„Diabeł ubiera się u Prady 2” miał być skokiem na nostalgię. Okazał się filmem, którego naprawdę potrzebowaliśmy [RECENZJA]
Bałam się tego seansu. Jak wielu fanów kultowego hitu sprzed lat podejrzewałam, że druga część będzie próbą odcinania kuponów od legendy. Tymczasem wyszłam z kina wzruszona, rozbawiona i z poczuciem, że ten sequel mówi o naszym świecie więcej, niż można było się spodziewać.

Byłam na przedpremierze z zaproszenia marki Reserved. Pokaz odbył się 23 kwietnia w warszawskiej Kinotece, więc chwilę temu, a to, co zobaczyłam, musiałam przez kilka dni zachować dla siebie. W przypadku tego filmu było to wyjątkowo trudne. Bo są premiery, o których zapomina się jeszcze w drodze do domu. I są takie, po których człowiek wychodzi z kina, siada na chwilę w ciszy i myśli: muszę o tym komuś opowiedzieć. „Diabeł ubiera się u Prady 2” jest właśnie takim filmem.
Film od 1 maja będzie dostępny dla wszystkich widzów we wszystkich kinach w całej Polsce. Szykujcie się więc na długie rozmowy po seansie. Jestem pewna, że ten tytuł zawładnie polskimi kinami. I całe szczęście.
Ta recenzja nie zawiera spoilerów.

„Diabeł ubiera się u Prady 2”. Powrót do historii, która była czymś więcej niż filmem

Pierwsza część, która trafiła do kin dwadzieścia lat temu, była dla wielu z nas czymś więcej niż komedią o modzie. „Diabeł ubiera się u Prady” to był film o marzeniach. O tym, że można wejść do świata, który wydaje się zamknięty. O tym, że dziewczyna po studiach, trochę zagubiona, trochę niepewna siebie, może znaleźć się nagle w samym centrum wielkiego świata.
Niemal wszyscy identyfikowaliśmy się z Andy. Miliony kobiet na całym świecie dałyby się pokroić za choćby ułamek jej szczęścia. To była ta dziewczyna, która trafia na staż do najbardziej prestiżowego magazynu mody i nie do końca zdaje sobie sprawę, w jak wielką paszczę lwa właśnie weszła. Towarzyszyliśmy jej w każdej scenie. Trzymaliśmy za nią kciuki. Patrzyliśmy, jak się zmienia, jak zaczyna rozumieć ten świat, jak zaczyna czerpać z niego przyjemność. Ale patrzyliśmy też, jak zaczyna rozumieć cenę sukcesu.
Pierwszy film mówił nam coś bardzo ważnego: warto sięgać po marzenia, ale nie każde marzenie, które błyszczy na początku, będzie tym samym marzeniem na końcu. To była też historia o szukaniu własnej drogi. I właśnie dlatego wydawało się, że ten film zakończył się idealnie. Że niczego więcej nie trzeba dopowiadać.
Dopóki nie zobaczyłam drugiej części. Dziś wiem jedno: ta historia bardzo potrzebowała powrotu.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
„Diabeł ubiera się u Prady 2” w kinach. Od pierwszej sceny czuć tę samą przyjemność

Największy strach przed sequelem był prosty: czy da się wrócić do tego samego klimatu po dwudziestu latach? Odpowiedź brzmi: tak. Od pierwszej sceny poczułam dokładnie tę samą przyjemność, którą czuje się podczas oglądania pierwszej części. Ten sam rodzaj lekkości, elegancji, humoru i ekranowego uroku, który sprawia, że człowiek po prostu dobrze się czuje, siedząc w kinowym fotelu.
Oczywiście kadry są inne. Kino przez dwie dekady ogromnie się zmieniło. Zmienił się rytm montażu, tempo opowieści, sposób filmowania miasta. Ale przyjemność z oglądania tego filmu ma dokładnie ten sam vibe. Znów dostajemy obłędne ujęcia Nowego Jorku. Szklane wieżowce, ruchliwe ulice, żółte taksówki, ikoniczne kamieniczki, które znamy z „Seksu w wielkim mieście” czy „Jak stracić chłopaka w 10 dni”.
To jest ten Nowy Jork, który nie wygląda jak miasto. Wygląda jak obietnica. I tak, po seansie znów miałam ochotę spakować walizkę i przenieść się do miasta marzeń.
„Diabeł ubiera się u Prady 2” to nie tylko film o modzie

