A jednak czasami adaptacja robi coś znacznie ciekawszego niż wierne odtworzenie fabuły. Zmienia temperaturę historii, wydobywa z niej rzeczy ledwie zasugerowane na papierze, daje twarz bohaterowi, którego od tej chwili nie sposób wyobrazić sobie inaczej. A czasem po prostu trafia w idealny moment – i książka, dotąd znana głównie czytelnikom thrillerów, nagle staje się tematem rozmów, memów, analiz kostiumów i internetowych śledztw. Te siedem historii właśnie tak przeszło z półki do popkultury.
WIDEO…
„Zaginiona dziewczyna” – Gillian Flynn / reż. David Fincher
Kiedy „Zaginiona dziewczyna” Gillian Flynn ukazała się w 2012 roku, szybko wykroczyła poza kategorię kolejnego bestsellerowego thrillera. Historia zaginięcia Amy Dunne w piątą rocznicę ślubu i podejrzeń, które niemal natychmiast padają na jej męża Nicka, była kryminałem tylko na pierwszym planie. Pod spodem Flynn rozgrywała znacznie ciekawszą historię o małżeństwie, autoprezentacji i rolach, które partnerzy tworzą najpierw dla siebie, a później zaczynają w nich grzęznąć.
Dwa lata później David Fincher przeniósł tę opowieść na ekran, zachowując jej cynizm, ale nadając mu własną, chłodną precyzję. Rosamund Pike stworzyła Amy, która błyskawicznie oderwała się od literackiego pierwowzoru i zaczęła funkcjonować jako osobna figura popkultury. Jej słynny monolog o „cool girl” do dziś wraca w internetowych dyskusjach o kobiecości, związkach i oczekiwaniach wobec kobiet. I chyba właśnie tutaj najlepiej widać, co ekranizacja zrobiła z powieścią Flynn: nie tyle ją spopularyzowała, ile dała jej obrazy i twarz, które zaczęły żyć niezależnie od książki.
„Wielkie kłamstewka” – Liane Moriarty / HBO
Na papierze: zamożne matki, szkoła w nadmorskim miasteczku i śmierć, której okoliczności poznajemy kawałek po kawałku. Na ekranie: Nicole Kidman, Reese Witherspoon, Laura Dern, Zoë Kravitz i Shailene Woodley, kalifornijskie wybrzeże oraz soundtrack, który niemal natychmiast trafił na playlisty widzów.
Serial HBO zrobił z powieści Liane Moriarty coś więcej niż kryminalną zagadkę. Pod wypolerowaną powierzchnią drogich domów i perfekcyjnie zorganizowanego życia znalazł przemoc, frustrację, klasowe napięcia i kobiecą solidarność, która nie ma nic wspólnego z lukrowanym hasłem o „girl power”.
Szczególnie mocno wybrzmiała historia Celeste granej przez Nicole Kidman. To właśnie dzięki takim rolom „Wielkie kłamstewka” przestały być po prostu serialem z zagadką morderstwa. Stały się jednym z tytułów definiujących telewizyjny boom na prestiżowe, gwiazdorskie thrillery psychologiczne.
„Ostre przedmioty” – Gillian Flynn / HBO
Zanim Amy Dunne przejęła popkulturę, Gillian Flynn stworzyła Camille Preaker – reporterkę, która wraca do rodzinnego miasteczka, żeby napisać o zabójstwach młodych dziewczyn. Powrót oznacza również spotkanie z matką, własną przeszłością i wszystkim, od czego Camille próbowała się odciąć.
Serialowa wersja z Amy Adams nie spieszy się ani przez chwilę. I bardzo dobrze. Jean-Marc Vallée buduje opowieść z urywków wspomnień, dźwięków, spojrzeń i obrazów pojawiających się na sekundę. Zamiast klasycznego śledztwa dostajemy duszny portret miejsca, w którym rodzinne sekrety przechodzą z pokolenia na pokolenie niemal jak nazwisko.
Amy Adams gra Camille bez efektownych gestów. Jej bohaterka jest jednocześnie obecna i jakby pół kroku poza własnym ciałem. Dzięki temu „Ostre przedmioty” należą do rzadkich adaptacji, które nie próbują literatury „upraszczać” dla ekranu. Przeciwnie – jeszcze bardziej komplikują jej psychologię.
„Utalentowany pan Ripley” – Patricia Highsmith / reż. Anthony Minghella
Tom Ripley chce mieć pieniądze, pozycję i życie ludzi, do których świata przypadkiem dostał zaproszenie. Problem zaczyna się wtedy, gdy samo obserwowanie przestaje mu wystarczać.
Patricia Highsmith stworzyła jednego z najbardziej fascynujących antybohaterów XX wieku, ale dla całego pokolenia Tom Ripley ma twarz młodego Matta Damona. Film Anthony’ego Minghelli z 1999 roku dołożył do chłodnej psychologicznej gry Highsmith włoskie słońce, jazz, lniane koszule i Jude’a Lawa jako Dickiego Greenleafa – człowieka tak magnetycznego, że obsesja Toma staje się niemal zrozumiała.
