Reklama

Teraz obserwujemy drugą falę popularności K-Beauty. Choć początkowo koreańska pielęgnacja kojarzyła się z przystępnym podejściem do kosmetyków, nowa generacja koreańskich marek skupia się już zdecydowanie na zaawansowanych formułach, sięgając po składniki, o których jest głośno — takie jak PDRN, kwas azelainowy czy NAD+ — zanim jeszcze trafią do głównego nurtu.

Jest jedna marka, która moim zdaniem robi to najlepiej. Haruharu Wonder to już stały punkt na pielęgnacyjnej mapie Seulu, a teraz zyskuje popularność m.in. w Wielkiej Brytanii i Polsce dzięki konkretnym, skutecznym formułom, które łączą nowoczesne składniki z naprawdę przystępną ceną.

Cała filozofia marki opiera się na wzmacnianiu bariery hydrolipidowej skóry. Produkty mają przynosić widoczną poprawę kondycji cery — pomagać ograniczać niedoskonałości, przebarwienia i nierówną teksturę — jednocześnie szanując delikatną, zewnętrzną warstwę skóry. Krótko mówiąc, chodzi o ostrożne podejście: stosowanie składników, które uzupełniają niedobory i wzmacniają skórę, zamiast agresywnie ją złuszczać czy naruszać.

Testuję produkty tej marki od kilku tygodni i muszę przyznać, że jestem mile zaskoczona. Choć fotogeniczne butelki i poetyckie nazwy produktów nie do końca pasują do mojego zamiłowania do poważnej, „naukowej” pielęgnacji, same formuły zdecydowanie przeczą pierwszemu wrażeniu, jakie robi ich ładne opakowanie. Jak to prawie mówi przysłowie: nie oceniaj serum po butelce.

Linia Black Rice i serum Rose PDRN – co warto wypróbować?

Linia Black Rice to ta, która podbija media społecznościowe, i rzeczywiście jest świetnym punktem wyjścia. Probiotic Barrier Essence dostaje ode mnie najwyższą ocenę: to jeden z tych sprytnych, wielozadaniowych produktów, które jednocześnie nawilżają, koją i wzmacniają skórę, nie zostawiając lepkiej ani klejącej warstwy. W skrócie: to szybka droga do efektu promiennej, „szklanej skóry”, z którego słyną kosmetyki K-Beauty. Podobnie krem nawilżający z tej samej linii sprawdzi się u bardzo wielu osób w te upalne dni: dzięki probiotykom, ceramidom i fermentowanemu czarnemu ryżowi koi podrażnioną skórę i przywraca jej sprężystość, nie zapychając porów ani nie dodając jej niechcianego połysku.

Jest jednak jeden konkretny produkt Haruharu Wonder, do którego wypróbowania namawiam w tym tygodniu wszystkich w redakcji: nowo wprowadzone serum Rose PDRN, dostępne w dwóch wersjach — ujędrniającej i kojącej. To właśnie tę drugą nakładam hojnie od momentu, gdy temperatura przekroczyła 30 stopni, a moje policzki skłonne do trądziku różowatego przybrały trwały, rdzawoczerwony odcień. To niezwykle lekkie, mleczne serum obiecuje wyraźne złagodzenie zaczerwienień, poparte imponującymi wynikami badań klinicznych — i uwierzcie mi: naprawdę działa.

Podejrzewam, że dużą część pracy wykonuje tu kwas azelainowy. Ten kojący kwas — nie jest to kwas złuszczający, taki jak glikolowy — świetnie radzi sobie ze zmniejszaniem stanu zapalnego stojącego za zaostrzeniami trądziku różowatego i trądziku pospolitego. W składzie znajdują się też adenozyna i cica, czyli dwa znakomite składniki wspierające wyciszenie skóry. Niacynamid pomaga regulować produkcję sebum, a PDRN pozyskiwany z róż odżywia komórki skóry, wspierając jej regenerację i odnowę.

Zazwyczaj serum tak starannie opracowane i zawierające tak wiele składników wspierających kondycję skóry kosztowałoby znacznie więcej. I tu dochodzimy do najlepszej części: mój nowy sprzymierzeniec w walce z zaczerwienieniami kosztuje mniej niż 20 funtów. Co więcej, jeśli kupicie go dziś na Amazonie, zapłacicie tylko 13,30 funta. Moja rada? Wypróbujcie całą kolekcję.

Tekst w oryginale ukazał się w ELLE.Uk

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...