Polacy z niecierpliwością czekają na nową ekranizację tej powieści. Widziałam fragment i powiem Wam - jest na co czekać
„Lalka” film wraca do kin jako wielkie wydarzenie: 15 kwietnia w Warszawie twórcy i obsada po raz pierwszy pokazali fragmenty ekranizacji Prusa przed premierą 30 września 2026. Najmocniej wybrzmiał powrót Marka Kondrata jako Ignacego Rzeckiego po długiej przerwie i jego wyznanie, że „nie miał argumentów przeciw”.

W stolicy spotkali się reżyser Maciej Kawalski, producent Radosław Drabik oraz aktorzy związani z najważniejszymi rolami tej adaptacji. Pokazano kilka fragmentów filmu przygotowywanego z myślą o dużym ekranie, jeszcze przed finalnymi, drobnymi poprawkami. To właśnie ten przedsmak - wizualnie dopracowany, z bogatymi kostiumami i dbałością o światło - ustawił ton rozmów o „Lalce” jako projekcie, który ma działać nie tylko na miłośników literatury, ale i na tych, którzy tęsknią za kinem jako wspólnym, odświętnym doświadczeniem.
Twórcy akcentują, że ta „Lalka” nie ma być muzealną rekonstrukcją. Założenie jest klarowne: klasyczna ekranizacja, ale opowiedziana z wrażliwością współczesnego widza - mocniej nastawiona na emocje, tempo i intensywność relacji niż na encyklopedyczną skrupulatność. W tle powraca też szerszy kontekst: film dojrzewał w cieniu lockdownów i branżowej niepewności, a producent nazywa go „dzieckiem pandemicznym”. Ambicja jest prosta i wysoka zarazem: zaprosić widzów z powrotem do sal kinowych.

Marek Kondrat w roli Rzeckiego: powrót aktora na duży ekran po latach, który porusza branżę

Największe poruszenie wywołała obecność Marka Kondrata, który po 16 latach przerwy wraca na wielki ekran. W nowej „Lalce” gra Ignacego Rzeckiego - postać, której elegancja i lojalność od lat działają na wyobraźnię kolejnych pokoleń czytelników. Aktor podkreślał, że decyzja o powrocie do zawodu nie była automatyczna, ale ostatecznie nie znalazł w sobie argumentów, by odmówić.
- Trochę musiałem wszystkie te rzeczy złożyć do kupy, to trwało jakiś czas. Radek nie dzwonił do mnie, tylko ja poszedłem do jego restauracji i on wykorzystał ten moment mojego zaćmienia umysłowego. W każdym razie, kiedy zwrócił się z tą ofertą, no to potraktowałem ją tak jak wiele innych, które do mnie docierało. Po prostu nie wyobrażałem sobie siebie w tej samej roli po tylu latach. W tej samej roli mówię o aktorstwie, czyli w tym, co robiłem przez właściwie całe swoje życie, bo rozpocząłem tę pracę, kiedy miałem 10 lat. Więc tak się przekomarzaliśmy po prostu, ale on jest niesłychanie uparty - tłumaczył na konferencji Marek Kondrat
Wątek okazał się też osobisty: Kondrat przypomniał o rodzinnym splocie z historią ekranizacji „Lalki”: jego ojciec wystąpił w filmie Wojciecha Hasa, grając Szlangbauma. Ten detal, mocno osadzony w pamięci polskiego kina, nadaje obecnej produkcji dodatkowy ciężar i delikatną nutę ciągłości.
- Zacząłem sobie uświadamiać, co się w tej propozycji kryje tak naprawdę, bo dla mnie to było spotkanie z jakąś przestrzenią, począwszy od utworu, który jest dla mnie najwspanialszym utworem, ale tu nie jestem oryginalny, w polskiej literaturze. Powtórę, mam z nim do czynienia od kiedy zacząłem rozpoznawać jakichś ludzi dookoła siebie, bo wszyscy, dosłownie wszyscy aktorzy, ze wszystkich realizacji tej powieści filmowych, byli gośćmi mojego domu albo ja u nich. Gdzieś w jakimś miejscu z nimi się spotykałem, na nich patrzyłem. I to się, jakaś podróż odbyła po prostu. Potem sobie zdałem sprawę, że przecież w pierwszej realizacji lalki Wojciecha Hasa wziął udział mój ojciec, grał Szlangbauma w tej ekranizacji i był młodszy ode mnie. Miał wtedy 60 lat. I jak się to wszystko skleiło razem, to pomyślałem sobie, a właściwie to co tu, nie ma argumentów przeciw po prostu - kontynuował opowieść aktor.