To również świetny przykład filmu, który jest piękny w sposób niepokojący. Im bardziej pocztówkowa staje się Italia, tym wyraźniej czuć, że pod tym obrazkiem dzieje się coś bardzo złego.
„Rebeka” – Daphne du Maurier / reż. Alfred Hitchcock
„Zeszłej nocy śniło mi się, że znów byłam w Manderley” – i właściwie wystarczy jedno zdanie, żeby wrócić do świata Daphne du Maurier. Bezimienna młoda kobieta poślubia bogatego wdowca Maximiliana de Wintera i trafia do jego imponującej posiadłości. Tam szybko odkrywa, że zmarła pierwsza żona Maxima wcale nie opuściła domu. Przynajmniej nie w sensie, który naprawdę się liczy.
Hitchcock zekranizował powieść w 1940 roku i stworzył film, który do dziś pozostaje punktem odniesienia dla opowieści o nawiedzonych przeszłością domach, obsesji i kobiecie próbującej odnaleźć się w świecie zbudowanym według zasad kogoś innego.
Najbardziej interesujące jest to, że Rebecca praktycznie nie pojawia się na ekranie, a mimo to dominuje każdą scenę. Jej ubrania, pokój, inicjały, wspomnienia innych – nieobecność zostaje zamieniona w najbardziej wyrazistą obecność filmu. Trudno o lepszy dowód, że thriller nie potrzebuje seryjnego mordercy ani pościgu, żeby wywołać niepokój.
„Wyspa tajemnic” – Dennis Lehane / reż. Martin Scorsese
Rok 1954. Federalny szeryf Teddy Daniels przybywa na odizolowaną wyspę, gdzie znajduje się szpital psychiatryczny dla szczególnie niebezpiecznych pacjentów. Jedna z nich zniknęła z zamkniętego pokoju. Sztorm odcina wyspę od świata, personel zachowuje się podejrzanie, a Teddy ma coraz więcej powodów, by sądzić, że oficjalna wersja wydarzeń nie mówi wszystkiego.
Martin Scorsese nie potraktował powieści Dennisa Lehane’a jak łamigłówki do rozwiązania. Zrobił z niej gorączkowy sen. Leonardo DiCaprio porusza się po wyspie, która z każdą sceną wygląda mniej jak realne miejsce, a bardziej jak przestrzeń skonstruowana przez czyjś umysł.
I właśnie dlatego „Wyspa tajemnic” tak dobrze znosi powtórne seanse. Kiedy zna się odpowiedzi, film wcale nie przestaje działać. Zmienia się tylko pytanie, które zadajemy podczas oglądania.
„Dziewczyna z tatuażem” – Stieg Larsson / reż. David Fincher
David Fincher pojawia się na tej liście po raz drugi nieprzypadkowo. Ma wyjątkowy talent do historii, w których ludzie mówią jedno, myślą drugie, a robią jeszcze coś innego.
Powieść Stiega Larssona była już międzynarodowym bestsellerem, zanim Hollywood się nią zainteresowało. Amerykańska ekranizacja sprawiła jednak, że Lisbeth Salander w interpretacji Rooney Mary stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych ekranowych bohaterek thrillera XXI wieku.
Fincher nie próbuje ocieplać ponurego świata Larssona. Przeciwnie: Szwecja jest tutaj zimna, elegancka i niemal sterylna, a przemoc tym bardziej szokująca, że pojawia się w otoczeniu, które wygląda na uporządkowane. W centrum pozostaje Lisbeth – genialna, trudna, nieprzewidywalna i całkowicie odporna na potrzebę bycia „sympatyczną” bohaterką.
Film nie odebrał książce jej fenomenu. Zrobił coś ciekawszego: stworzył dla niego równie wyrazisty ekranowy odpowiednik.
Kiedy ekranizacja przestaje być tylko adaptacją
Najlepsze ekranizacje thrillerów nie zachowują się wobec książek jak pilni uczniowie. Nie odhaczają kolejnych rozdziałów i nie próbują udowodnić, że niczego nie zmieniły. Wiedzą, że kino i literatura operują innymi narzędziami.
Fincher potrzebuje chłodnego kadru i muzyki Trenta Reznora i Atticusa Rossa. Vallée – montażu, który działa jak pamięć. Hitchcock – domu, którego korytarze potrafią powiedzieć o bohaterach więcej niż dialog. A „Wielkie kłamstewka” potrzebowały całej grupy aktorek, dzięki którym pojedyncze literackie postaci zaczęły funkcjonować jako jeden z najbardziej rozpoznawalnych ekranowych kobiecych zespołów ostatnich lat.
Dlatego po tych ekranizacjach trudno wrócić do punktu wyjścia. Czytając książkę, widzimy już twarz Rosamund Pike. Przy pierwszych nutach „Cold Little Heart” myślimy o klifach Monterey. A Tom Ripley, niezależnie od kolejnych interpretacji, wciąż potrafi przypomnieć nam słoneczne Włochy, w których wszystko wyglądało zbyt pięknie, żeby mogło dobrze się skończyć.
Drugie życie? W kilku przypadkach to właśnie ono okazało się tym, które pamiętamy najlepiej.