Piętnaście kurtek i jedna decyzja

Piętnaście kartonów czeka na kuriera. W środku zimowe kurtki: za 1200 zł, za 3500 zł, za 8000 zł. Łącznie około 45 tysięcy złotych. Monika Kamińska, założycielka marki swojego imienia i nazwiska, chciała po prostu kupić sobie ciepłą kurtkę na zimę.

Odesłała wszystkie.

„Każda miała ten sam problem. Albo marzłam, albo się gotowałam. Wracałam ze spaceru spocona i zmarznięta jednocześnie i pomyślałam: przecież to absurd” – mówi. Najdroższa z nich ważyła dwa kilogramy. „Po kilku godzinach bolały mnie ramiona”.

Zobacz także:

Dla większości z nas byłby to koniec historii i powrót do starego puchowego płaszcza. Dla Moniki Kamińskiej był to początek. Od lat prowadzi w Warszawie markę, która wyrosła ze sprzeciwu wobec „tekstylnego śmietnika”, czyli taniego poliestru i ubrań na jeden sezon. Jej ubrania powstają głównie w Polsce, z naturalnych włókien, a klientki kupiły ich już setki tysięcy. Obietnica jest prosta: „Nie z plastiku. Nie na sezon. Na lata”. W jej sklepie nie ma poliestru, poliamidu ani akrylu jako głównych włókien. Są wełna, merino, len, bawełna organiczna. Brakowało tylko jednego: zimowej kurtki, która spełniłaby te same zasady. Skoro nikt jej nie uszył, postanowiła zrobić to sama. „Nie chciałam kolejnego kompromisu. Skoro mówię klientkom, że da się żyć bez poliestru, nie mogę sama chodzić zimą w plastiku”.

Zimowa kurtka Woolaspen projektu Moniki Kamińskiej
Materiały prasowe Monika Kamińska

„Nie da się”, czyli dwa lata pod prąd

Przez ostatnie lata zimowa moda należała do syntetyków. Gorpcore ubrał miasto w techniczne kurtki z poliestru i nylonu, a wełnę zostawił płaszczom na wyjście do opery. Dziś wahadło wraca: coraz więcej z nas czyta metki, szuka naturalnych składów i ma dość ubrań na jeden sezon. Kiedy Monika Kamińska zaczęła pytać o kurtkę w całości z naturalnych materiałów, usłyszała odpowiedź, którą zna każdy, kto próbował zrobić coś po raz pierwszy.

„Membrana nie współpracuje z wełną, wypełnienie się zbryla, będzie za ciężka. Usłyszałam to od siedmiu dostawców wełny i trzech producentów membran. Za każdym razem to samo: nie da się. A ja wiedziałam, że da się inaczej” – wspomina.

Zamiast zrezygnować, zaczęła testować. Powstało dwanaście prototypów. Każdy kolejny poprawiał jeden problem: rozkład wypełnienia w komorach, wagę, oddychalność, pracę membrany z wełnianą tkaniną. Kluczem okazało się wypełnienie, w którym 20 proc. biopolimeru z włókna kukurydzianego stabilizuje merino. Dzięki temu wełna nie wędruje i nie zbija się w grudy, a kurtka zachowuje kształt sezon po sezonie. „Były momenty, kiedy sama zaczynałam wątpić. Każdy prototyp nosiłam sama. Na nartach, na biegówkach, na mrozie, w deszczu. Wracałam, zapisywałam, co nie działa, i odsyłałam do poprawki. I tak dwanaście razy”.

Zimowa kurtka Woolaspen projektu Moniki Kamińskiej
Materiały prasowe Monika Kamińska

„Dziś mogę powiedzieć, że z wełny da się zrobić wszystko. Nawet kurtkę na minus dwadzieścia” – mówi Kamińska. Efekt? Woolaspen, zimowa kurtka marki Monika Kamińska z wierzchem ze 100% wełny i wypełnieniem z merino zamiast puchu czy syntetycznej waty. Takiej próżno szukać na sklepowych wieszakach. Nawet jej nazwa zaczyna się od tego, co najważniejsze: wool, czyli wełna. Zaprojektowana i uszyta w Polsce, z włoskiej tkaniny.

Czy wełniana kurtka grzeje na mróz?

Grzeje, i to bez grama puchu. Na pierwszy rzut oka Woolaspen to minimalistyczna, sportowa kurtka z kapturem. Cała innowacja kryje się jednak w środku.

Z zewnątrz jest wełna. Prawdziwa, w stu procentach, utkana we Włoszech z cienkiego włókna o grubości 18,1 mikrona. Dwuwarstwowa tkanina jest miękka w dotyku, nie gniecie się i sama odpycha wodę. To ona nadaje kurtce szlachetny, matowy charakter, którego nie podrobi żaden syntetyk.

Tuż pod nią pracuje membrana o grubości zaledwie 10 mikronów, wykonana z materiałów z recyklingu. Daje wodoodporność na poziomie 3800 mm i chroni przed wiatrem, a jednocześnie przepuszcza parę wodną. Ciało może oddychać, deszcz zostaje na zewnątrz.

Sercem kurtki jest wypełnienie: 480 gramów na metr kwadratowy, w 80 proc. z merino i w 20 proc. z biopolimeru z włókna kukurydzianego. To właśnie ta proporcja rozwiązała problem, przez który dostawcy mówili „nie da się”. Merino grzeje nawet wtedy, gdy jest wilgotne, czego nie da się powiedzieć o puchu, a marka deklaruje komfort w temperaturach od zera do minus 20 stopni. Całość zamyka gładka podszewka z wiskozy, która swobodnie układa się na swetrze.

