W cętki u Saint Laurent, w patchworkowe wzory u Missoni i w kolorowe pasy u Elisabetty Franchi. Kopertowa sukienka, choć w tym roku obchodzi 45. urodziny, wciąż święci triumfy na wybiegach, także tej wiosny. Stworzona w połowie lat 70. przez Diane von Fürstenberg, niemal z dnia na dzień stała się światowym fenomenem. Kosztowała 75 dolarów i w ciągu kilku lat od premiery sprzedała się w pięciu milionach egzemplarzy. Od tamtej pory powstało tysiące wariacji na jej temat, w kolekcjach niemal każdego domu mody i masowych marek. Łączy je jedno: unikatowy krój. To kombinacja japońskiego kimona, stąd tzw. kopertowe wiązanie, i fartucha. Ten praktyczny, uniwersalny fason zrewolucjonizował modę. W ciągu dnia świetny do biura, wieczorem na imprezę. Był stworzony dla kobiet takich jak Diane von Fürstenberg, a ona sama była jego najlepszą ambasadorką. „Ile dla mnie znaczy? Cóż, spłaciła moje długi, opłaciła edukację moich dzieci, sprawiła, że stałam się sławna, i dała mi prawo do zabierania głosu” – mówiła projektantka w jednym z wywiadów.

Sukienka Diane von Fürstenberg / Getty

Kopertowa sukienka

W latach 20. Coco Chanel stworzyła swój ikoniczny komplet: żakiet bez kołnierza z czterema kieszeniami i prostą spódnicę za kolana. Niedługo potem Włoszka Elsa Schiaparelli wprowadziła na salony dzianinowy sweter z kokardą wiązaną wokół szyi. Dwie dekady później Christian Dior zaprojektował tzw. bar jacket, czyli marynarkę podkreślającą talię i uwypuklającą ramiona. A w drugiej połowie lat 60. młodziutki Yves Saint Laurent pokazał damską kolekcję zbudowaną na bazie męskich smokingów. Wszystkie te fasony to epokowe odkrycia zapisane w historii mody. Z czystym sumieniem można też do nich zaliczyć kopertową sukienkę autorstwa Diane von Fürstenberg z 1974 roku. W końcu to ona zmieniła życie setek tysięcy pracujących Amerykanek. Model ten miała też na sobie sama projektantka w listopadzie 2011 roku, kiedy ją poznałem. Przyjechała wtedy do Polski z okazji promocji swoich nowych perfum, a ja przeprowadzałem z nią wywiad. Doskonale pamiętam ten dzień, rozmawialiśmy w willi na warszawskiej Saskiej Kępie. Na moje pytanie o najważniejszą rzecz w latach 70. odpowiedziała: „Na pewno nie moja kopertowa sukienka. Lata 70. były wspaniałe, bo nie było AIDS”. Projektantka w licznych wywiadach podkreślała, jak wiele bliskich jej osób w kolejnych dekadach zabrała epidemia. Sama od lat angażuje się w akcje charytatywne zbierające fundusze na walkę z chorobą. Pod koniec naszej rozmowy Diane dała mi swój służbowy adres mejlowy, który kilka tygodni temu znalazłem w starym notatniku. Jakie było moje zaskoczenie, gdy osobiście odpowiedziała na moją wiadomość. Bo taka właśnie jest Diane. Otwarta, bezpośrednia, spontaniczna. 

