Kiedy Tinder już nie wystarcza, przychodzi ona - swatka. Czy miłość w czasach online da się zmatchować offline? [WYWIAD]
Swipe w prawo. Swipe w lewo. Kolejna rozmowa, która urywa się bez ostrzeżenia. Randka, na którą on nie przychodzi. W świecie aplikacji miłość jest na wyciągnięcie ręki - a jednocześnie nic z tego nie wychodzi. Dlatego coraz więcej osób wraca do starego rozwiązania. Do specjalistki, która widzi znacznie więcej niż aplikacja.

„Miłość w XXI wieku” zaczyna się od ekranu. Zdjęcie. Krótki opis. Kilka zdań, które mają zdecydować, czy ktoś zasługuje na „szansę”. Tinder, Bumble, Hinge - aplikacje randkowe obiecują dostęp do niemal nieograniczonej puli potencjalnych partnerów. Problem w tym, że wraz z dostępnością przyszło zmęczenie.
Znużenie swipe’owaniem. Rozczarowanie rozmowami, które brzmią obiecująco, a kończą się ciszą. Ghosting stał się normą. Kłamstwa - codziennością. Ludzie deklarują wzrost, którego nie mają. Prezentują status związku, który jest fikcją oraz obiecują wrażenia, które znikają po pierwszym spotkaniu.
Miało być łatwiej. Jest o wiele trudniej.
– Aplikacje uczą nas traktować ludzi jak opcje. Jak produkty do wyboru. A człowiek nie jest lodówką – mówi Anna Guzior-Rutyna, swatka z 13-letnim doświadczeniem, autorka wielu poradników i książek z którą rozmawiam o tym, czy w dobie Tindera wciąż da się znaleźć „tę jedyną osobę” i po co komu dziś swatka.
Zanim była romantyczna miłość, była swatka

Przez większą część historii ludzkości miłość nie była prywatnym wyborem. Była sprawą rodzin, rodów, interesów i bezpieczeństwa. Małżeństwo miało zapewniać stabilność - uczucia, jeśli się pojawiały, były dodatkiem.
W Chinach istniały mei po, w społecznościach żydowskich szadchan, w Europie i na ziemiach polskich swatki i swaci. Ich rola była kluczowa: znali lokalne społeczności, historie rodzin, reputacje, majątki i tajemnice. Negocjowali, badali intencje, łączyli ludzi, którzy „pasowali” do siebie społecznie i życiowo.
W wyższych sferach odbywały się sezony matrymonialne, niemal jak w „Bridgertonach” - bale, kolacje, wizyty. Swatki działały często w cieniu tych wydarzeń, dbając o to, by wszystko przebiegało zgodnie z planem. Miłość była luksusem. Dopasowanie koniecznością.
Dlaczego swatki zniknęły - i dlaczego wracają
XX wiek przyniósł rewolucję: emancypację kobiet, romantyczną miłość, randkowanie i przekonanie, że każdy sam najlepiej wie, kogo chce. Swatki uznano za relikt przeszłości. Aż do teraz. Bo aplikacje randkowe, zamiast wolności, przyniosły nadmiar wyboru. A nadmiar - paraliż. I poczucie, że wszystko trzeba dźwigać samemu: nadzieję, rozczarowanie, ciszę po randce.
W tym miejscu pojawia się swatka XXI wieku. – Jak 13 lat temu zdecydowałam, że chcę być swatką, to ludzie mi mówili, ‘puknij się w czoło’, przecież swatki już nie istnieją. Potem, kiedy otworzyłam pierwsze biuro, to ludzie przychodzili i szukali takiej starej swatki, bo się każdemu kojarzyła, że taka swatka to taka babuśka, która gdzieś tam siedzi i wróży z fusów. A to było 13 lat temu… – wspomina swatka Anna, która na swoim koncie ma ponad 500 zmatchowanych par.
