku. Musieli tam być także po to, żeby razem spędzać czas i… przebierać się w stroje festiwalowe. Moda festiwalowa to obok muzyki jeden z najistotniejszych komponentów wydarzenia. Sieciówki, nowe marki, a nawet brandy luksusowe właśnie dzięki Coachelli zaczęły proponować kapsułowe festiwalowe kolekcje. Niektórzy, jak Revolve czy Free People, oparli na tej modzie całe swoje filozofie.

Gigi Hadid na festiwalu Coachella, 2015 rok.

Nic dziwnego, w takich stylizacjach można oglądać siostry Kendall i Kylie Jenner, Gigi i Bellę Hadid. Stałą bywalczynią jest też Alessandra Ambrosio, Paris Hilton, Emily Ratajkowski, Zoë Kravitz czy Diane Kruger. Wszystkie w festiwalowych nastrojach i strojach… Polska reprezentacja jest równie silna. Jedną z bywalczyń Coachelli, już od lat, jest Karolina Gilon. „Coachellę kocham przede wszystkim za to, że odbywa się w Kalifornii”, mówi. „Kocham też fakt, że cała przygoda z tym festiwalem zaczyna się już parę tygodni wcześniej. Wymyślanie stylówek, pakowanie się, sama podróż. W Coachelli najbardziej poruszające jest to, że spotykają się tam ludzie z całego świata! Podchodzą, zaczepiają, rozmawiają… Są kolorowi i pozytywnie nastawieni. Muzyka jest pięknym tłem do klimatu, który tam panuje”. Bo i projekt festiwalowej przestrzeni wprawia w zawrót głowy – instalacje, rzeźby – każdy element jest doskonale przemyślany. „To jak udział w najlepszych klipach światowych gwiazd”, śmieje się Karolina. „Najbardziej zaskoczyła mnie autentyczność tego miejsca. Wszystko wygląda dokładnie tak, jak sobie to wyobrażałam. A nawet lepiej!”.

Faktycznie, miejsce jest wyjątkowe. Słońce, palmy, tłumy kolorowych ludzi. Atmosfera miłości czyli to, co oferował pierwszy Woodstock, ale w bardziej cukierkowej wersji. „Bez wahania mogę powiedzieć, że to najlepszy festiwal, na jakim byłam do tej pory”, mówi Karolina, która podkreśla, że zaangażowanie i dobro płynące od ludzi robi tu dużą robotę.

Wśród tłumów płyną też gwiazdy muzyki – tuż przed swoimi koncertami, albo tuż po nich. Takiego skupienia gwiazd w jednym miejscu próżno szukać gdzie indziej…

Nie można zapominać też o całym zapleczu. Coachella to ogromne wydarzenie, na którym są wszyscy. Więc przygotować się trzeba konkretnie. „Coachella to masa pracy. Kontroluję, nadzoruję, zarządzam kontaktami z klientami. Czasami wychodzę na prywatne pool party, jak to u Jeremy’ego Scotta, ale to są wyjątki. Ten festiwal to niezły maraton”, mówi Janusz Sabaj, influencer manager.

Ale są też tacy, których Coachella nie przekonuje.

Ciemna strona księżyca i #nochella 

Gdy w ubiegłym roku, przy okazji 50. rocznicy pierwszego festiwalu Woodstock rozmawiałam z amerykańską pisarką Holly George-Warren, współautorką książki „The Road to Woodstock”, powiedziała mi, że to ten festiwal z 1969 roku pokazał ogromne zapotrzebowanie na zgromadzenia muzyczne, przez co powstawało ich coraz więcej, były coraz większe i coraz częstsze. Jednak jej zdaniem dziś organizatorom nie o muzykę chodzi, ale o wielki biznes. To również częsty zarzut, który słyszą organizatorzy Coachelli. Nie jedyny, w 2018 roku afera wybuchła, gdy media nagłośniły sprawę, że jeden z właścicieli AEG – Philip Anschutz, wspiera grupy anty-LGBT. W spór włączyła się Cara Delevingne, która kategorycznie stwierdziła, że jej noga na festiwalu więcej nie postanie. Zainicjowała też hasztag #Nochella.

