Czy samorozwój może być toksyczny? Psycholożka Kama Wojtkiewicz o pułapkach terapii i „well-being shame” [WYWIAD]
Samorozwój stał się stylem życia. Ale czy nie wpadliśmy w pułapkę ciągłego poprawiania siebie? Psycholożkę pytamy o kult terapii, presję bycia „w procesie” i zmęczenie byciem lepszą wersją siebie.

Jeszcze niedawno terapia była tematem tabu. Dziś dla wielu jest nieodłącznym elementem życia. W wielkomiejskiej rzeczywistości trudno znaleźć kogoś, kto nie był „w procesie”, nie ma swojej diagnozy albo nie pracuje nad sobą przy użyciu kolejnych narzędzi: terapii, coachingu, warsztatów, kursów, praktyk uważności. Język psychologii przeniknął do codziennych rozmów, a samorozwój – do kalendarzy i budżetów.
Z jednej strony to ogromna zmiana na lepsze. Coraz swobodniej mówimy o zdrowiu psychicznym, szukamy wsparcia, uczymy się rozumieć siebie. Z drugiej jednak – w tej samej przestrzeni pojawiła się kultura, którą coraz częściej określa się mianem „toksycznego wellness”.
To kultura, która pod hasłami troski o siebie sprzedaje nieustanne ulepszanie. W której odpoczynek ma być efektywny, relacje świadome, ciało zoptymalizowane, a emocje przepracowane. W której „praca nad sobą” nie ma punktu końcowego, a poczucie „well-being shame” staje się stałym towarzyszem.
Czy w tym świetle przekonanie, że nie tylko można – ale i trzeba – być lepszą wersją siebie zawsze jest słuszne? Zapytałam o to Kamę Wojtkiewicz – psycholożkę, dziennikarkę, autorkę podcastu „Sznurowadła myśli” oraz książki „Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej”.
Gabriela Trojanowska: Kult pracy nad sobą i samorozwoju wydaje się czymś dobrym. Ale czy w tym kontekście możemy mówić dzisiaj o przymusie, obsesji, może nawet wyścigu rozwojowym?
Kama Wojtkiewicz: Do mojego gabinetu psychologicznego często trafiają osoby, które mają za sobą odbyte pogłębione procesy terapeutyczne i rozwojowe. Przychodzą z całym zestawem narzędzi, technik i wiedzy o sobie – i mimo to mówią: „Nadal czuję się niewystarczająca/niewystarczający. Inni są gdzieś dalej niż ja”.
I choć to tylko próbka gabinetowa, niereprezentatywna dla całego społeczeństwa, ten motyw poczucia wadliwości powraca. Zaczęło mnie to zastanawiać – jak to jest, że praca nad sobą nie zawsze jednoznacznie prowadzi do momentu, w którym ludzie czują się ze sobą dobrze, a często przeradza się w obsesję samodoskonalenia, które właściwie nie ma końca?
Nie istnieje przecież mityczny moment „przepracowania”, w którym można zakończyć pracę nad sobą i uznać, że tyle już wystarczy. Praca nigdy się nie kończy.
A co z... życiem? Zaczęłam myśleć o tym szerzej – co dzieje się na poziomie społeczno-kulturowym i psychologicznym, co sprawia, że wpadamy w ten wir samorozwoju? Dlaczego w wielkomiejskiej bańce niemal każdy chodzi na terapię czy ma wybraną, nierzadko przez samego/samą siebie, diagnozę? Czy sklejanie swojej tożsamości z nieustannym byciem w procesie – terapeutycznym, rozwojowym, duchowym – rzeczywiście jest odpowiedzią na nasze bolączki?
Wierzę, że pewne troski codzienności są naturalną częścią życia. Niekoniecznie do opracowania w terapii. Terapeuta nie wyeliminuje z życia żałoby, bezradności, rozczarowania czy braku wpływu na niektóre aspekty rzeczywistości.
Być może pogodzenie się z tym, że terapia nie stanie się remedium na wszystkie trudności, jest kluczem do mądrej i rozsądnej pracy nad sobą.