W praktyce zna to każda osoba, która zimą jeździ komunikacją miejską. W syntetyku albo marzniemy na przystanku, albo gotujemy się w tramwaju. Wełna w Woolaspen działa jak naturalny termostat: odprowadza wilgoć, gdy się rozgrzewamy, i zatrzymuje ciepło, gdy stoimy w miejscu.

Merino ma jeszcze jedną zaletę, o której rzadko się mówi: jest naturalnie antybakteryjne i nie chłonie zapachów. Zamiast prania wystarczy wietrzenie, a do pralni kurtka trafia raz na sezon.

Do tego dochodzi lekkość. Cienkie włókno i membrana sprawiają, że Woolaspen nie przypomina dwukilogramowej kurtki, od której kiedyś bolały projektantkę ramiona. Krople deszczu spływają po powierzchni i wystarczy je otrząsnąć.

Resztę załatwiają detale: regulowany kaptur i dół, elastyczne mankiety, które nie wpuszczają wiatru, dwie kieszenie zewnętrzne i jedna wewnętrzna. Stopery mają kolor ciemnego niklu. Drobiazg, ale to on sprawia, że kurtka wygląda na przemyślaną, a nie techniczną.

Jak nosić wełnianą kurtkę zimą

Woolaspen powstała z myślą o mrozie i deszczu, ale nie ma w sobie nic z technicznego ekwipunku. Czyste linie, matowa faktura wełny i stonowane kolory sprawiają, że równie dobrze wygląda w mieście, jak na górskim szlaku. To outdoor w dyskretnym wydaniu: funkcja bez logo i bez krzykliwych przeszyć.

„Zależało mi, żeby nie wyglądała jak kurtka na wyprawę w Himalaje. Ma pasować i do golfu, i do sukienki. Rano do biura, w sobotę na szlak, wieczorem do teatru” – mówi Monika Kamińska.

W mieście brązową wersję wystarczy zestawić z kremowym swetrem i skórzanymi mokasynami. Za miastem czarna sprawdzi się z legginsami z merino i trekkingowymi butami, a wieczorem można ją narzucić na dzianinową sukienkę. Zasada jest jedna: pod spodem naturalne włókna, które oddychają razem z kurtką.

Co sprawdzić na metce zimowej kurtki

Zanim kupisz kolejną zimową kurtkę, odwróć ją na lewą stronę i znajdź metkę. Trzy informacje powiedzą o niej więcej niż cena.

Pierwsza to wypełnienie. Samo słowo „ocieplina” bez dopisku często oznacza syntetyk, najczęściej poliester. Puch ma podaną proporcję puchu do pierza, a wełna zawsze będzie wymieniona z nazwy.

Druga to wierzch. Kurtka opisana jako „wełniana” może mieć na zewnątrz kilkanaście procent wełny i resztę poliestru. Liczy się procent, a nie nazwa w sklepie.

Trzecia to wodoodporność, podawana w milimetrach słupa wody. Kilka tysięcy milimetrów wystarczy na mżawkę i umiarkowany deszcz w mieście. Na wielogodzinną ulewę w górach szuka się wyższych wartości.

W przypadku Woolaspen metka jest krótka: 100% wełny na wierzchu, 80% merino w wypełnieniu, 3800 mm słupa wody.

Zimowa kurtka Woolaspen projektu Moniki Kamińskiej
Materiały prasowe Monika Kamińska

Kurtka bez poliestru, na którą się czeka

Woolaspen nie wisi na wieszakach przez całą zimę. Kolejne dropy znikały w przedsprzedaży, a na powiadomienie o dostępności zapisują się tysiące osób. Kolejne partie powstają powoli, bo włoska tkanina i certyfikaty wymagają czasu. To moda w tempie, które rzadko dziś widzimy.

Najlepsze recenzje piszą zresztą same klientki. Pani Sara i pani Ewa zabrały swoje Woolaspen na Islandię. Do zespołu marki wróciły od nich zdjęcia z lodowców i islandzkich bezdroży. Lodowaty wiatr, deszcz ze śniegiem i pogoda zmieniająca się co godzinę to test, którego nie zaplanuje żadne laboratorium.

To nie jest tani zakup, mówimy o kilku tysiącach złotych. Marka Monika Kamińska mówi jednak wprost, za co się płaci: za kurtkę na dziesięć lat i więcej. „Wełna dojrzewa i z każdym sezonem ładnieje. Nie zbryla się, nie rozpada. Ta kurtka ma być z tobą przez dziesięć lat i więcej, a nie przez dwie zimy” – przekonuje Kamińska. Nawet rozłożona tylko na dziesięć zim kosztuje za sezon mniej więcej tyle, co jeden dobry wełniany sweter. Przy kurtce wymienianej co dwie zimy ten rachunek szybko przestaje być oczywisty.

Jest też drugi rachunek, ekologiczny. Syntetyczne ubrania przy każdym praniu uwalniają mikrowłókna plastiku. Woolaspen pierze się raz na sezon, a jej wypełnienie składa się z wełny i biodegradowalnego biopolimeru. To konsekwencja tej samej filozofii, od której zaczynała się cała marka.

W liście do pierwszych klientek projektantka napisała: „Woolaspen to dla mnie coś więcej niż kurtka. To spełnienie marzenia o stworzeniu w pełni naturalnego, wełnianego okrycia, które będzie otulało ciepłem nawet w najzimniejsze dni, bez kompromisów”.

Za oknem pierwszy listopadowy deszcz. Krople zbierają się na wełnianym rękawie, chwilę wiszą i spływają. Pod spodem jest sucho i ciepło. Piętnaście odesłanych kurtek później Monika Kamińska ma wreszcie tę, której szukała.

Kurtkę można przymierzyć w butiku marki przy ul. Niecałej 7 w Warszawie i zamówić na monikakaminska.com.