Pretensje do organizatorów pojawiają się też w związku z horrendalnie wysokimi cenami biletów (od 429-999 dolarów), dostępnością tylko „instagramowego” jedzenia jak açaí bowls czy woda kokosowa (zgoda, to trochę dziwaczny argument, który przywołała Olivia Petter w „The Independent”, tłumacząc dlaczego więcej nie pojedzie na Coachellę), potężnymi kolejkami, niezliczoną ilością wycelowanych w każdego telefonów komórkowych, setek póz tysięcy ludzi na sekundę. „Utopia dla bogatych milenialsów. Coachella to nie jest festiwal dla ludzi, ale dla Instagrama”, podsumowała Petter. Coachella w swoich regułach różni się więc od klasycznych festiwali, które znamy z Europy – choć oryginalnie na europejskich była przecież wzorowana. Alkoholu słuchając muzyki się nie napijecie. Chyba, że chcecie zapłacić karę. I te osławione powroty do domu (tego tymczasowego) z Coachelli – na autobus czeka się do 8 godzin. Na taksówkę do 3. To właśnie zniechęciło Alexę Chung, która ostatnio w wielu wywiadach głośno mówiła o tym, że Coachella nie daje jej już funu i kończy z nią. „To spoko festiwal, ale już go nie czuję. Przez 10 lat tu przyjeżdżałam, więc nie chciałabym mówić o Coachelli źle, ale to, że nie mogę napić się czego chcę w miejscu, w którym chcę dla Brytyjki jest nie do przejścia. Trochę tego wszystkiego zrobiło się już za dużo… Komercjalizacja festiwalu mnie wypaliła”, przyznała w WWD.

Narzekają też coraz częściej dziennikarze muzyczni, którzy zastanawiają się po co dziś organizowana jest Coachella? Bo czy rzeczywiście dla muzyki?

Alexa Chung na festiwalu Coachella, 2013 rok.

#Beychella i muzycy

Mimo części niepochlebnych wypowiedzi występy artystów podczas Coachelli przechodzą do historii. Jak wspomniany, potężny koncert Beyoncé, który stał się niezwykłym spektaklem i manifestem, a nawet zyskał popularny hasztag #Beychella. To pierwsza czarnoskóra headlinerka w historii festiwalu. A show z 2018 roku to jeden z najlepszych występów w jej życiu. Doskonałe koncerty, które zapisały się w kronikach popkultury dali również: The White Stripes w 2003 roku, Amy Winehouse i LCD Soundsystem w 2007, Arcade Fire, Bauhaus i Chemical Brothers w 2005, Madonna i Daft Punk w 2006, Roger Waters w 2008 czy Leonard Cohen w 2009. Wszystkie te występy znajdziecie w sieci.

Michael Lang, wspomniany już organizator Woodstocku, zapytany o Coachellę odpowiedział: „Ma ogromny potencjał, ale go nie wykorzystuje. To pokaz mody i wybieg dla influencerek, muzyka mało tu znaczy”. Nie mam powodu się z nim nie zgadzać. Z drugiej strony można przecież zarzucić Langowi, że nie udało mu się w ubiegłym roku zrealizować jubileuszowego festiwalu, dokładnie 50 lat po pierwszych dźwiękach gitary Richiego Havensa na rozklekotanej scenie 1969 roku. Dziś festiwale wyglądają już inaczej. Czy to dobrze, czy źle? Każdy musi sam odpowiedzieć sobie na to pytanie. I wybrać festiwal, na którym czuje się najlepiej.

Coachella to z pewnością jedno z największych wydarzeń kulturowych naszych czasów. Warto się jej przyglądać, warto jej spróbować. Warto udać się w wirtualną podróż do Kalifornii choćby dziś. Niezależnie od tego czy jesteśmy w teamie o Coachelli marzącym, czy raczej tym od Coachelli stroniącym, historia, którą toczy dokument „Coachella: 20 lat na pustyni” to coś, na co warto poświęcić czas.