Swatka dziś: jak wygląda ta praca naprawdę
– Swatce płaci się za wtrącanie – mówi Anna Guzior-Rutyna. – Bo swatka widzi więcej. Słyszy między wierszami. Łączy fakty.
Jej praca zaczyna się od rozmowy. Długiej, czasem niewygodnej. Takiej, w której padają pytania, których aplikacje randkowe nigdy nie zadają - o wcześniejsze związki, o momenty kryzysowe, o powody rozstań, o lęki, które pojawiają się dopiero wtedy, gdy ktoś naprawdę chce być z drugim człowiekiem – Nie łączę ludzi na podstawie zdjęć. Patrzę na styl życia, gotowość do relacji, intencje – tłumaczy.
To wtrącanie bywa niewygodne. Swatka potrafi zatrzymać klienta wtedy, gdy on sam chciałby już „iść dalej”. Dopytać. Skonfrontować. Nazwać rzeczy po imieniu. Nie po to, by oceniać, ale by nie powielać tych samych schematów. Swatka selekcjonuje, weryfikuje, bierze odpowiedzialność. Nie obiecuje miłości. Obiecuje spotkanie z realnym człowiekiem. – Tu nie działa algorytm. To intuicja – podkreśla.
Co dzieje się po pierwszej randce?

Kiedy rozmowy i weryfikacja dobiegają końca, zaczyna się prawdziwe testowanie dopasowania – czyli randki. Osoby, które swatka połączyła, spotykają się twarzą w twarz i sprawdzają, czy to, co zostało wcześniej zweryfikowane w rozmowie, działa w praktyce. Co się dzieje potem?
– Zależy od pakietu – wyjaśnia Anna. – W wyższych pakietach klienci często dzwonią po randce i opowiadają, jak poszło. Jeśli wszystko idzie dobrze, zawieszamy współpracę – oni randkują, a jeśli nie, wracają do gry. – tłumaczy. Nie chodzi o to, że ktoś umawia się na dziesięć randek naraz, raczej idzie na kolejne spotkania po kolei, jeśli z poprzednich nic nie wyszło.
– Ludzie przychodzą do mnie, żeby skrócić czas – dodaje. – Nie muszą pytać na randce: „Czy chcesz mieć dzieci?” – bo ja już to wiem. Nie muszą też dyskutować o ulubionych filmach czy hobby – wszystko jest wcześniej zweryfikowane. – Moja rola polega na tym, żeby klienci od razu spotykali się z osobami, które naprawdę pasują do ich wartości i oczekiwań – tłumaczy swatka Anna.
Kto dziś korzysta z usług swatki?
To jedno z największych zaskoczeń. Bo do swatki nie trafiają osoby „bez opcji”. Trafiają osoby, które opcji mają aż za dużo - i żadna nie prowadzi do relacji.
– To nie jest jedna grupa. Najczęściej osoby między 30. a 60. rokiem życia, czasem 60+, ale zdarzają się też młodsi. Bardzo często to ludzie, którzy byli na Tinderze… trzy dni. I uciekli. – mówi Anna. – To ludzie wykształceni, często bardzo znani w swoich środowiskach: lekarze, prawnicy, wykładowcy, przedsiębiorcy.
Dla nich Tinder nie jest niewinną zabawą. Jest ryzykiem. Nie każdy może pozwolić sobie na to, by wisieć w aplikacji randkowej. Nie każdy chce być rozpoznany przez pacjentkę, klienta, współpracownika. Nie każdy chce tłumaczyć się z obecności w miejscu, które coraz częściej kojarzy się z brakiem intencji.
– Są osoby, które mówią wprost: nie mogę sobie pozwolić na kompromitację. Na bycie „widocznym” w aplikacji – podkreśla Anna. Swatka daje im coś, czego nie daje Internet: dyskrecję.