Diane von Fürstenberg / Getty

Diane von Fürstenberg - życiorys

Urodziła się w Belgii. Jej ojciec był rosyjskim emigrantem, matka pochodzącą z Grecji Żydówką, która w czasie wojny spędziła prawie półtora roku w niemieckich obozach koncentracyjnych. To wywarło wpływ nie tylko na jej życie, lecz także na życie Diane. „Gdy wyszła z obozu, ważyła 30 kg. Cud, że przeżyła. Wychowywała mnie na silną, niezależną kobietę. Nauczyła, że strach nie jest rozwiązaniem. Gdy bałam się ciemności, zamknęła mnie w szafie i trzymała do czasu, aż sama się zorientowałam, że to nic groźnego. I nauczyła mnie jeszcze czegoś – by nigdy nie stawiać się w roli ofiary” – opowiadała w wywiadzie udzielonym Oprah Winfrey. Pół roku po wyjściu z obozu jej rodzice przeprowadzili się do Brukseli, gdzie dzięki zadośćuczynieniu ze strony rządu niemieckiego mogli zacząć nowe życie. Rok później na świat przyszła Diane. Ponoć już w wieku 11 lat powiedziała, że chce być niezależna. I szybko zaczęła realizować swoje postanowienie. Jako nastolatka opuściła rodzinny dom, by uczyć się w Wielkiej Brytanii. „Początkowo czułam się tam niepewnie. Ale z czasem odkryłam, co oznacza prawdziwa wolność w wyrażaniu poglądów, rozwijaniu pasji, ubieraniu się” – wspominała. Potem studiowała w Madrycie, a następnie przeniosła się na Uniwersytet w Genewie, gdzie poznała przyszłego męża, pochodzącego z Niemiec młodego księcia Egona von Fürstenberga. Gdy zaszła w ciążę, pobrali się. I właśnie w tamtym momencie życia przysięgła sobie, że nigdy nie będzie zależna od męża. I że zajmie się własną karierą. 


Kopertowa sukienka - historia

Podjęła pracę w jednej z włoskich manufaktur nad jeziorem Como, gdzie po godzinach wyprodukowała swoje pierwsze ubrania: proste topy i spódnice. A gdy pojechała z wizytą do swojego męża w Nowym Jorku, pokazała je Diane Vreeland, najbardziej wpływowej w tamtym czasie redaktorce mody. Determinacja opłaciła się – jej rzeczy zaczęły nosić kobiety z nowojorskich wyższych sfer. Jeden z jej kompletów włożyła do telewizyjnego show Julie Nixon Eisenhower, córka prezydenta Richarda Nixona. „Miała na sobie kopertowy top i spódnicę. I wtedy pomyślałam: »A gdyby tak te dwa elementy z sobą połączyć?«” – wspomina. To były narodziny legendarnej sukienki. Wszystkie projekty Diane powstają w sercu nowojorskiej dzielnicy Meatpacking. Tu znajduje się 
trzypoziomowy pofabryczny budynek z początku XX wieku należący do kreatorki. Na parterze mieści się flagowy butik, na pierwszym i drugim piętrze atelier i studio projektowe, a na trzecim mieszkanie z prywatnym tarasem na dachu. Cała przestrzeń jest urządzona w stylu retro. Na podłogach  i kanapach dominują mocne kolory i zwierzęce wzory, dokładnie jak w jej kolekcjach, a na ścianach wiszą dzieła sztuki, w tym portrety Diane zrobione przez Andy’ego Warhola. W końcu kiedyś była ona, obok Lizy Minelli i Bianki Jagger, stałą bywalczynią jego Factory i Studia 54, gdzie pojawiała się w futrze z norek, sukience na ramiączka i sandałach na szpilce. Dziś już się tak nie ubiera, nie nosi nawet swojej sukienki kopertowej, bo jak twierdzi, nie ma do niej talii. 