Po pokazie fragmentów Marek Kondrat mówił, że był poruszony i z satysfakcją patrzył na efekt pracy, który zobaczył na ekranie.
- Dzisiaj razem z państwem zobaczyłem pierwszy raz tych kilka scen i jestem poruszony. I to jest odpowiedź na to, że dzisiaj mam tyle lat, że nie muszę się wstydzić tego, że sam się sobie nawet podobałem w tych paru momentach. Ale naprawdę bycie w tym zespole jest dla mnie prawdziwą przyjemnością, bo widzę wspaniałych twórców. I tych, których państwo tutaj widzą, i tych, których nie widzicie. Mówię o scenografach, mówię o świetle tego filmu, mówię o kostiumach do tego filmu, które... Wszystko to zobaczycie na dużym ekranie. Ja też zobaczę to na dużym ekranie i tam będzie efekt i zamysł tego, co chciał zrobić Radek na początku, zrealizowany w pełni takiej, której dzisiaj nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.
Aktor wyraził też ogromne pragnienie związane z filmem. - Ten film to jest marzenie w dobie telefonów i filmów oglądanych w łazience. Zresztą to jest przeniesienie się do tego świata marzeń, którym zawsze film dla mnie i dla mojego pokolenia był. Myśmy oglądali rzeczy...Do kin się chodziło na premiery wielkie, które docierały do nas z opóźnieniem. To było wydarzenie. Dzisiaj mam do czynienia z takim wydarzeniem po wielu, wielu latach i po technice, która nas przeniosła do domów po prostu, do jakiegoś intymnego oglądania na małym ekraniku czegoś, co filmu nie przypomina w tej pełnej wersji. Więc mam własne nadzieje związane z premierą tego filmu i dopiero wtedy chcę zobaczyć ten film w pełni, ale te zajawki, które tutaj widziałem zapowiadają wszystko to, o czym marzyliśmy - opowiadał Marek Kondrat.
Agata Kulesza o swojej postaci... której nikt z książki nie pamięta

Jednym z najmocniejszych punktów nowej adaptacji ma być właśnie Pani Meliton - bohaterka, która w literackim pierwowzorze pozostawała raczej na drugim planie, a dziś może stać się jedną z największych niespodzianek filmu. Agata Kulesza opowiadała o tej roli z wyraźną czułością, humorem i ogromnym entuzjazmem. Już na początku dała do zrozumienia, że tym razem dostała postać zupełnie inną od wielu swoich wcześniejszych ekranowych wcieleń. Jak sama przyznała, był to dla niej powiew świeżości:
- Pani Meliton jest o tyle świetna, że nie choruje, nie umiera i nie płacze, co w moich rolach jest dosyć rzadkie - skomentowała humorystycznie.
Kulesza zwróciła uwagę, że twórcy filmu świadomie wydobyli tę bohaterkę z cienia i nadali jej zupełnie nową energię. Jej zdaniem widzowie po seansie spojrzą na Panią Meliton zupełnie inaczej niż dotąd:
- Nikt z was nie pamięta pani Meliton z książki. Już ja to wiem, a z filmu będziecie pamiętać - skwitowała.
Aktorka zdradziła też, że jej bohaterka nie jest jedynie barwnym dodatkiem do opowieści. To kobieta, która realnie wpływa na wydarzenia i potrafi zmieniać bieg historii bohaterów:
- Oni, chłopaki po prostu tak w tym scenariuszu wyciągnęli panią Meliton, która ma swoją rolę do wykonania, czasami przyspieszając akcję, a czasami mając ogromny wpływ na Wokulskiego, żeby mu pokazać, czym się ten świat kręci.