Czy widzisz, że kobiety bardziej odczuwają presję, by ogarniać więcej – także w obszarze rozwoju i well-beingu? Czy odpoczynek staje się dla nich kolejnym zadaniem do zoptymalizowania?
Problem nieumiejętności odpoczynku nie jest wyłącznie kobiecy. Choć może się tak nam specjalistom wydawać, bo do gabinetów psychologów i psychoterapeutów statystycznie trafia więcej kobiet, które często mówią, że chciałyby nauczyć się lepiej odpoczywać. Kiedy jednak przyglądamy się ich codzienności, okazuje się, że jest ona w pełni skoncentrowana na pracy opiekuńczej i emocjonalnej. Na ogarnianiu domu, dzieci, zwierząt, wspieraniu partnera czy partnerki. To także planowanie posiłków, zakupów, prania. To praca niewidzialna, ale dla mózgu i układu nerwowego – istotnie obciążająca.
Zamiast: co jeszcze możemy zrobić, żeby lepiej odpoczywać, warto zadać sobie pytanie: z czego możemy zrezygnować i jak inni domownicy mogą nas w tym odciążyć?
Odpoczynek to specyficzny stan umysłu – nastawiony na bycie, nie na działanie. Jeśli podchodzę do niego zadaniowo, chcę go zoptymalizować „na 200%”, umyka mi jego rzeczywista funkcja – dostarczenie wytchnienia, momentu zatrzymania i pobycia w bezczynności. Leżenie wieczorem na kanapie i scrollowanie mediów społecznościowych nie zregeneruje nas w pełni, jeśli wcześniej cały dzień był przepełniony obowiązkami. Potrzebujemy niezagospodarowanego czasu na nudę, która pomaga zaciekawić się otaczającą nas rzeczywistością, a może nawet czymś zachwycić.
W książce „Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej” łączysz osobiste refleksje z rozmowami z ekspertami. Czym kierowałaś się przy wyborze rozmówców? I która część – ta osobista czy profesjonalna – była dla Ciebie bardziej wymagająca?
Zależało mi na rozmówcach, których podziwiam i których już znam z mojego podcastu „Sznurowadła myśli”. Są to osoby, które wnoszą swoim myśleniem różnorodne perspektywy, zamiast dogmatyzmów reprezentujących jeden nurt. Chciałam, aby ta książka mieściła w sobie różne stanowiska – miejscami ze sobą sprzeczne.
Od 6 lat pracuję jako dziennikarka, więc forma wywiadu była dla mnie naturalna. Natomiast felietony okazały się być bardziej osobiste i odsłaniające. Pozwoliłam sobie na pokazanie Czytelnikom i Czytelniczkom własnych doświadczeń wraz z ewolucją myślenia o kulturze terapeutycznej i obsesji samorozwoju. To dało mi ogromną satysfakcję. Pisanie jest ze mną od małego i zawsze marzyłam o książce. Dlatego zależało mi, by nie były to tylko wywiady, ale także osobiste teksty, które ustawiają optykę każdego z trzech działów.
Czy w branży psychologicznej czujesz szczególną presję samorozwoju?
Nie sądzę, żeby obsesja samorozwoju dotyczyła wyłącznie psychologów czy psychoterapeutów. Dotyczy wielu z nas, niezależnie od wykonywanego zawodu. Jest wynikiem kultury, napędzanej przez neoliberalną machinę, która wmawia nam, że zawsze jest w nas coś do poprawy.
W przypadku kobiet dochodzi do tego presja młodego wyglądu, monitorowania wagi, diety, procesu starzenia się.
To nie jest więc specyfika jednej branży – to szerszy kontekst kulturowy, który nie pozwala nam pokazać się światu takimi, jakimi jesteśmy, tylko każe nieustannie coś w sobie zmieniać i naprawiać.

Czy Twoim zdaniem ta „bańka przeterapeutyzowania” może kiedyś pęknąć?
Widzę coraz więcej sygnałów, które pokazują szerszy społecznie zwrot ku prostocie – wyjazdy bez telefonów, bez bodźców, cyfrowe detoksy, skupienie na zabawie, spontaniczności, byciu w naturze, odejście od performatywności w stronę niedoskonałego, ale autentycznego życia. W tym sensie można by przypuszczać, że wraz z większą prostotą zmniejszy się zapotrzebowanie na kursy, warsztaty czy procesy rozwojowe, bo i potrzeba napędzana deficytem zgaśnie.
Jednocześnie ważne jest, by nie wylewać dziecka z kąpielą. Dla osób w głębokich kryzysach zdrowia psychicznego psychoterapia i farmakoterapia są niezbędne i potrzebne. Niekiedy realnie ratujące życie. Wystarczy popracować na oddziale całodobowym w szpitalu psychiatrycznym i zobaczyć na własne oczy, jak ogromną rolę odgrywają tam rzetelne interwencje psychologiczne i dobrze dopasowana farmakologia.
Moja książka nie jest jednak skierowana do osób znajdujących się w ostrym kryzysie psychicznym. Piszę głównie, choć nie tylko, do osób względnie stabilnych, które mają za sobą odbyte procesy rozwojowe czy terapeutyczne i czują przesyt, frustrację, że mimo ogromu wykonanej nad sobą pracy, pewne aspekty ich życia się nie zmieniają.
Czego więc naprawdę potrzebujemy, żeby żyć dobrze?
Przede wszystkim przynależności. Wspólnoty – duchowej, lokalnej, uniwersyteckiej, sportowej, związanej ze wspólną pasją. Poczucia, że jesteśmy częścią czegoś większego niż my sami.
Po drugie – pogłębionych relacji.
Po trzecie – zaangażowanego działania w kierunku realizowania własnych wartości. Nie tylko poznawczego rozpoznania, co jest dla nas ważne, ale i podjęcia kroków w kierunku wartości.
I wreszcie – czasu na zabawę. Spontaniczną, lekką, pozbawioną ciężaru codziennych obowiązków. To może być moment na kontakt z dziecięcą częścią siebie, którą często w dorosłości głęboko w sobie chowamy.
I choć jest tego znacznie więcej i nie sposób wyczerpująco odpowiedzieć na Twoje pytanie, te cztery filary widzę jako wartościową odpowiedź na kulturę nieustannego analizowania i poprawiania siebie.
Kama Wojtkiewicz to psycholożka, dziennikarka i autorka popularnego podcastu Sznurowadła myśli. Autorka książki „Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej" wydanej przez Wydawnictwo AGORA. Jej teksty ukazały się w magazynach Newsweek Psychologia, Vogue, KUKBUK, Wysokie Obcasy, Glamour.pl i innych. Absolwentka Prawa na King’s College London w Wielkiej Brytanii, jednolitych studiów magisterskich z Psychologii Klinicznej i Zdrowia na Uniwersytecie SWPS w Warszawie i II stopnia ZPSM Nr 1 w klasie skrzypiec. Doświadczenie kliniczne zdobywała na Oddziale Całodobowym w Klinice Psychiatrii, Stresu Bojowego i Psychotraumatologii w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie. Prowadzi warsztaty psychoedukacyjne, konsultacje psychologiczne i psychoedukuje w mediach społecznościowych (@sznurowadla.mysli).