Za to wciąż jest bardzo aktywna. Każdy poranek zaczyna od jogi i gimnastyki. Wtedy też dogląda przymiarek… i spiera się z pracownikami, bo zwykle ma inne zdanie niż dyrektor studia czy stylistka. Z jednej strony to czuła i ciepła szefowa, która często żartuje i przytula każdego członka zespołu, z drugiej – uparta i nieco oderwana od rzeczywistości ekscentryczka, której mało kto potrafi się sprzeciwić. Były dyrektor artystyczny jej marki, Jonathan Saunders, zrezygnował z pracy w zeszłym roku, zaledwie po kilku sezonach. Bo choć Diane von Fürstenberg od zawsze była ulubienicą amerykańskiej socjety, w środowisku mody nie uchodzi za łatwą we współpracy. Ale ma do tego prawo, w końcu jej „wrap dress” wisi jako dzieło sztuki w Gagosian Gallery. Gdy prawie pół wieku temu sukienka pojawiła się na rynku, kobiety oszalały na jej punkcie. Poręczna, bez zapięć, była idealną alternatywą dla popularnych projektów couture – wyrafinowanych kreacji Cristóbala Balenciagi, koktajlowych kostiumów Halstona czy eleganckich sukienek Huberta de Givenchy. Jak pisała wtedy redaktorka mody Carrie Donovan w „The Wall Street Journal”: „Była nisza na rynku, a ona ją doskonale uzupełniła. W jej ubraniach nie ma nic rewolucyjnego ani szczególnie odkrywczego, ale ta kombinacja dobrego kroju, wysokiej jakości tkanin i przystępnej ceny okazała się strzałem w dziesiątkę. Poza tym to kobieta pracująca, jak prawie nikt w tym biznesie”. Z kolei Karl Lagerfeld mówił: „Jej sukienki odpowiadają na potrzeby współczesnych amerykańskich kobiet”. Kobiet w różnym wieku i wywodzących się z różnych środowisk. Diane stworzyła dla nich dziesiątki wersji tej sukienki: w kwiaty, romby, lamparcie cętki, zebrę, kurzą stopkę, logo, wzory à la Jackson Pollock lub akwarele. Co tydzień 25 tysięcy nowych egzemplarzy trafiało do butików na całym świecie, w tym do Harrodsa czy Bloomingdale’s. Sukces Diane był tak oszałamiający, że dwa lata po debiucie pojawiła się na okładce amerykańskiego „Newsweeka”. Podpis zaś głosił: „W wieku 29 lat Diane von Fürstenberg została najlepiej sprzedającą się projektantką mody od czasów Coco Chanel”. Nieźle jak na kogoś, kto nigdy nie skończył szkoły mody, ba, nawet nie potrafi szyć ani szkicować. Ale jej dobra passa nie trwała bez końca. Przyszły kolorowe, glamrockowe lata 80., które z wygodną, uniwersalną modą nie miały nic wspólnego. I tak stylowe, praktyczne ubrania projektantki coraz częściej lądowały na dnie szaf. W końcu postanowiła sprzedać firmę. Odkupiła ją dopiero w latach 90., gdy znowu zauważyła potencjał w swoim ikonicznym projekcie. 

Czytaj też: Przebój czy fałsz? Nie każdy trend, który podbija Instagrama, sprawdza się na co dzień >>>

Diane von Fürstenberg: marka

Zaczęło je nosić nowe pokolenie. Dziewczyny zestawiały je z modnymi wówczas martensami albo sandałami od Manolo Blahnika. Do ich popularności przyczyniły się też ówczesne gwiazdy, jak Gwyneth Paltrow, Jennifer Aniston i aktorki serialu „Seks w wielkim mieście”. Firma rozwijała się, a asortyment powiększył się o linię sportową, akcesoria, bieliznę, okulary przeciwsłoneczne i kosmetyki. Na początku nowego millennium kolekcje Diane von Fürstenberg były sprzedawane w 650 butikach na świecie, w tym flagowych w Nowym Jorku, na Florydzie, w Londynie i Paryżu. Zmiany w życiu zawodowym pociągnęły za sobą te w życiu prywatnym. W 2001 roku Diane ponownie wyszła za mąż, tym razem za przyjaciela, milionera i telewizyjnego barona, Barry’ego Dillera. W połowie zeszłej dekady została odznaczona statuetką CFDA (organizacji skupiającej najważniejszych amerykańskich projektantów) za całokształt twórczości, a potem została mianowana jej prezydentem. Dziś ma dwoje dorosłych dzieci i troje wnucząt, które często kibicują jej na pokazach. Podkreśla, że jest spełniona na wielu płaszczyznach życia i że to zasługa dewizy, której zawsze się trzymała: „To be free and to be me” (żyć w zgodzie z sobą). Dziś marka Diane von Furstenberg nie mieści się w światowej czołówce, ale prekursorski wynalazek jej właścicielki wciąż pojawia się w kolekcjach paryskich marek i awangardowych absolwentów londyńskiej Central Saint Martins. Ile dałoby wielu współczesnych projektantów, by tak zapisać się w historii? A udało się jej… kobiecie, którą w zasadzie trudno nazwać projektantką.