Według Kuleszy siłą tej postaci jest jej niejednoznaczność. Pani Meliton bywa cyniczna, potrafi chłodno oceniać rzeczywistość, ale pod tą warstwą kryje się również przeszłość, która ją ukształtowała:
- Jest dosyć też cyniczna i gdzieś tam wyrachowana, bo w naszych rozmowach pani Meliton miała kiedyś złamane serce. Jest bardzo niezależna, jest szybka w myśleniu, jest bardzo dobrze stawiająca diagnozy społeczne, ale korzysta z tego dla siebie - opowiedziała o swojej postaci.
Kulesza nie ukrywała, że granie tej bohaterki było dla niej czystą przyjemnością. Szczególnie wspominała kostiumy, plan zdjęciowy i możliwość pracy w tak mocnej obsadzie:
- Ja jestem tak zadowolona, ja tak lubię panią Meliton i ona jest tak zabawna. Jestem po prostu zachwycona i tą pracą, i tą moją rolą.
Na koniec aktorka zwróciła się bezpośrednio do widzów, podkreślając, że to produkcja stworzona z rozmachem i zasługująca na kinowy seans:
- To jest film, który zasługuje na wielki ekran, nie na oglądanie w łóżku na komputerze, a tym bardziej na komórce.
Rozmach produkcji w liczbach i miejscach, które zamknięto dla miasta

Skala przedsięwzięcia została opisana konkretnie, w detalach, które robią wrażenie nawet na osobach oswojonych z dużymi planami. Produkcja ma za sobą dwa lata przygotowań, 60 dni zdjęciowych i około 50 lokacji. Wśród nich znalazły się miejsca, które na potrzeby zdjęć wymagały szczególnej organizacji: Łazienki Królewskie, Krakowskie Przedmieście czy Pałac w Nieborowie. Osobnym rozdziałem jest scenografia: budowa sklepu Wokulskiego trwała 40 dni.
Do tego dochodzi moda - w filmie rozumiana jako element świata, a nie tylko kostium. Stroje szyto i wypożyczano nie tylko w Polsce, ale także za granicą, m.in. w Berlinie, Mediolanie i Rzymie. Ten miks pracowni, archiwów i rzemiosła ma budować wiarygodność epoki, ale zarazem dawać jej świeżość, jak dobrze skrojona klasyka, która broni się również dzisiaj.
- Na początku ubieranie kostiumów było bardzo ciężkie, trwało, liczyliśmy czas 25 minut, i już tak w połowie zdjęć trwało to około 7 minut. Także cała ekipa tutaj, nasze kostiumografki, no doszłyśmy do takiego momentu, w którym trwało to krócej na szczęście - opowiadała o szczegółach Kamila Urzędowska, którą widzowie mogli już podziwiać na dużym ekranie w roli Jagny z „Chłopów” - tu wciela się w Izabellę Łęcką.

W obsadzie głównych ról są Marcin Dorociński jako Stanisław Wokulski, Kamila Urzędowska jako Izabela Łęcka i Marek Kondrat jako Ignacy Rzecki. Wśród nazwisk, które pojawiają się przy projekcie, są też m.in. Agata Kulesza, Krystyna Janda, Andrzej Seweryn, Maja Komorowska, Cezary Żak, Karolina Gruszka, Dawid Ogrodnik, Filip Pławiak, Mateusz Damięcki, Maria Dębska, Andrzej Chyra, Maciej Stuhr i Maciej Musiałowski, a koproducentem jest TVN S.A.
Premiera kinowa została wyznaczona na 30 września 2026 roku - i już teraz widać, że to data, którą branża oraz widzowie zapisują w kalendarzach jako obietnicę eleganckiego widowiska, z rozmachem i emocjami na pierwszym planie.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.