Druga część robi jednak coś znacznie ciekawszego niż odtwarzanie znanego klimatu. To nie jest wyłącznie film o modzie. To film o tym, co stało się ze światem mediów. O tym, jak łatwo sprowadzić ludzi pióra do roli producentów ruchu w sieci. Jak często ważniejsze staje się to, co się niesie, niż to, co naprawdę coś znaczy. O tym, że liczą się kliki, zasięgi, wyświetlenia i tempo, a nie treść, warsztat czy czas włożony w przygotowanie dobrego materiału. To bardzo odważny temat jak na produkcję, po której wiele osób spodziewało się jedynie błyskotek i drogich płaszczy i... pazura Miranda Priestly.
Andy wraca po dwudziestu latach jako spełniona dziennikarka. Odbiera prestiżową nagrodę, ale przede wszystkim pisze o sprawach społecznych, ważnych dla ludzi. Próbuje w ten sposób coś zmieniać. I nagle dzieje się coś (nie mogę zdradzić co, bo nie chce wam psuć zabawy z seansu), co sprawia, że znów trafia do świata mody. I to w momencie, w którym Miranda Priestly ma kłopoty. Bo w życiu niczego nie można być pewnym. Bo świat mediów, to dziś jeden wielki rollercoster.
Miranda Priestly kontra... Zetki

To jeden z najmocniejszych elementów filmu. Świat, który znała Andy, już nie istnieje. To nie jest ten sam „Runway”. To nie jest ten sam układ sił. To nie są te same media. A Miranda, kobieta, która przez lata była uosobieniem wpływu, gustu i władzy, musi zmierzyć się z faktem, że dziś światem rządzą Zetki, algorytmy, viralowe trendy i uwaga trwająca kilka sekund.
Miranda nadal pozostaje ikoną. Nadal wystarczy jedno spojrzenie, by uciszyć pokój. Nadal jest magnetyczna. Ale po raz pierwszy widzimy ją nie w konflikcie z podwładnymi, lecz z epoką, która nie uznaje dawnych zasad. To już nie świat, którym można sterować wyłącznie gustem i pozycją. To bardzo ciekawe, bo film nie ośmiesza Mirandy. Nie robi z niej „starszej pani, która nie nadąża”. Nie odbiera jej klasy. Nie odbiera jej pozycji. Pokazuje po prostu, że nawet ikony muszą nauczyć się żyć w nowej epoce. I Miranda Priestly robi to zaskakująco mądrze i w swoim „that's all” stylu.
„Diabeł ubiera się u Prady 2” - bohaterowie wrócili jakby minęła tylko chwila, a nie 20 lat

Nie wiem, jak oni to zrobili, ale to się naprawdę udało. Andy znów jest tą samą dziewczyną, która jest bliska każdemu z nas. Nadal jej kibicujemy. Nadal chcemy, żeby znalazła swoją drogę. Nadal widzimy tę samą dziewczynę, która mimo przeciwności losu wierzy, że jednym gestem, tekstem, zdarzeniem można zmienić świat. Która wciąż wierzy, że warto to robić.
Miranda pozostaje ikoną. Jedno wejście do pomieszczenia i wszyscy wiedzą, kto tu rządzi. Choć może wydawać się, że straciła pazur - bo... i to jedyny spoiler, który ode mnie otrzymacie w tej recenzji - sama odwiesza swój płaszcz po przyjściu do pracy - to naprawdę wciąż jest tą samą Mirandą, która rozgrywa wszystkich - ku ich zaskoczeniu. A Nigel, grany przez Stanley'a Tucci, znów jest dokładnie tym Nigelem, którego kochaliśmy. Błyskotliwy, ciepły, bystry, ironiczny i wciąż gdzieś czekający na docenienie przez Mirandę...
Największym zaskoczeniem jest jednak Emily. Druga część pokazuje jej prawdziwe oblicze, które można było dostrzec w pierwszej części. Ambicję. Głód prestiżu. Chęć bycia numerem jeden. Wydaje się, że ma wszystko, że osiągnęła to co chciała... ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. I muszę przyznać, to jeden z większych twistów tego filmu, który mocno was zaskoczy. Ja, nie mogłam uwierzyć...
„Diabeł ubiera się u Prady 2”. Moda wraca w wielkim stylu