Zmęczenie randkowaniem, które boli

Wielu klientów przychodzi już po kilku próbach w aplikacjach. – Czasem to trzy dni. Czasem kilka miesięcy. Ale niemal zawsze kończy się to zniechęceniem – podkreśla swatka. Rozmowy, które brzmią obiecująco, a kończą się ciszą. Randki, na które ktoś nie przychodzi. Ludzie, którzy znikają bez słowa. Ghosting, który zostawia ślad, choć nikt nie chce przyznać, jak bardzo boli. – Przychodzą do mnie poranieni. Z poczuciem, że coś z nimi jest nie tak.
Często okazuje się, że to nie jest kwestia wyboru. Wiele osób pragnie rodziny i dzieci, ale okoliczności sprawiają, że długo nie znajdują odpowiedniego partnera. – Dużo mam takich osób, które właściwie mają wszystko i wiedzą, że ten zegar biologiczny tyka i chcą dzieci – mówi swatka. Zdarzają się kobiety w wieku 35-45 lat, które mają zamrożone jajeczka i latami szukały odpowiedniego partnera. – Były okłamywane - partner mówił, że będzie dziecko, a kłamał i nie chciał. Albo był bezpłodny i też to ukrywał. Albo po prostu nie znalazły nikogo.
– Nie wszystkie kobiety to „tylko karierowiczki”, które nie chcą dzieci. Wiele chciało, tylko po prostu nie miało z kim – podkreśla problem swatka.
Upiększamy się. Bo bardzo chcemy być wybrani
Aplikacje randkowe nauczyły nas jednej rzeczy: trzeba się sprzedać. Zdjęcie musi być najlepsze. Opis - błyskotliwy. Życie - ciekawe. Nawet jeśli na co dzień wcale takie nie jest. W świecie online granica między prawdą a jej „lepszą wersją” szybko się rozmywa. Nie zawsze chodzi o kłamstwo wprost. Częściej o drobne przesunięcia. Kilka centymetrów wzrostu. Zdjęcie sprzed pięciu lat. Zainteresowania, które dobrze brzmią, ale rzadko mają pokrycie w rzeczywistości.
– Ludzie bardzo się upiększają – mówi Anna Guzior-Rutyna. – I to nie dotyczy tylko aplikacji. To zdarza się również u mnie. Bo kiedy w grę wchodzi miłość, pojawia się lęk: czy taki, jaki jestem naprawdę, wystarczę? Swatka widzi to szybko. – Każdy chce się pokazać z jak najlepszej strony. To naturalne.
Problem zaczyna się wtedy, gdy różnica między deklaracją a rzeczywistością jest zbyt duża. Gdy ktoś opowiada o aktywnym stylu życia, a w praktyce oznacza to jedną wycieczkę sprzed kilku lat. Albo gdy pasja istnieje głównie w narracji. – Zdarza się, że ktoś mówi: uwielbiam rower, jestem bardzo aktywna – opowiada Anna. – A potem okazuje się, że ten rower stoi w piwnicy i był użyty raz.
Po co swatce prawda?

Dlatego swatka nie tylko łączy ludzi. Ona weryfikuje opowieści, które snujemy o sobie. – Nie po to, żeby kogoś zawstydzić. Po to, żeby nie budować relacji na fałszu – podkreśla Anna. Bo prędzej czy później ten nieszczęsny rower z piwnicy i tak nie wyjedzie. A różnica między „ja online” a „ja w życiu” wyjdzie na jaw i to często w tym najbardziej bolesnym momencie. – Jeśli ktoś przychodzi do mnie, to ja chcę poznać jego prawdziwe życie. Nie instagramową wersję.
To właśnie tu kończy się magia algorytmu, a zaczyna praca człowieka. Swatka nie obiecuje, że będzie idealnie. Obiecuje, że będzie uczciwie. – Ludzie bardzo chcą być wybrani. I dlatego czasem udają. Ale miłość - ta, która ma szansę przetrwać - zaczyna się dopiero wtedy, gdy przestajemy się upiększać. I pozwalamy zobaczyć siebie takimi, jacy jesteśmy naprawdę.
„Ludzie nie wiedzą, kogo chcą. Ale wiedzą, kogo nie chcą”
– Ludzie przychodzą z różnymi przekonaniami, których się nasłuchali - i z mediów społecznościowych, i od koleżanek, i od rodziny, i z tego, co powie matka, i jak był ojciec - i od razu zakładają, że potencjalny kandydat nie może być taki. Że lekarze wszyscy mają romanse z pielęgniarkami – to ona nie chce lekarza. Albo że jak wojskowy to będzie trudny. Masa wyobrażeń. Generalnie, gdyby ludzie naprawdę wiedzieli, kogo chcą, to już dawno byliby w związkach – wymienia problemy w znalezieniu idealnego partnera swatka Anna.
Dlatego jednym z kluczowych momentów pracy swatki jest rozbijanie wyobrażeń. – Jak ktoś mówi: tylko 182 cm, blondyn, kaloryfer – to ja pytam: a może szatyn również? A może zamiast kaloryfera wystarczy aktywny styl życia
Swatka oddziela potrzeby od fantazji. Zatrzymuje się przy wartościach: stylu życia, podejściu do rodziny, pracy, wiary, dzieci. Reszta często okazuje się tylko kulturowym filtrem. – Lekarz, który nie chciał lekarki, ożenił się z lekarką. Kobieta, która nie chciała mężczyzny z ciemnymi oczami, jest z mężczyzną z ciemnymi oczami – przytacza swoje historie swatka. Bo kiedy znikają profile i zdjęcia, zostaje człowiek.
Historia, która zostaje na zawsze

Jest jedna para, do której Anna wraca myślami. Małgosia i Hubert. Ona po pięćdziesiątce, po rozwodzie z unieważnieniem. On 60-cio letni wdowiec. Dla niej wiara była kluczowa. Długo rozmawiały. Długo się wahała. – Tam iskrzyło, ale ona jeszcze, a może inny, a może tamten. Powiedziałam więc jej wtedy: jeśli nie chcesz, to połączę Huberta z kimś innym. Jest nim zainteresowana taka Pani, bo on mistrz tańca, świetnie się porusza – opowiada swatka.
Po trzech miesiącach zadzwoniła. Byli zaręczeni. – Zaprosili mnie na ślub. Byłam na nim z mężem. Dostałam podziękowania, kwiaty, ale też wiarę w to, że potrafię to robić – bo każdy z nas potrzebuje czasem dowodu na to, że coś potrafi. To byli ludzie po przejściach, którzy już nie wierzyli, że coś się wydarzy. A jednak.
Zdarzały się też pary po siedemdziesiątce, którym czas pozwolił zaznać nowej miłości tylko przez kilka lat – Rodziny dzwoniły po latach i mówiły: to były ich najszczęśliwsze lata – przytacza Anna.
Jak szukać miłości, gdy usługi swatki są poza zasięgiem naszego portfela?
Powiedzmy sobie jednak szczerze. Usługi swatki to luksus - ceny zaczynają się od około 10 tysięcy złotych i sięgają nawet 80 tysięcy. Są także pakiety - premium, które wykraczają poza te widełki. Nie każdy może sobie na to pozwolić, ale istnieją sposoby, by szukać partnera samodzielnie.
Swatka Anna podkreśla, że najlepszą formą jest realne poznawanie ludzi: udział w szkoleniach, zajęciach związanych ze wspólną pasją – na przykład wycieczki górskie dla miłośników trekkingu. Czasem można trafić na grupy tematyczne w mediach społecznościowych lub spotkania organizowane w kościołach przez osoby wierzące. – Szukałabym osób, które lubią to samo, co ja, są w podobnym wieku i dzielą moje wartości. Jeśli ktoś interesuje się sportem, warto sprawdzić siłownię czy zajęcia fitness – podkreśla.