Oczywiście nie byłoby tego filmu bez mody. Reżyser pierwszej części, który ponownie stanął za kamerą, doskonale wie, po co widzowie kupili bilety. Dostajemy szybkie, przepiękne kadry. Blichtr. Splendor. Sławę. Pieniądze. Znów jesteśmy na fashion weeku w Mediolanie. Znów oglądamy projektantów, modelki i pokazy, od których trudno oderwać wzrok.
I znów dzieje się coś irracjonalnego. Ja, mając 162 centymetry wzrostu i zdecydowanie za krótkie nogi, przez chwilę naprawdę pomyślałam, że chciałabym znaleźć się na wybiegu. Tylko ten film potrafi zrobić coś takiego. Ale moda nie jest tu dekoracją. Jest komunikatem. Zbroją. Narzędziem władzy. Sposobem opowiadania o tym, kim jesteśmy, zanim cokolwiek powiemy.
Co o „Diabeł ubiera się u Prady 2” mówią krytycy?

Zagraniczni krytycy zgodnie podkreślali, że „Diabeł ubiera się u Prady 2” okazał się znacznie lepszy, niż ktokolwiek zakładał. W recenzjach powtarzały się słowa o filmie „uroczym”, „błyskotliwym”, „zabawnym”, ale też zaskakująco aktualnym. Wielu komentatorów zwracało uwagę, że sequel nie próbuje kopiować pierwszej części scena po scenie, lecz rozwija jej bohaterów i pokazuje ich w nowej rzeczywistości. Chwalono scenariusz za lekkość dialogów, humor i inteligentne podejście do tematu mediów, mody oraz przemian kulturowych. Pojawiały się opinie, że to produkcja, którą będzie się cytować przez lata - tak jak cytowano pierwszą część.
Dużo ciepłych słów zebrała również obsada. Recenzenci podkreślali, że Meryl Streep, Anne Hathaway, Emily Blunt i Stanley Tucci wracają do swoich ról tak naturalnie, jakby od premiery pierwszego filmu minęło kilka miesięcy, a nie dwadzieścia lat. Chemia między nimi nadal działa, a ekranowa energia znów staje się jednym z największych atutów filmu. Nie brakowało też najmocniejszych reakcji. Pojawiały się głosy, że sequel „nie ma prawa być tak dobry, jak jest”, a inni pisali wprost, że „zdecydowanie warto było czekać”.
Ja od siebie dodam, że rzadko zdarza się, by film oparty na nostalgii zbierał podobne reakcje. Jeszcze rzadziej - by na nie zasługiwał. A zasłużył.
Końcówka trafia prosto w serce. Czy warto pójść do kina na „Diabeł ubiera się u Prady 2”?

Druga część daje również sporo humoru. Są sceny, przy których sala śmieje się głośno. Są też takie momenty, kiedy po prostu uśmiechamy się pod nosem. Pojawia się też wątek miłosny, bo czym byłaby dobra komedia bez miłości. Ale najważniejsze są emocje, które znamy z własnego życia. Potrzeba bycia zauważoną. Chęć udowodnienia swojej wartości. Strach przed zmianą. Tęsknota za dawną wersją siebie. I pytanie, czy da się zacząć od nowa, kiedy świat widzi nas już w konkretnej roli.
Bez zdradzania szczegółów powiem tylko tyle: finał trafia prosto w serce. Wyszłam z kina ze wzruszeniem, z nostalgią i z poczuciem, że właśnie zobaczyłam sequel, który nie niszczy wspomnień, tylko je pięknie dopisuje.
Bo uważam, że każda kobieta choć raz w życiu powinna usłyszeć od drugiej kobiety słowa: „Jesteś ikoną”. I właśnie tym zdaniem podpisałabym cały ten film.