Najważniejsze, według niej, to szukać w realnym świecie, a dopiero na końcu w aplikacjach randkowych. – W miejscach, gdzie mam wspólne zainteresowania i podobne spojrzenie na życie, łatwiej spotkać kogoś wartościowego. Wolontariat i akcje charytatywne to również świetna okazja, by poznać ciekawych ludzi – dodaje.
Walentynki dla singli: swatka radzi, jak przetrwać ten trudny dzień

Walentynki bywają trudnym dniem dla osób samotnych. Wokół czerwone róże, stoliki dla par, kina pełne zakochanych - łatwo poczuć się samotnym. Swatka Anna radzi, by w tym dniu nie wpadać w pułapkę mediów społecznościowych i aplikacji randkowych. – Najlepiej potraktować Walentynki jak zwykły dzień. Spotkać się z przyjaciółmi, spędzić czas aktywnie, ale nie skupiać się na tym, że jest się samemu. Unikać porównań i nie oglądać zdjęć zakochanych par – tłumaczy.
– Jeśli boli was samotność, lepiej uciec od świata i zrobić coś dla siebie. Nie chodzi o to, by się zamykać, ale by nie potęgować przykrego uczucia, które może pojawić się w tym dniu – dodaje.
Według niej istotne jest także pozytywne podejście: myślenie o sobie i swoim życiu, zamiast skupiania się na tym, czego nam brakuje. – Na następny dzień mamy Dzień Singla – warto potraktować go jako okazję do świętowania niezależności i własnej przestrzeni, a nie powód do smutku – podkreśla.
Wypalenie randkowe: kiedy nadzieja znika
Czy w takim razie bardziej szkodzi brak wiary w miłość, czy nierealne oczekiwania? – pytałam.
– Nierealne oczekiwania – odpowiada Anna. – Ale to też trochę zależy od miejsca, w którym szukamy. Czasem kobieta szuka poważnego związku, dzieci, małżeństwa, a trafia na portal, gdzie mężczyzna deklaruje to samo, a w praktyce chce tylko przelotnej przygody. W ten sposób traci czas, a w pewnym momencie spotyka kolejnego „piątego dzieciaka”, który obiecywał, że będzie inaczej. Wtedy rodzi się frustracja, poczucie straconej nadziei i… epidemia samotności – tłumaczy.

Wypalenie randkowe dotyka zarówno mężczyzn, jak i kobiety. – To moment, w którym ktoś mówi: „Mam już dość. Ile razy mogę?”. Idą z dobrą intencją, chcą znaleźć partnera na poważnie, a są traktowani powierzchownie. Dlatego wiele osób trafia później do psychologów albo decyduje się zostać singlami z wyboru. Czasem przychodzą do mnie i mówią wprost: „Jesteś moją ostatnią deską ratunku. Jeśli mi się nie uda, już na żaden portal nie pójdę”.
Anna zauważa też, że zmiana środowiska randkowego – z naturalnych spotkań, na te online – przyniosła więcej iluzji niż możliwości. – Kiedyś poznawaliśmy się bardziej naturalnie – na studiach, w pracy. Teraz mamy świat online, który daje różne możliwości, ale też poczucie osamotnienia i niekończącej się ilości wyborów. Możliwość przesuwania w lewo czy w prawo sprawia, że człowiek traci cierpliwość i… często nie wybiera niczego.
– Nie mówię, że nikt na aplikacjach nie znalazł nikogo – podkreśla. – Znam osoby, którym się udało. Ale to wymaga cierpliwości, szczęścia i szczerości. Najważniejsze, żeby osoby, które faktycznie szukają związku, mówiły prawdę.
Czy w takim razie miłość da się zaprogramować? – zadaję ostateczne pytanie
– Nie. Ale da się jej nie przeszkadzać – mówi swatka. – Da się skrócić drogę. Odfiltrować kłamstwa. Oddać odpowiedzialność komuś, kto patrzy na człowieka, a nie na profil. W świecie, w którym wszystko chcemy mieć natychmiast, miłość wciąż potrzebuje czasu, odrobiny szczęścia i czasem… trzeciej osoby.

